Эсперанта-польская кніга-білінгва
«Ĉu enamiĝis ŝi?» — Sed kiun?
Bujánov ne allogis ŝin.
Sin svatis Petuŝkóv — nenion!
Husar’ Piĥtin vizitis nin;
Nu, kiom Tanjon li aspiris
Kaj kontentigi ŝin deziris!
Mi pensis: estos do prosper’;
Ve! malsukcesis la afer’.—
«Do kion plue? Ja rezultas
Nur Moskva fianĉin-foir’!
Troviĝos tie iu vir’!»
— Ho ve, karul’! Enspez’ nemultas.—
«Sufiĉos por la vintr’ al vi;
Se ne, do pruntedonos mi.»
«A może kocha?» — «Ależ… kogo?
Bujanow swatów przysłał — precz!
Pietuszkow — odszedł tąże drogą,
Był huzar Pychtin — myślę: rzecz
Tu pójdzie składniej… Tydzień gościł,
Patrzył i wzdychał, prawie pościł,
Do nóg się kłaniał… Ale gdzie!
Los świetny — nic! Uparła się!» —
«Do Moskwy, matko, by się zdało,
Tam jarmark panien… Dalibóg!
I wolnych miejsc, jak słyszę, huk…» —
«Och, ojcze mój, dochodów mało!» —
«Na jedną zimę starczy wam;
A nie, to ja pożyczkę dam».
XXVII
XXVII
Al tiu bonkonsil’ ekfidis
Tre la maljunulino nun;
Ŝi prikalkulis — kaj decidis
Veturi Moskvon post aŭtun’.
Novaĵon tiun aŭdas Tanjo.
Por juĝo de la mond’ en van’ ja
Prezenti trajtojn de naiv’
De la provinca simpla viv’!
En malnovmodaj vestoj iri!
Kun malnovmoda morkondut’!
Por Moskvaj dandoj esti lud’
Kaj mokojn tuj al si altiri!
Terure! Ne, eĉ sen kompar’,
Pli bonas resti en kampar’!
W myśl starej trafia dobra rada:
Do Moskwy! — słusznie sąsiad rzekł…
Rachunki robi, cyfry bada,
Czeka, aż spadnie pierwszy śnieg.
Tania nierada z wieści nowej:
Jechać, na świata sąd surowy
Ponieść spóźnionych strojów krój,
Styl mowy starszy niźli strój,
Prowincjonalnych jasnych rysów
Prostotę, którą wydrwi świat…
Iść pod kłujących spojrzeń grad
Moskiewskich Cyrcej i dandysów!
O, strach! Nie lepiejż to się kryć?
Śród głuszy lasów zawsze żyć?
XXVIII
XXVIII
Rapidas ŝi al kamp-anguloj,
Levante sin en frumaten’,
Kaj kun malgajaj larmokuloj
Ŝi ekparolas en ĉagren’:
«Adiaŭ, pacaj horizontoj,
Kaj vi, konataj valoj, montoj,
Kaj vi, arbaro kaj torent’;
Adiaŭ, bela firmament’,
Naturo gaja, vi, adiaŭ;
Mi ŝanĝas vin por la renkont’
Kun brua bril’ de l’ vanta mond’ …
Vi ankaŭ for, libero mia!
La sorto kien pelas min?
Preparas kion la destin’?»
I Tania teraz wstaje z brzaskiem,
Mknie w pole, rozwiał się jej włos,
Jej oczy smutnym świecą blaskiem…
Staje, spogląda, mówi w głos.
«Żegnajcie, ciche wy doliny,
I wy, znajomych gór wyżyny,
Żegnaj i ty, o lasku mój,
Coś w moich oczach zmienił strój,
Wesoła żegnaj mi przyrodo!
Zastąpiąż twój pogodny blask
Świata bezmyślny szych i blask?
I ty mi żegnaj, o swobodo!
Kędyż przeznaczeń ciągnie głos?
Co mi gotuje przyszły los?»
XXIX
XXIX
Promenoj ŝiaj nun pli longas.
