701
Eŭgeno Onegin / Eugeniusz Oniegin — на эсперанта і польскай мовах. Старонка 8

Эсперанта-польская кніга-білінгва

Aleksandr Sergejeviĉ Puŝkin

Eŭgeno Onegin

Aleksandr Siergiejewicz Puszkin

Eugeniusz Oniegin

Forlasas li la raŭton* bruan,
Veturas hejmen kun medit’.
Dormadon lian tro malfruan
Malgaja ĝenas sonĝagit’.
Vekiĝis li; leter’ subitas:
La princo N. afabl-invitas
Lin al vespero. «Di’! al ŝi!..
Ho, certe, certe!» Strekas li
Respondon en rapid’ momenta.
Lin pikis kiu stranga vund’?
Moviĝis kio en profund’
De la anim’ maldiligenta?
Bedaŭro? vant’? aŭ ree jam
La zorgo de l’ juneco, am’?

I raut porzuca, pełny gwaru,
Do domu zadumany mknie;
Marzenia smutne, pełne czaru,
Latają nad nim w późnym śnie.
Zbudził się: lokaj list przynosi;
W nim książę N. uprzejmie prosi
Na wieczór. «Do niej! Boże mój!
Z pewnością będę!» — Liścik swój
W tym sensie śle… I niecierpliwy,
Co go udręcza, nie wie sam…
Co się ruszyło w głębi tam,
W duszy oziębłej i leniwej?
Próżności hydra? — gniewu gad?
Czy miłość — troska młodych lat?

XXII

XXII

Onegin horojn reaspiras,
Atendas finon de la tag’.
La deka batas jam; li iras
Kaj ekveturas kiel sag’,
Jen venas li, sin regi provas,
Li Tatiana-n solan trovas,
Dum kelka temp’ en muta stat’
Kunsidas ili. Parolad’
Ne tute glatas. Li apenaŭ
Respondas tre mallerte ŝin.
Kaj lia kapo kun obstin’
Plenplenas per la pens’ ĉagrena.
Rigardas li: en plentrankvil’
Ŝi sidas kun libera stil’.

Liczy godziny na zegarze,
Bez końca dłuży mu się dzień.
Dziesiąta wreszcie!… Zaprząc każe…
Wyjechał — pędzi — wchodzi w sień —
Do księżnej idzie na pokoje.
Tatiana — sama… I we dwoje
Chwil kilka siedzą… Ale znów
Oniegin nie znajduje słów…
Siedzi pochmurny, na wpół zgięty;
Niezręczność każdy zdradza ruch…
Ledwie odpowie… Jego duch
Upartą myślą jest zajęty;
Uparcie patrzy… lecz, jak wprzód,
Widzi w niej jeno spokój, chłód…

XXIII

XXIII

La edz’ eniras. Tuj ekforas
Ĉi tiu teda tête-à-tête*;
Li kun Onegin ekmemoras
Ĵunaĝ-amuzojn sen diskret’.
Ekridas ili. Venas gastoj.
Per sal’ de l’ mondaj klaĉoj lastaj
Vigliĝis pli la konversad’;
Sed antaŭ la mastrin’ debat’
Facila brilis tute dece,
Kaj nur interrompadis ĝin
Rezon’ racia sen rutin’,
Sen trivial’, senpedantece,
Neniun ofendante per
Vigleco sia en liber’.

Mąż wchodzi. Wita Oniegina,
Przerywa krótkie tête-à-tête,
Eugeniuszowi przypomina
Figielki stare. Obaj wnet
Śmieją się. Wchodzi szereg gości.
Attycka sól światowej złości
Sypie się gęsto… Ten i ów
Nić lekkich bredni, zgrabnych słów,
Wplata bez śmiesznej kokieterii
W ogólnych rozmów lśniący haft;
I tka go myśl — bez wiecznych prawd,
Bez szumnych zdań, bez pedanterii;
Tu się nie wzdryga niczyj słuch
Na lekkich rozmów żywy duch.

XXIV

XXIV

Sed tamen estis krem’ ĉi tie
De la ĉefurbo, de la mod’,
Personoj renkontataj ĉie,
Stultuloj gravaj por klopod’;
Ĉeestis sinjorinoj aĝaj
En kufoj, tre kolervizaĝaj;
Fraŭlina estis societ’
Tre serioza sen ridet’;
Ĉeestis fremdambasadoro —
Pri ŝtataferoj spertemul’,
Ĉeestis griza maljunul’
Ŝercanta laŭ malnova moro:
Subtile, trafe kaj kun saĝ’,
Sed iom strange por nunaĝ’.

A jednak był tu kwiat stolicy,
Arystokracji świetny ród,
Niezbędni głupcy, urzędnicy,
Trafiani wszędzie, wzory mód.
Tu były damy żółtolice,
W czepkach i różach czarownice;
Z pięć dziewic brzydkich jako grzech,
Które nie znały, co to śmiech.
Tu poseł był, co, gdy rozprawiał
O państwie, zwykł podnosić głos;
I zdobny w siwy, wonny włos
Starzec, co grono pań zabawiał
Subtelnym żartem dawnych dni,
Z czego dziś nieco świat już drwi…

XXV

XXV

Sinjor’ ĉeestis ankaŭ unu,
Kolera tre pri ĉio ajn:
Pri te’ tro dolĉa aŭ tro bruna,
Pri plata de l’ virinoj ŝajn’,
Pri vira ton’, kritikdifinoj,
Pri monogram’ de du fratinoj,
Pri bluf’ ĵurnala, pri milit’,
Pri neĝo kaj edzinkvalit’ …
[Ĉeestis cenzurist’ ekstrema
(Katon’* ĉi tiu kun abrupt’
Ĵus eksigitas pro korupt’);
Ĉeestis senatan’ dormema
Kun kartludema solaspir’,
Por registar’ necesa vir’.]*

Tu był na wszystko zły jegomość,
Co epigramy tworzył w mig:
Na gazet fałsz i nieświadomość,
Na płaskość dam, na męski szyk,
Na przesłodzoną zbyt herbatę,
Na wojnę i na czasu stratę
W dysputach o romansie mdłym,
Na śnieg, na wiatr, na fajek dym,
Na swoją własną żonę wreszcie…
……………………………………

XXVI

XXVI

Prolasov estis, meritinta
Famecon pro malnobla far’,
Krajonojn de St.-Priest* stumpinta
For en la tuta albumar’;
Alia diktatoro bala
Jen staris kiel bild’ ĵurnala,
Rozvanga kiel pask-kerub’,
Senmova en korseta tub’;
Kaj iu vojaĝist’ okaza,
Aroga troamelumit’,
La gastojn igis al ekrid’
Pro sia pozo zorg-emfaza;
Nur mutrigard’ en reciprok’ —
Al li komuna estis mok’.

Tu był Saburow, co od tłumów
Za podłość wziął pochwalny list;
W tysiącach stępił on albumów
Twoje ołówki, o St.-Priest!
A we drzwiach stał dyktator balów,
Jakby obrazek z mód żurnalów,
Rumiany jak cherubin, mruk
Z obcisłą talią, rozmów wróg.
Nakrochmalony zbyt pyszałek
Wstrzymany w gościach budził śmiech
Mnogością swych zabawnych cech,
Groźnym wierceniem ocznych gałek;
I skrzyżowanych spojrzeń prąd
Mieścił milczący o nim sąd.

XXVII

XXVII

Onegin dum la daŭr’ vespera
Pri Tatiana pensis nur,
Ne pri knabin’ kun kor’ sincera
Enamiĝinta laŭ natur’,
Sed pri diino reĝaspekta
De l’ luksa kaj majesta Nev’.
Ho, homoj, al la praa Ev’
Similas via eco homa:
Havaĵ’ ne kontentigas vin;
Serpento vokas vin sen fin’
Al la mistera arbo poma:
Kaj sen la loga frukto jen
Al vi ne plaĉas eĉ Eden’.

Lecz mój Oniegin wieczór cały
Spojrzenia ku Tatianie śle —
Nie ku dzieweczce tej nieśmiałej
Na skromnym traw zielonych tle,
Lecz ku tej świetnej, chłodnej księżnej,
Owej bogini niedosiężnej,
Co zbiera hołdy kornych mas…
O ludzie, ludzie, wszystkich was
Wydała na świat matka-Ewa;
Was nudzi to, co macie wciąż;
I nęci was ku sobie wąż
W tajemniczego liściach drzewa;
Hej, zakazane jabłko daj…
Bez niego rajem nie jest raj!

XXVIII

XXVIII

Ŝanĝiĝis kiom Tatiana!
Kaj en la rol’ de l’ alta rond’
Adoptis kiom lertamane
La manierojn de l’ bonmond’!
Ĉu knabinaĉon serĉus iu
En leĝ-eldonantino tiu
Majesta de la salonar’?
Kaj lin ŝi revis kun amar’!
Pri li en noktaj palnebuloj
Ĝis la alflugo de Morfe’*
Sopiris virge ŝi kun ve’,
Al lun’ levante la okulojn,
Kun la esper’ en iu foj’
Kun li ekiri sur viv-voj’!

Zmieniona do niepodobieństwa!
Zgłębiła rolę swą do dna!
Krępującego dostojeństwa
Wszystkie przepisy świetnie zna!
Zginął dzieweczki ślad nieśmiałej
W owej wspaniałej i niedbałej
Prawodawczyni newskich mód!
I on jej sercem władał wprzód?!
O nim myślała w nocnym mroku,
Za nim tęskniła długie dnie,
Jego widziała w szczęsnym śnie,
I patrząc w gwiazdy z łezką w oku,
Marzyła, że nastąpi czas,
Gdy drogą życia pójdą wraz!

XXIX

XXIX

Al am’ obeas ĉiuj aĝoj;
Sed ĝi al ĉasta juna kor’
Utilas kiel al pejzaĝoj
Printempa pluv’ en frua hor’:
Pro pluv’ pasia kampoj puras,
Freŝiĝas, kreskas kaj maturas —
La viv’ do donas en produkt’
Belfloron kun bongusta frukt’.
Sed en la aĝo tro malfrua,
Sur la disvoj’ de nia viv’
Malgajas la pasi-motiv’:
Aŭtuna tiel pluv’ detrua
Nur marĉojn verŝas sen kolor’
Kaj ŝiras foliaron for.

Miłość nad każdym wiekiem włada;
Ale na łany młodych dusz
Tak dobroczynnie wiew jej spada,
Jak w polu deszcz wiosennych burz.
Bo w burzach pragnień odświeżane
Dojrzeją serca młodociane,
Potężne życie z biegiem lat
Da słodki owoc, pyszny kwiat.
Ale w czas późny i niepłodny,
Na przełomowym punkcie lat,
Namiętność martwy znaczy ślad:
Tak burze w czas jesieni chłodny
Kałuże błotne tworzą z łąk
I obnażają lasy w krąg.

XXX

XXX

Nun dubo mankas: ve! Eŭgeno
Ekamis Tatiana-n jen.
En la sopira amĉagreno
Tagnoktojn vivas li kun pen’.
Al la raci’ ne atentante,
En ĉiu tago li konstante
Al ŝia dom’ venigas sin;
Li persekutas ombre ŝin;
Li ĝojas, se li helpis meti
Boaon jen al ŝia kol’,
Aŭ se ektuŝis li kun mol’
Al ŝia man’, aŭ se senpete
Lakeojn puŝis li al flank’
Kaj levis tukon de sur plank’.

Niestety! Kocha się, jak dziecko,
W Tatianie dziś bohater mój;
Tęsknota toczy go zdradziecko,
A w sercu wzbiera pragnień zdrój.
I na zwyczaje już nie baczy,
Ku szklanej sieni jej w rozpaczy
Podjeżdża w niemal każdy dzień;
Za nią ugania się jak cień;
Już szczęsny, gdy puszyste boa
Zarzuci wkoło ramion tych,
Albo też pułk liberii pstrych
Przed krokiem jej rozsunąć zdoła,
Gorąco dotknie ręki tej,
Lub chustkę spadłą poda jej.

XXXI

XXXI

Sed ŝi lin ne atentas vere,
Eĉ malgraŭ ke penegas li.
Ŝi lin akceptas tutlibere,
Al li eldiras vortojn tri,
Jen nur renkontas klinsalute,
Jen eĉ lin ne rimarkas tute:
Neniu estas koketec’ —
Ekstrema estus ĝi maldec’.
Onegin iĝas nun pli pala;
Sed ŝi ne vidas kun kompat’;
Onegin velkas, tia stat’
Kondukas ja al ftiz’ fatala.
Kaj kuracistoj kun obstin’
Al kuraclokoj sendas lin.

Choć konaj, zda się, nie łaskawsze
Będą jej oczy… W planach trwa;
U siebie z nim swobodna zawsze,
W gościnie rzuci słówko, dwa.
To ukłon w miarę mu odważy,
To wcale go nie zauważy…
Nie kokieterii jest w tym ślad,
Bo tej nie znosi wyższy świat.
Nie widzi, że Oniegin blednie,
Lub widzieć nie chce; sądząc z lic,
W suchoty wpadnie; nic a nic
To jej nie wzrusza… Leki przednie
Radzą mu ludzie i do wód
Ślą go doktorzy… Próżny trud!