Jen riveret’, jen val-dekliv’
Nun Tatiana-n pli allogas
Per sia ĉarma perspektiv’.
Samkvazaŭ kun amikoj koraj
Ŝi kun herbejoj, boskoj foraj
Konversacias en sincer’,
Sed forrapidas la somer’.
La oraŭtuno jam aperis.
Tremanta, pala, la natur’
Vestita estas en purpur’ …
Kaj jen la nordo ekkoleris
Pelante nubojn — kaj en fin’
Alvenas vintro-sorĉistin’.
Coraz są dłuższe jej spacery.
Listek, natury miły dar,
Strumyczek, wzgórze, drzew szpalery
Jawią jej jeszcze żywszy czar.
W gajach i polach biegać rada,
Jak z przyjaciółmi z nimi gada,
Żegna rodzinnej rzeki brzeg.
Ale szybkiego lata bieg
Dogania wreszcie jesień złota;
Jako ofiara cały świat
Drży w blasku najświetniejszych szat.
Już północ chmur kłębami miota,
Zawyje wiatrem, śniegiem tchnie
I czarodziejka zima mknie!
XXX
XXX
Alvenis ĝi kaj jen ekpendis
Per neĝoflokoj sur branĉar’;
Ĝi beltapiŝe sin etendis
Sur kampoj kun blindiga klar’;
Riveron ĝi kun bordoj mole
Glat-egaligis ŝvel-tavole;
Ekfrostis. Kaj ĝojigas nin
L’ amuz’ de l’ vintro-bonpatrin’.
Nur Tanjo nia ne aspiras
Renkonti ĝin ĉe la aper’
Kaj spiri per la frost-aer’;
Per neĝ’ unua ne deziras
Vizaĝon lavi ŝi kun ĝoj’;
Timigas ŝin la vintra voj’.
Przyszła, rozparła się i szmaty
Wiesza na każdy dębu sęk;
Na pola, szczyty gór, na chaty
Kobierców miękkich rzuca pęk.
I brzegi z rzeką nieruchomą
Swym puchem równa… I łakomo
Mróz czyha… Ale wiejski świat
Z figielków matki-zimy rad.
Ty jedna smucisz się, o Taniu!
Na jej spotkanie nie chcesz iść,
Na mrozie dyszeć, śniegu kiść
Zdjąć z dachu łaźni o zaraniu,
Obmyć nim piersi, plecy, twarz…
Ty w myśli straszną podróż masz!
XXXI
XXXI
Jam estas multe prokrastita
La lasta dat’ por ekvojaĝ’.
Denove estas riparita
La forgesita ekipaĵ’.
Laŭ la kutim’ tri plenaj ĉaroj
Ŝarĝiĝas per mastrumilaroj,
Kofrar’ kun multa rekvizit’,
Seĝaro, vazoj kun konfit’,
Matracoj, kaĝoj kaj gekokoj,
Pelvar’, potar’ kaj tiel plu.
El servistej’ aŭdiĝas bru’
De adiaŭaj plorsufokoj:
Kondukas oni jam en ord’
Dek ok ĉevalojn al la kort’.
Już odjazd nieraz odroczono;
Wreszcie stanowczy przyszedł dzień.
Starą landarę, odświeżoną,
Toczy kilkoro sług przed sień.
I obóz gotów — cztery fury;
Na nich manatków całe góry…
Kufry, krzesełka, z kuchni sprzęt,
Rondelki, misy, garnczków rzęd,
Słoje konfitur, z drobiem klatki,
Sienniki i do pierzyn puch…
Wre na dziedzińcu hałas, ruch…
Wszczyna się w izbie śród czeladki
Krzyk, pożegnalny płacz i gwar…
Przywiedli klaczy dziewięć par.
XXXII
XXXII
Enjungas oni ilin bone,
Finpretigata estas manĝ’,
La ĉarojn superŝarĝas oni,
Insultoj sonas dum aranĝ’.
Sur vila ĉevalaĉ’ malgrasa
Gvidisto sidas barbamasa.