XXXII

XXXII

Sed tiu sendo estas vana;
Li pretas eĉ al la renkont’
Kun praavar’, sed Tatiana
Lin plue tenas sen respond’.
Kaj li obstinas, li suferas,
Atingi ion li esperas;
Kaj pli kuraĝe ol sanul’
Li skribas en malsana brul’
Leteron nun al la princino.
Eĉ kvankam al korespondad’
Li fidis en malmulta grad’,
Sed evidente la kulmino
Ekpuŝis lin de la sufer’.
Jen estas lia do leter’:
Letero de Onegin al Tatiana
Mi antaŭvidas ĉion: vin
Ofendos mia pent’ intima.
Fiero kia malestima
Responde do atendas min.
Mi kion volas? Kaj eksponas
L’ animon mi por kiu pun’?
Al kia ĝoj’ kolera donas
Pretekston eble mi do nun!
Vin iam foje renkontinte,
En vi amemon rimarkinte,
Mi ne ekvolis kredi ĝin:
Ne uzis mi la karkutimon;
Kaj al libero mia limon
Ne emis meti mi por fin’.
Ankoraŭ nin disigis tiam…
Viktime Lenskij falis for…
Mi ŝiris tiam koron mian
De ĉio kara por la kor’;
Mi pensis, fremda, sen rilatoj:
Liber’ kaj kora apati’
Feliĉon anstataŭas. Di’!
Ja mi eraris senkompate!
Ne, — vidi vin en ĉiu hor’,
Vin sekvi ĉiam ĉiuloke,
Rideton, movon de l’ humor’
Kaptadi per okuloj voke,
Aŭskulti vin, per la anim’
Vin perceptadi ĉiam plue,
Fordroni en sufer’ sen lim’,
Paliĝi for… jen estas ĝue!
Kaj mi ne havas tion ĉi:
Mi vin okaze ĉie ĉasas;
Valoras ĉiu hor’ al mi;
Sed mi en van-enu’ ellasas
La lastajn tagojn de l’ destin’.
Sufiĉe ili ŝarĝas min.
Mi scias: vivos mi apenaŭ;
Sed por ke mi travivu pli,
Bezonas scii mi matene,
Ke tage vin ekvidos mi…
Mi timas, ke en mia peto
Vi nur ekvidos kun sever’
Malican ruzon sen diskreto —
Mi vin do vidas en koler’.
Ho, se vi scius, kiom peze
Soifi estas al la am’
Kaj per racio tutfreneze
Spitadi al ensanga flam’;
Deziri forte ĉirkaŭpreni
Genuojn viajn kaj kun plor’
Al vi konfesojn, petojn peni
Esprimi el la tuta kor’,
Sed tamen false bonkorekte
Sin streĉi ĉiam en ĝentil’,
Kun vi paroli en trankvil’
Kaj vin rigardi gajaspekte!..
Egalas tamen: mankas fort’
Min kontraŭstari mem pli daŭre;
Do decidite: senbedaŭre
De vi dependas mia sort’.

Nie jedzie; raczej sam jest w stanie
Pradziadom posłać list, by ci
Już nań czekali… A Tatianie
To wszystko nic!… (O, sroga płci!)
On też uparty… ma nadzieję
Na nowe plany i ideje.
I śmielszy, gdy w chorobie zległ,
Z łóżka się z piórem w ręku zwlekł,
Pisze namiętną epistołę:
Choć z dawna słusznie twierdził sam,
Że papier nie podbija dam,
Lecz położenie niewesołe
Zmogło go… Wierzy mocy słów…
Tu zacytuję liścik ów:
List Oniegina do Tatiany
Wiem naprzód — to szalony krok!
Wiem, że jest rzeczą nierozumną
Wyjawiać duszy swojej mrok;
Wiem, że jedynie wzgardą dumną
Zabłyśnie dumny Pani wzrok,
Że gniew wywoła na Twe lica
Odkryta smutna tajemnica.
Choć do złośliwej wesołości
Zapewne tylko powód dam —
Lecz muszę ujście dać miłości…
Choć czego żądam — nie wiem sam!
Przypadkiem ongi mnie spotkawszy,
Dałaś mi zajrzeć w swoje serce;
Iskrę uczucia tam dojrzawszy,
Jam nie śmiał wierzyć tej iskierce!
Nie mogło być — przed duszą Twoją,
Bym swym zwyczajom folgę dał,
A znowu — wolność nędzną swoją
Jam się utracić wówczas bał!
Jeszcze nas jedno rozłączyło:
Ofiarą biedny Leński padł;
Wszystko, co sercu miłe było,
Jam rzucił wówczas… uszedł w świat!
I obcy wszystkim w onej porze
I z niczym wówczas niezwiązany,
Wierzyłem, że do szczęścia zdolność
Zastąpić mogą spokój, wolność,
Że one — szczęściem?… O mój Boże,
Jakżem za błąd ten ukarany!
Nie! Iść za Tobą jako cień,
Móc Ciebie widzieć co minutę,
Do ócz Twych oczy mieć przykute,
Chwytać Twój uśmiech każdy dzień,
Przy Tobie uczuć własną małość,
Pojmować Twoją doskonałość,
Słuchać, co usta Twoje głoszą,
I każdy dźwięk tych ust pożerać,
I znowu słuchać, znów spozierać,
Przed Tobą pośród mąk zamierać,
Blednąć i gasnąć… to rozkoszą!
I ja jej nie mam!… I w obłędzie
Na próżno Ciebie szukam wszędzie,
Dokąd iść każe przeczuć głos,
Zawodnie szepcąc: ona będzie!
Drogi mi dzień, godzina droga,
Bo dni me już policzył los,
A mnie tęsknota dręczy sroga!
A ja czas tracę na szukanie!
Wiem: już niewiele pozostanie
Żyć mi… Zbyt ciężko płynie czas…
Lecz abym dłużej żyć był w stanie,
Muszę być pewnym w dnia zaranie,
Że w dniu tym ujrzę Cię choć raz…
Ja drżę, że w prośbie tej błagalnej
Dostrzeże Twój surowy wzrok
Chytrości nędznej zamysł walny —
I gniewem spłonie na ten krok.
O, gdybyś znała tę męczarnię:
Miłości ciągłe czuć pragnienie,
Płonąć — i myślą swoją karnie
Bez przerwy tłumić krwi wzburzenie;
I pragnąc objąć Twe kolana,
I pragnąc płakać u Twych nóg,
Pragnąc Ci wyznać, ukochana,
Co tylko bym wyrazić mógł,
Wszystko udaniem w sobie zgnieść,
Wplecionym być w męczarne koło,
Chłód włożyć w oczy, w rozmów treść,
Z Tobą rozmowę lekką wieść,
Na Ciebie patrzyć się wesoło?
Więc niech się stanie; takiej męce
Już nie wydołam… Wolę cios!
Stało się: oto w Twoje ręce
Oddaję teraz cały los!

XXXIII

XXXIII

Respondo mankas. Li denove:
Al dua, tria epistol’
Respondo mankas. Li laŭpove
Al klubo venas por konsol’;
Ĵus li enpaŝis… ŝi pretere
Trairas sen parol’ severe;
Hu! kiel estas ŝi ĝis ost’
Plenplena je malvarma frost’!
Indignon akran buŝo ŝia
Reteni penas kun obstin’!
Onegin zorge fiksis sin:
Ĉu estas do kompato ia?
Ĉu estas larm-makuloj?.. Ne!
Kolero nur videblas,ve!..

Na list — milczenie… Drugi, trzeci
Śle… Odpowiedzi zawsze brak…
Wyszedł, na bal do klubu leci…
Ona! Wprost idzie… Daż mu znak,
Że cierpi?… Boże, jak surowa!
Nie widzi go, nie rzecze słowa
Do niego… Chłód jej jeszcze wzrósł…
Z niej trzaskający wieje mróz!
I powstrzymanym oburzeniem,
Zda się, uparte usta drżą…
On wzrok badawczy wlepia w nią…
Plam łzawych szuka z upragnieniem,
Litości cienia… Nic a nic!
Gniew tylko patrzy z onych lic.

XXXIV

XXXIV

Kaj eble ankaŭ timo iu,
Ke oni iel je terur’
La pasintaĵon ne eksciu…
Onegin kiun sciis nur…
Espero mankas! Li elvenas,
Frenezon sian li malbenas —
Kaj, eĉ freneza multe pli,
La mondon reabdikas li.
Kaj en silenta kabineto
Li ree ekmemoris nun
Pri la hipoĥondri’, en pun’
Pelinta lin el malkvieto
De l’ mondo al angulmallum’,
Kaptinte lin je la kolum’.

Widoczny gniew, nie strach tajemny,
By nie zgadł z twarzy świat lub mąż,
Że jako strumień rwie podziemny,
Tak krew się skrycie burzy wciąż…
Oniegin z balu wnet ucieka,
Klnie szał swój, świata się wyrzeka.
Nadzieję stracił, przecie szał
Wciąż w nim głęboko jeszcze trwał.
I w swym milczącym gabinecie
Przypomniał z niezbyt dawnych lat,
Jak spleen okrutny za nim w ślad
Podążył, gonił go po świecie,
Nareszcie go za kołnierz wziął
I — do ciemnego kąta pchnął.

XXXV

XXXV

Eklegis ree li sencele.
Li legis Gibbon* kaj Rousseau,
Manzoni*, Herder*, Fontenelle*.
Madame de Staël, Biĉot*, Tissot*;
Skeptikan Bell*, Chamfort* li legis,
Libr-elektadon li ne flegis,
Kaj rusajn verkojn legis li,
Prenante ĉion pli kaj pli:
Jen almanakojn, jen ĵurnalojn,
Edifas kiuj plu sen fin’,
Insultas kie oni min
Kaj kie tiajn madrigalojn
Por mi mi vidis sen erar’:
E sempre bene*, sinjorar’!

Czyta od rana do wieczora:
Gibbona połknął i Rousseau,
Bichat, Herdera i Chamforta,
Manzoni, panią Staël, Tisseau,
Przeczytał sceptycznego Bayle’a,
Utwory cięte Fontenelle’a,
Naszych autorów kilku zjadł,
O ile który w ręce wpadł,
I almanachów, gazet stosy,
Gdzie dzisiaj nas pouczać chcą,
Gdzie moje pisma strasznie tną,
A gdziem był ongi pod niebiosy
Wynoszon… w tym stałości brak…
E sempre bene — tak czy siak!

XXXVI

XXXVI

Kaj kion? La okuloj legis,
Sed pensoj vagis ie for.
En la anim’ profunde regis
Aspiroj, revoj kaj angor’.
Kaj inter liniar’ presita
Li legis per okul’ spirita
Aliajn vortojn. Ilin nur
Li do perceptis ĝis satur’.
Kaj ili estis sonĝ-deliroj
De la malluma malnovec’,
Vizioj de diversa spec’,
Minacoj, klaĉoj, antaŭdiroj,
Jen de fabel’ absurd-aper’,
Jen de knabino amleter’.

Lecz cóż?… Czytały tylko oczy,
A myśli gdzieś uciekły w dal,
Błąkały w mglistej gdzieś roztoczy,
Ścigały sny, pragnienia, żal…
Napiętej duszy oczy czynne
Śród wierszy druku — wiersze inne
Czytały… I w nich duszą grzęzł.
Wczytywał się w ich skryty sens…
To były dawnych dni podania,
Zamierzchły a serdeczny świat,
Urwane sny i groźby strat,
Wróżby, dziwaczne rozmyślania,
Wzorzysty długiej bajki haft,
Przeczucia niespodzianych prawd.

XXXVII

XXXVII

Kaj sen rapid’ en inercio
Ekdormas liaj sent’ kaj mens’,
Kaj antaŭ li la Fantazio
Kolore ludas kun intens’.
Jen vidas li: sur neĝ’ degela,
Dormanto kvazaŭ, senŝancela
Junulo kuŝas pala tro.
Li aŭdas: Nu, li mortis do!
Jen malamikojn forgesitajn,
Mensogemulojn kun envi’,
Perfidulinojn vidas li
Kaj kamaradojn senmeritajn,
Jen biendomon — tie ĉi
Ŝi ree sidas… ĉiam ŝi!..

Myśl coraz mniej się uwyraźnia,
Jakby zapada z wolna w sen…
Rozwija przed nim wyobraźnia
Szeregi fantastycznych scen:
To młodzian leży tam na śniegu,
Jak gdyby śpiący na noclegu,
Bez ruchu… Słychać krzyk: «No cóż?
Zabity!» — wszystko znikło już…
To widzi wrogów zapomnianych,
Potwarców, podłych tchórzów rój,
To młodych zdrajczyń modny strój,
To towarzyszy pogardzanych,
To wiejski dom — przy oknie w łzach
Ona… I zawsze Ona!… Ach!…

XXXVIII

XXXVIII

Li tiel do alkutimiĝis
Al tiu fantazia kned’,
Ke preskaŭ tute freneziĝis
Kaj preskaŭ iĝis eĉ poet’.
Jes, vere: al la mekanismo
De l’ rusa vers’ per magnetismo
Disĉiplo mia sen talent’
Nun preskaŭ trafis kun prudent’.
Similis ja al tip’ poeta
Li, kiam sidis iam jen
En anguleto ĉe kamen’,
Murmuretante: Benedetta
Aŭ Idol mio*, dum al flam’
Pantofl’ aŭ libro falis jam.

Szaleńcom więc wizjami sprostał,
Nieomal w obłąkanie wpadł,
Poetą ledwie że nie został…
Nie wiem, co na to rzekłby świat!
Zaprawdę: mocą magnetyzmu,
Rosyjskich wierszy mechanizmu
Sprężynę skrytą chwytał już…
A dawniej w rytmach — ani rusz! —
Gdym uczył go… Dziś, jak poeta,
Gdy na kominku płoną drwa,
W kąciku siada, w dumach trwa,
Lub miauczy: «Idol! Benedetta!».
Choć w ogień mu pantofle z nóg
Spadały — dalej marzyć mógł!

XXXIX

XXXIX

La tagoj flugis: vintromezo
Procedis jam al lasta fin’:
Sed li ne mortis en frenezo
Kaj eĉ ne poetigis sin.
Printempe lia spleno pasas:
Unuafoje li forlasas,
Samkiel neston la marmot’,
La ĉambrojn de la sindorlot’
Kaj flugas jen ĉe l’ bordo Neva
Matene en glitveturil’.
La helvetera suna bril’
Radias sur glaci’ diskreva;
Degelas neĝo sur la strat’.
Do kien nun en veturad’

Czas płynął, zimie rzekł już veto!
I w termometrze spadła rtęć.
Nie umarł, nie stał się poetą,
Zachował swoich klepek pięć.
Żywi go wiosny duch skrzydlaty:
Rzuca zamknięte swe komnaty
(Jak borsuk w norze siedział tam),
Kominek, rząd podwójnych ram —
I w saniach mknie w pogodę cudną
Wzdłuż Newy… Wodą idą kry…
W błękitnych lodach krzesze skry
Słoneczny blask… Topnieje brudno
Skopany na ulicach śnieg…
Zgadnijcie, kędy szybki bieg

XL

XL

Onegin celas? Certe vi ja
Divenis jam sen multa pen’:
Al ŝi, al Tatiana sia
Strangulo mia venas jen.
Mortule li sin manifestas.
Neniu en vestiblo estas.
Neniu — en salono; plu
Malfermas li la pordon. Ĉu
Impresis io lin subite?
La mem princino sidas jen
Negliĝe kaj kun palmien’,
Leteron legas ŝi medite
Kaj ploras en silenta mut’,
Sin apoginte je kubut’.