Servutular’ ĉe l’ kort-enir’
Alvenis por adiaŭdir’.
Kaj jen eksidis fine ĉiuj,
La ĉaroj glitas trans la plac’.
«Adiaŭ, vi, angul’ de pac’!
Izola refuĝej’, adiaŭ!
Ĉu mi revidos iam vin?»
Demandas Tanjo plore sin.
W powóz wprzągnięto je bojarski;
Jadło z kucharskich wzięto łap;
Woźnice klną; ich okrzyk dziarski
Miesza się z kłótnią dworskich bab…
Na klaczy chudej i kosmatej
Zasiada foryś, chłop brodaty,
I czeladź zbiega się do wrót,
Żegna się z państwem dobry lud.
Siedli. Szanowny powóz rusza…
Z dziedzińca wreszcie wywlókł się…
«Przytułku drogi, żegnam cię!
Ujrzęż cię kiedyś, wsi, gdzie dusza
W ciszy roiła słodkie sny?» —
I z oczu Tani trysły łzy…
XXXIII
XXXIII
Se al la civiliz-stimulo
Dediĉos ni pli da atent’,
Verŝajne iam (laŭ kalkulo
De filozofa kompetent’ —
Post kvincent jaroj) niaj vojoj
Boniĝos pli je kelkaj fojoj.
Ruslandon tutan ŝosear’
Kunligos ĉie jam sen bar’.
Trans akvoj pontoj fergranitaj
Arkiĝos per larĝega blok’,
Disiĝos montoj, kun arog’
Tuneloj estos trafositaj,
Kaj eĉ en ĉiu ajn staci’
Fondiĝos la restoraci’.
Kiedy oświacie dobrodajnej
Szerzej się nasz otworzy świat,
(Według rachuby niezwyczajnej
Mędrców — za pięćset ledwie lat
Nastąpi u nas czas ten błogi),
Zmienią się mocno w Rosji drogi:
Przerzną ją szosy tam i siam,
Przetną, za łącznik służąc nam.
Żelazne mosty nad wodami
Zanucą swój zuchwały łuk,
Przewiercim góry mnóstwem dróg,
Pod wodą przejdziem tunelami,
Na każdej stacji chrzczony lud
Gospodę znajdzie — istny cud!
XXXIV
XXXIV
Nun niaj vojoj tre malbonas*,
La pontoj putras en forlas’,
En staciejoj dormon donas
Neniam pul- kaj cim-amas’;
Restoracioj mankas. Sole
En la malvarma hal’ izole
Prezlisto pendas por belvid’
Kaj mokas nur al apetit’,
Dum kiam la vilaĝ-ciklopoj*.]
Ĉe flam’ kuracas en kviet’
Per rusa peza martelet’
Facilkaleŝon el Eŭropo,
Benante sulkojn de l’ vojrand’
Kaj kavojn de l’ gepatra land’.
Dziś zapomniane mosty gniją,
Stan dróg jest opłakanie zły,
Na stacjach krew z nas chciwie piją
I spać nie dają pluskwy, pchły.
I gospód nie ma. W izbie chłodnej,
Kwiecisty w stylu, ale głodny
Prejskurant dla oględzin masz;
Wisi, apetyt drażniąc nasz.
Zgłodniały czekasz, aż cyklopy
Wiejskie w wolnego ognia skrach
Wyleczą ruskim młotkiem, ach,
Leciuchny wyrób Europy,
Modląc się, by zachował Bóg
Wyboje, rowy wiejskich dróg.
XXXV
XXXV
Sed dum la vintro kun intenso
Agrablas tre la veturad’.
Samkiel moda vers’ sen penso
La vintra vojo estas glat’.
Aŭtomedonoj* niaj kuras,
La trioĉaroj* flugveturas
Kaj verstoj* en malordinar’
Vidiĝas kvazaŭ palisar’*,
Sed propraforte tre domaĝe
Veturis Lárina por ŝpar’,
Ne per rapida poŝta car’,
Kaj tial multe dumvojaĝe
Enuis Tanjo sen plezur’:
Sep tagojn daŭris la vetur’.