Skierować kazał? Dość zabawny
Z mej strony ten pytania znak!
Przyjechał dziwak niepoprawny
Do niej, do Tani swojej… Tak!
I idzie z miną nieboszczyka,
Nikogo z służby nie spotyka,
Przechodzi pustych komnat rząd…
Otwiera drzwi… I naraz prąd
Jakby mu wstrząsnął wszystkie nerwy!…
Tam księżna sama… bladą skroń
Siedzącej biała wspiera dłoń,
Po licach płyną łzy bez przerwy,
List jakiś w drugiej ręce ma…
I czyta go — i cicho łka.

XLI

XLI

Ho, kiu korsuferon flaman
Ne legus nun kun oportun’
En ŝi kaj Tanjon la iaman
En la princin’ ne vidus nun!
Kun plej freneza korĉagreno
Genuen falis nun Eŭgeno;
Ektremis ŝi pro la subit’
Kaj al Onegin sen rapid’,
Sen mir’ rigardon ekdirektas…
Malsana lia pet-rigard’,
Riproĉo muta kun kor-ard’
Esprimas multon, ŝi konjektas.
Knabin’ kun revoj, kun bonkor’
En ŝi reestis en ĉi hor’.

Jej niemą boleść w chwilce jednej
Chyba z tych lic wyczytałbyś!
Kto Tani dawnej, Tani biednej
Nie poznał w owej księżnej dziś?!
Szalona żałość nim owłada…
Eugeniusz jej do nóg upada.
A ona drgnęła… Patrzy nań…
Nie mówi nic… Nie słychać łkań…
Nie widać gniewu, ni zdziwienia…
Usprawiedliwiał jego krok
Zagasły, chory jego wzrok…
Ten niemy wyrzut ją odmienia
I z dawnym sercem, pełnym snów,
Wskrzesza w niej proste dziewczę znów!

XLII

XLII

Ŝi lin levigi eĉ ne penas
Kaj, rigardante lin kun fid’,
Sensentan manon ne forprenas
De liaj lipoj kun avid’ …
Ŝin kiu penso embarasas?..
Silenta longa paŭzo pasas,
Kaj fine diras ŝi al li:
«Sufiĉas; staru. Devas mi
Al vi sincere diri ĉion.
Onegin, ĉu memoras jen
Vi tiun horon en ĝarden’,
Mi kiam lecionon vian
Aŭskultis kiel junnovic’?
Hodiaŭ estas mia vic’.

Długo na niego patrzy tkliwa,
Na jego śmiałość nie ma skarg,
Nieczułej ręki nie odrywa
Od jego chciwych bladych warg…
W jej duszy wskrzesło uczuć tyle!
W milczeniu schodzą długie chwile…
Wtem drgnie i cicho rzecze wraz:
«Dość tego! Wstań pan!… Nadszedł czas
Wyznać, com kryła tak opornie…
Oniegin, czy pamiętasz dzień,
Gdy nas we dwoje w lipy cień
Sprowadził los, gdy tak pokornie
Jam wysłuchała lekcji twej?
Z kolei ty cierpliwość miej!

XLIII

XLIII

«Onegin, tiam pli junaĝa,
Pli bona ŝajne estis mi,
Kaj mi vin amis; sed domaĝe
Al mi respondis kiel vi?
Per nura severec’ laŭpova!
Ĉu vere? Ja ne estis nova
Por vi la amo de knabin’?
Kaj nun — ho di’! — frostigas min,
Se mi reaŭdas rememore
Predikon tiun en plenklar’ …
Sed ne akuzas mi vin: ĉar
Vi agis tiam noblakore,
Vi pravis antaŭ mi laŭ ver’:
Do mi vin dankas kun sincer’ …

Oniegin, młodszą wtedy byłam
I, zda się, większy miałam wdzięk…
Kochałam ciebie… Cóż odkryłam?
Jaki w twym sercu zabrzmiał dźwięk
I jakie echo?… Ach, surowe!
Nie było to dla pana nowe —
Rzucić w tak proste serce siew;
A dzisiaj, Boże, stygnie krew,
Kiedy przypomnę wzrok ten chłodny
I to kazanie… Ale win
Nie ma na panu… Pański czyn
Wówczas szlachetny był i godny…
I wobec mnie miał słuszność pan…
Wdzięczną ci jestem… krwią mych ran.

XLIV

XLIV

«Ĉu vere? — en provinc-profundo,
For de la vanta Mondofam’,
Al vi ne plaĉis mi… Kaj nun do
Vi kial min pretendas jam?
Pro kio nun pri mi vi revas?
Ĉu ĉar figuri nun mi devas
En rond’ supera laŭ destin’,
Ĉar iĝis riĉa mi princin’,
Ĉar kriplas l’ edzo pro l’ milito
Kaj nin do ŝatas la korteg’?
Ĉu ĉar sendube mia pek’
Tuj estus ĉie rimarkita
Kaj kronus vin pro mia hont’
Pikanta gloro en la mond’?

Nieprawdaż, wtedy w mej pustyni
Pan nie znalazłeś we mnie nic?…
Patrzyłeś chłodno. Cóż dziś czyni,
Że prześladowcą stał się widz?
Czemuś mnie raczył dojrzeć przecie?
Czyli nie stąd, że w wyższym świecie
Zjawiam się śród zbytkownych ram,
Że tytuł i majątek mam,
Że mąż mój w ranach z bitw powrócił
I dwór nie szczędzi nam swych łask,
Że mój upadek miałby blask,
Oczy by świata na nas zwrócił,
Że dziś ma hańba panu snadź
Pragnioną chwałę może dać?!

XLV

XLV

«Mi ploras… Se do Tanjon vian
Ĝis nun jam ne forgesis vi,
Do sciu: tonon plej glacian,
Severon en konversaci’,
Se tion regus mi kun pen’ do,
Preferus mi al la ofenda
Pasi’, plorad’, leterricev’.
Al mia infaneca rev’
Kompatis vi almenaŭ tiam,
Estimis vi al mia jun’ …
Sed nun! — vin kio puŝis nun
Al mi? ho, malgravaĵo kia!
Kun via koro kaj prudent’
Ĉu eblas esti sklav’ de sent’?

Ja płaczę… Jeśli swoją Tanię
Jeszcze pamiętasz, o, to wiesz,
Że nad namiętność, łzy, błaganie,
Którym me serce zmiękczyć chcesz,
Ostre wolałabym wyrzuty,
Szyderstwem chłodnym sąd zatruty
Obraziłbyś mnie dzisiaj mniej!
Wtedy dla śniącej duszy mej
Miałeś choć litość… Choćby karność
Uczułeś wobec młodych lat…
A dziś — jak trafiasz na mój ślad?
Do nóg śmiesz padać?… Jaka marność:
Rozum i serce pańskie mieć,
A w płaskiej żądzy wpadać sieć!

XLVI

XLVI

«Kaj ja por mi, Onegin, tedas
Ĉi tiu luksa efemer’,
Moddomo mia riĉposeda,
Sukcesoj en la alta sfer’.
Ĉi tiun fals-oraĵon tutan,
La brilon, bruon vant-diskutan
Mi donus tuj por libra bret’
Kaj por sovaĝa ĝardenet’,
Por nia simpla kamploĝejo,
Por lokoj, kie vin kun ĝoj’,
Onegin, vidis mi en foj’,
Kaj por trankvila pactombejo,
En kiu staras kruc’ en klin’
Sur mia kara vartistin’ …

A mnie ten przepych tylko gniecie,
Ten maskarady nędzny szych…
Moje tryumfy w pustym świecie,
Mój świetny dom… I cóż jest w nich?
Jam każdej chwili oddać rada
Szmat, którym pstrzy się maskarada,
Cały ten gwar, i blask, i czad,
Za półkę ksiąg, za dziki sad,
Za skromny dom nasz i — pamiętasz?
Za miejsce to, gdzie jeden raz
Sprowadził los we dwoje nas,
I za ubogi wiejski cmentarz,
Gdzie dzisiaj wierzb płaczących tren
Kołysze biednej niani sen.

XLVII

XLVII

«Kaj tiel eblis la feliĉo!..
Sed estas mia sort-lini’
Jam decidita. Sen sufiĉo
Da singardemo faris mi
Verŝajne: tamen la patrino
Plorpetis tiel min sen fino;
Por mi egalis ĉiu lot’ …
Mi edziniĝis. Amklopod’,
Mi petas vin, nun devas ĉesi;
Mi scias: ja en via kor’
Fier’ ekzistas kaj honor’.
Mi amas (kial ne konfesi?),
Sed la alia edzas min;
Do mi fidelos ĝis la fin’.»

A szczęście było tak możebne!
Tak bliskie!… Lecz rozstrzygnął los!
To poświęcenie niepotrzebne
Dyktował nieopatrzny głos.
Lecz w łzach widziałam matkę biedną,
A dla mnie… wszystko było jedno,
Już nie czekałam szczęsnych zmian.
I wyszłam za mąż… Musisz pan
To uznać, czego już nie złamać!
Zostaw mnie! Proszę… Honor masz
I obowiązku drogę znasz…
Ja kocham ciebie… (Po co kłamać?)
Lecz z innym już mnie związał ślub
I wierną żoną zejdę w grób!»

XLVIII

XLVIII

Foriris ŝi. Eŭgen’ turmente
Tondrefrapite staras nun.
En kia uragan’ de sentoj
Troviĝas lia korprofund’!
Sed jen eksonis spron’ kalkana,
La edzo nun de Tatiana
Aperis brave, tie ĉi
Heroon mian lasu ni,
Leganto, en minuto brula
Por longe… eĉ por ĉiam. Ĉar
Sufiĉe jam ni en erar’
Sekvadis lin. Do ni gratulu
Nin reciproke pri la bord’.
Jam estas tempo laŭ bonord’!

Odeszła… Sam Eugeniusz został…
O, Boże! Kres już wszystkim snom!…
O, w jakiż wir się uczuć dostał!
Jaki na głowę spadł mu grom!
Wtem brzęk ostrogi dźwięknął znany,
I w progu stanął mąż Tatiany…
I… czytelniku, w chwili tej,
Dla bohatera mego złej,
Na długo chcę go pozostawić…
Na zawsze!… Za nim dosyć już
Błądziliśmy po świecie wzdłuż…
W przystani nogę czas postawić,
Winszować sobie brzegu wraz…
Nieprawdaż?… dawno skończyć czas!

XLIX

XLIX

Leganto, kiu ajn, amiko
Aŭ malamiko, volas mi
De vi disiĝi kun efiko.
Adiaŭ do. Se serĉis vi
En tiuj ĉi linioj strofaj
Ĉu miajn pensojn filozofajn,
Ĉu rememorojn dum ripoz’,
Spritaĵojn, bildojn laŭ epos’,
Ĉu gramatik-erarojn ruze, —
Di’ donu, ke eltrovu vi
Nun en libreto tiu ĉi
Almenaŭ grajnon por amuzo,
Por rev’, por kor’, por polemik’.
Kaj nun adiaŭ do, amik’.

Ktokolwiek jesteś, czytelniku,
Druh albo wróg mój, pragnę dziś
W przyjaznym żegnać cię okrzyku…
Więc bywaj zdrów! Cokolwiek byś
Szukał tu w strofach mych niedbałych:
Czy to wytchnienia z prac wytrwałych,
Czy przypomnienia młodych snów,
Obrazów żywych, dętych słów,
Czy to omyłek gramatycznych —
Niech Bóg ci da: znajdź w książce tej
Dla serca, dla fantazji swej,
Dla snów, dla krytyk polemicznych
Lub dla rozrywki choćby źdźbło!
Bądź zdrów! Bodaj ci dobrze szło!

L

L

Adiaŭ ankaŭ vi, kunulo,
Fidela mia ideal’,
Kaj vi, farata kun skrupulo,
Laboro mia. En real’
Per vi mi sciis ĉion indan
Por la poet’: forgeson blindan
De l’ brua viv’ de l’ mondo for,
Amik-konsolojn por la kor’.
Jam pasis longe de post kiam
Eŭgen’ kaj Tanjo-junulin’
Unue ekinspiris min
Kaj la romanprojekton mian
Mi tra magia revkristal’
Distingis nur sen klar’ en pal’.

Żegnaj i ty, wędrowcze smętny,
I ty, Tatiano, wzorze cnót…
A z wami niech mi żegna skrzętny
I żywy, choć niewielki trud.
Znałem w nim to, co drogo cenię:
O burzach świata zapomnienie,
Czar, co w rozmowie z druhem tkwi…
Uciekło wiele, wiele dni,
Odkąd Tatiany postać ślicznej,
A z nią Oniegin w mglistym śnie
Nawiedził po raz pierwszy mnie
I, jak przez kryształ lśniąc magiczny,
Jeszcze we mgle obłocznych fal
Błysnęła mi romansu dal…

LI

LI

Kaj ili, kiuj aŭdis legi
Unuajn strofojn en deklam’,
For estas aŭ malproksimege,
Saadi* kiel diris, jam.
Sen ili la roman’ finiĝis.
Kaj ŝi, el kiu kombiniĝis
De Tatiana l’ ideal’ …
Ho, multe prenis la fatal’!
Feliĉas, kiu vivofeston
Forlasis frue, sen ĝis fin’
Eltrinki glason kun la vin’,
Ne legis kiu ĝian reston
Kaj liberigis sin de ĝi,
Samkiel de Onegin mi.

Lecz ci, co mile mnie słuchali,
Gdym pierwsze strofy czytał im…
«Jednych już nie ma, inni — w dali»,
Jak Sadi rzekł w Ogrodzie swym.
Bez nich Oniegin wykończony,
A Ona, którą duch natchniony
Obrał za wzór Tatiany mej…
Los wiele, wiele odjął jej!…
Szczęśliw, kto nie do dna wysączył
Żywota puchar; szczęsny człek,
Co z uczty ziemskiej wcześnie zbiegł,
Romansu życia nie dokończył,
I tak się umiał rozstać z nim,
Jak ja tu — z Onieginem mym!

Fragmentoj el la vojaĝo de Onegin


Angor’, angor’! Eŭgen’ rapidas
Pli pluen, pluen: en aper’
Li kvazaŭ ombroj urbojn vidas
Valdáj, Torĵók kaj ankaŭ Tver.
De kampaninoj ĉiuflankaj
Li ekaĉetas jen barankojn*,
Kaj jen pantoflojn kun ornam’,
Kaj jen sur Volgaj* bordoj jam
Veturas li dormante, kuras
Nun la ĉevaloj ĉe l’ river’;
Veturigistoj en liber’
Fajfkantas kaj blasfeme ĵuras:
Volviĝas polv’. Ekbruas rad’
En Moskvo sur Tverskaja strat’.

En Moskv’ Onegin nun renkontas
Fieran vanton en okup’,
Fraŭlinoj antaŭ li ekfrontas,
Regalo kun sterleda sup’;
En saloneg’ de Angla klubo*
(De parlamento prov’, sen dubo)
Tra meditem’ dum manĝomaĉ’
Diskutojn aŭdas li pri kaĉ’.
Rimarkis oni lin. Kun tono
Diversa laŭ vari-difin’
Nun Moskvo priparolas lin,
Jen lin suspektas je spiono,
Jen panegiras je salut’
Kaj fianĉigas en konklud’.

Angor’, angor’! — Li iri volas
Al Niĵnij-Nóvgorod* — kaj jen
Makárjev* antaŭ li ekbolas
Klopode en abunda plen’.
Kun perloj tien venis hindo
Kaj eŭropan’ kun falsa vin’ do.
Ĉevalojn fuŝajn por brokant’
El step’ alpelis komercant’,
Ludist’ venigis tromp-metodojn
Por la kartluda mongajnad’,
Filinojn bienul’ por svat’
Kaj tiuj ĉi malnovajn modojn.
Kaj ĉie regas la spirit’
De merkantila monprofit’.

Angor’! Eŭgen’ atendas tagon.
Jam Volgo, bela grandriver’,
Lin vokas en surakvan vagon,
Sub velojn en favorveter’.
Cedante logon tre insistan,
Li luis ŝipon komercistan
Kaj jen eknaĝis laŭ la flu’.
Leviĝis pufe Volgo plu.
Je ŝtalaj stangoj apogante,
Barkotiristoj kun sopir’
Kantadas dum penplena tir’
Kaj pri ribel’ rakontas kante
De Razin*, kiu por liber’
Sangigis ondojn de l’ river’.


* * *


Kaj ili kantas pri buĉadoj,
Pri dombruligoj kaj malord’, —
Sed jen en stepoj de nomadoj,
Ĉe la Kaspia mara bord’
Komerca Astraĥanj* vidiĝis.
Onegin ĵus enprofundiĝis
En pensojn pri la histori’,
Sed jam tagmeza brulradi’
Kaj nuboj da arogaj kuloj
Kun zum’ tedante al ripoz’
Renkontas lin, — kun furioz’
La sablajn bordojn ĉi-stimule
Li adiaŭas en forlas’.
Angor’! — li iras al Kaŭkaz’.

Li vidas, kiel Terek* tosas
Abruptajn bordojn kun koler’;
Belkorna cervo kvazaŭ pozas
Kaj aglo ŝvebas en aer’;
Kamelo kuŝas, kaj en valo
Ĉerkes’* galopas sur ĉevalo,
Kaj ĉirkaŭ tendoj sur eben’
Kalmukoj* paŝtas ŝafojn jen;
Kaŭkazo kuŝas en proksimo:
Voj’ estas malfermita, ĉar
Trans la natura monta bar’
Trapasis la arme’ sen timo;
Arágva kaj Kurá* sur bord’
Ekvidis rusojn el la nord’.


* * *


Per montetar’ sin ĉirkaŭinte,
Gardant’ eterna de l’ dezert’,
Beŝtu jen staras akrepinta
Kaj jen Maŝuk* kun verda vert’,
Fontar’ de l’ akvoj terapiaj;
Ĉe sorĉaj riveretoj ĝiaj
Svarmadas malsanula ĥor’,
Viktimoj de milithonor’,
De Poĉeĉuj* kaj de Ciprido*;
Miraklajn ondojn malsanul’
Bonuzas por la vivstimul’,
Konsolon pro ofend-insido
Koketulino serĉas nun,
Kaj iuj revas pri rejun’.


* * *


En plej maldolĉa meditemo,
En mez’ de tiu famili’,
Eŭgen’ rigardas kun korpremo
Al vaporanta akvostri’
Kaj pensas en nebul’ medita:
Ho, se mi estus brustvundita!
Se estus kadukulo mi
Laŭ jen farmisto tiu ĉi!
Ho, se almenaŭ je envio
Mi kuŝus en la paraliz’
Laŭ tiu ano de asiz’
Aŭ reŭmatismon havus! Dio!
Mi junas, viglas mia kor’;
Do kion mi? angor’, angor’!..

Suferas manon de la sorto
Vi, malsanuloj, en dolor’!
Sed mi liberas en junforto,
Do kion mi? angor’! angor’!
Adiaŭ, neĝaj montoĉenoj!
Kaj vi, Kubanaj kampebenoj*!
Veturas li al nov-are’
Jen tra Tamanjo al Krime’,
Tereno sankta por imago:
Atrido tie kun Pilad’*
Disputis, mortis Mitridat*,
Mickiewicz* tie dum la vago
Inspire kantis en sincer’
Pri sia Litovia ter’.


* * *


Vi belas, bordoj de Taŭrido*,
El ŝip’ vidataj de la mar’
Ĉe lumo de l’ Maten-Ciprido*,
Vin tiel vidis mi en klar’;
Aperis vi fatamorgane:
En bluĉielo diafane
Radiis via montospin’;
Vilaĝoj, valoj, arboj min
Impresis kiel filigrano.
Kaj ĉe tatar-kabanoj… eĉ
En mi ekflagris fajromeĉ’!
Pro sorĉ-angora uragano
Premiĝis mia brust’ sen pov’!
Ho, Muz’! forgesu pri malnov’.


* * *


Nun mankas, kvankam multamasis
En mi de l’ emocioj svarm’:
Ŝanĝiĝis ili aŭ forpasis…
Ripozu, de l’ pasint’ alarm’!
Mi ŝatis iam sablolandojn,
La perlebrilajn ondorandojn,
Rokaron, bruon de la mar’
Kaj suferadon kun amar’,
Kaj de fraŭlino idealon…
Alia temp’ — alia tem’;
Paciĝis la revafektem’
De mia juno; en pokalon
De la fiera poezi’
Enmiksis multan akvon mi.


* * *


Alia bild’ min logas plaĉe:
Deklivo sabla en kampar’,
Sorparboj antaŭ kabanaĉo,
Baril’ rompita sen ripar’,
Ĉiele griza nub’ da hajlo,
Ĉe la draŝej’ amas’ da pajlo,
Lageto kun salika bar’ —
Edeno por anasidar’;
Mi ŝatas balalajkon* nune
Kaj dancon en ebri’ sen ord’
Ĉe sojlo de drinkeja pord’.
La hejm-mastrino, oportuno,
Ripozo, sup’ kaj pot’ da kaĉ’ —
Jen ideal’ laŭ mia plaĉ’.


* * *


Mi foje dum veter’ pluvoza
Direktis min al bruta stal’ …
Fi! kia esprimaĉo proza,
De flandra skol’* miksita sal’!
Ĉu samis mi dum juno gaja?
Ho, vi, Fontan’ Baĥĉisaraja*!
Ĉu tiaj pensoj regis min
Ĉe via bruetad’ sen fin’,
Dum pri Zarema* je preparoj
Mi mute revis en imag’ …
…Sekvante min en iu tag’
En sama loko post tri jaroj,
En luksa vaka halruin’
Onegin rememoris min.


* * *


Mi loĝis en Odeso* polva…
Tre helas tie la ĉiel’,
Komerc’ abundas en disvolvo
De sia plenblovata vel’.
Eŭrope ĉio spiras tie,
La Sudo brilas multvarie
Per helkolora florgirland’,
La lingvo de Itala land’
Sonoras sur la stratoj meze,
En kiuj paŝas slavo jen,
Hispano, franco kaj armen’,
Kaj greko, kaj moldavo peza,
Kaj fil’ egipta Morali*,
Korsaro iam estis li.


* * *


Odeson per sonoraj versoj
Tumanskij* nia kun potenc’
Priskribis, tamen li diverse
Ĝin tiam vidis kun tendenc’.
Veninte tien, li poete
Ekvagis sola kun lorneto
Ĉe la marbordo — kaj per plum’
Li poste en mirinda lum’
Ĝardenojn de Odeso gloris.
Tre bone, tamen je kontrast’
Tieas nuda stepa vast’;
Nur ie oni prilaboris,
Ke junaj branĉoj en tagmez’
Liveras ombron laŭ neces’.


* * *


Sed kio estas rakontota?
Odeso polva, diris mi.
Se dirus mi: Odeso kota —
Mi ne mensogus tie ĉi.
Dum ses semajnoj ja Odeso
En ĉiu jar’ laŭ vol’ de Zeŭso
Fordronas tute sen mezur’
En densa koto kaj malpur’.
Enkotumiĝas ĉiuj domoj
Je metro alte, kaj trans strat’
Nur per la stilzoj eblas vad’;
En kot’ gluiĝas ĉaroj, homoj,
Kaj droŝkon tiras por elmov’
Anstataŭ la ĉevalo — bov’.


* * *


Sed ŝtonojn hakas jam martelo,
Kaj baldaŭ per pavima mas’
Savite kovros sin kun belo
La urbo kvazaŭ per kiras’.
Sed en Odeso akvohava
Ekzistas plua manko grava;
Kaj kiu? — akvokondukil’.
Okazas granda malfacil’.
Sed ne domaĝas finkonklude,
Precipe se sen multa kost’
Vin’ importatas sen impost’,
Kaj suno suda, maro suda…
Do kion plue por demand’?
Benita estas tiu land’!


* * *


Tuj kiam la kanon’ signala
De l’ ŝipo salvis en maten’,
De l’ kruta bord’ en kuro fala
Mi al la mar’ rapidas jen.
Per sala ond’ refreŝigite,
Mi kun la pipo ardigita
Ĝutrinkas kafon kun aniz’
Laŭ musulman’ en paradiz’.
Mi ekpromenas. Malfermata
«Casino»* estas jam; bonson’
De l’ tasoj tintas; al balkon’
Markist’ eliras dormestata
Kun balail’; vendistoj du
Kunvenis jam por rendevu’.


* * *


La plac’ eksvarmas jam hompreme.
Klopodas vigle gevirar’
Senfare jen, jen afereme,
Sed ĉefe tamen por ekfar’.
Jen negocist’ je riskaj agoj
Rigardi iras al la flagoj,
Por informiĝi pri alven’
De certaj veloj al haven’.
Kaj kiuj varoj kaj el kie
En kvaranteno trovas sin?
Ĉu venis barelar’ da vin’?
Kaj ĉu ekzistas pesto ie?
Ĉu incendi’, malsat’, milit’
Okazis ie por profit’?


* * *


Sed ni, bubaro sen ĉagrenoj,
Atendis ni de la import’
Nur bonajn ostrojn el basenoj
Ĉe la Konstantinopla bord’.
Ĉu ostroj venis? Ĝoj’ sen baro!
Kaj la manĝema junularo
Vivaĵojn grasajn glutas tuj
El la marfunda konka uj’,
Aspergetinte per citrono.
Diskutoj, bruo — sur la tabl’
Aperas vino, kun afabl’
El kel’ prenita de Otono*;
La horoj flugas, kaj la ŝuld’
Plikreskas ĉiam en rezult’.


* * *


Sed venas jam vespero blua,
Opero nin allogas tre:
Rossini* tie estas ĝua,
Eŭropa favorit’ — Orfe’*.
Ne atentante al kritiko,
Li ĉiam novas kun efiko,
Li sonojn verŝas — kun bolad’
Fluadas ili en rulad’,
Samkiel kisoj de l’ junĝuo,
En dorlotem’, en flampasi’,
Samkiel ŝprucoj de Aï*,
Ŝaŭmantaj en orbrila fluo…
Sed ĉu similas en simbol’
Al vino la do-re-mi-sol?


* * *


Sed ĉu nur tiuj dolĉaj ĝuoj?
Sed la serĉado per lornet’?
Sed postkulisaj rendevuoj?
Sed prima-donna*? Sed balet’?
Sed la loĝi’ luks-oportuna,
En kiu sidas bela, juna,
Fiera negocist-edzin’
En mez’ de l’ adorantaj ŝin?
Kaj ŝi aŭskultas, ne aŭskultas
Al kavatin’, al ampretend’,
Al ŝerc’ kun flata kompliment’ …
Kaj ŝia edz’ en dormo stultas,
Li nur vekiĝas por osced’
Kaj ree ronkas en kviet’.


* * *


Finalo jam; la hal’ malplenas;
Disiras la publik’ kun zum’;
Al plac’ amaso sin ektrenas
Sub stela kaj lanterna lum’;
Filar’ de Aŭzoni’ beata*
Kantetas iom memoratan
Gajmelodion de ari’
Kaj blekas recitadon ni.
Malfrue. Jam Odeso dormas:
Senspira, varma estas nun
La muta nokto. Lumas lun’,
Nubaro diafana formas
Vualon sur ĉiela pur’.
La Nigra maro bruas nur.


* * *


Do jen mi loĝis en Odeso…




Рэклама