Lecz za to śnieg o porze chłodnej
Kryje dróg naszych mnogi brak…
Jak wiersz bez myśli w pieśni modnej,
Tak gładki jest zimowy szlak.
Bieg naszych trójek niezmęczony,
Siarczyście mkną Automedony,
Miga wiorstowych słupów rzęd,
Niby sztachety — taki pęd!
Lecz, ba, pocztówki koszt przestrasza
Łarinę (miała racji krztę)…
Własnymi końmi wlokła się.
Nudziła się też Tania nasza;
Milczy wciąż w drodze… Matka śpi…
Jechały tak przez siedem dni…
XXXVI
XXXVI
Kaj tamen jam proksime estas.
De l’ blankaŝtona Moskv’ en klar’
Per oraj krucoj jam majestas
Antikva brila kupolar’.
Ha, fratoj! Kiom mi kontentis
Subite kiam mi eksentis
Ĝardenojn, templojn, domojn jam
Jen antaŭ mi en panoram’!
Ho, kiom ofte entumulte
Dum mia vaga vivdestin’
Mi rememoris, Moskvo, vin!
Ho, Moskvo… kiom estas multe
Ĉi nom’ por ĉiu rus’ trezor’!
Revokas kiom lia kor’!
Lecz blisko już. Już coraz bliżej
Jest biała Moskwa… Płoną już
W powietrzu blaski złotych krzyży
Na stałych szczytach wszerz i wzdłuż.
Jam już nie prosił, bracia, o nic,
Gdy raz mi w oczy cerkwi, dzwonnic,
Pałaców, parków szereg wpadł…
Lecz później, w biegu młodych lat,
Wygnaniec, gorzkie pędząc chwile,
Gdy serce gryzł tęsknoty wąż,
Moskwo, o tobiem myślał wciąż!
Moskwo… w tym jednym dźwięku tyle
Dla rosyjskiego serca drży!
I tyle ech w tym dźwięku brzmi!
XXXVII
XXXVII
Jen la kastel’ de Petr’* aperas
Malhele sur arbara fon’.
La novan gloron ĝi fieras.
Kun van’ en ĝi Napoleón
Atendis dum feliĉo fina,
Ke Moskvo antaŭ li sin klinu
Kun ŝlosilar’ de l’ glora Kreml’*.
Ne, Moskvo mia sen ekzempl’
Al li ne iris riverence.
Ne feston kun donac-gratul’,
Preparis fajron ĝi kun brul’
Por la hero’ senpacienca.
Kun meditem’ el tie ĉi
Al la bruleg’ rigardis li.
Piotrowy zamek pośród wrzosów
Stoi tam. Czas niedawny wlał
Weń chmurną dumę… Pieszczoch losów,
Tu Napoleon długo stał —
I tu się zawiódł w swoich planach…
Czekał, że Moskwa na kolanach
Wyjdzie doń, niosąc Kremla klucz;
Lecz nie spuściła trwożnie ócz,
Nie szła do niego Moskwa moja.
Gdy on na darów czekał rój,
Ona przywdziała z ognia strój,
Ją przepasała z iskier zbroja…
W tym miejscu on w zadumę wpadł,
Patrzył w płomienie, z gniewu bladł.
XXXVIII
XXXVIII
Adiaŭ do, vi, atestanto
De l’ fiaskinta glorinvad’.
Kolonoj blankaj de l’ urbrando
Vidiĝas. Tra Tverskaja-strat’
Trans kavoj glitas jam la ĉaro.
Aperas budoj, lanternaro,
Virinoj, buboj, viramas’,
Veturilar’ en preterpas’,
Ĝardenoj, domoj, buĥaranoj*,
Butikoj kun diversa var’,
Bulvardoj, rajda kozakar’*,
Modmagazenoj kaj kabanoj,
Leonoj sur pordega mur’,
Monedoj super templa tur’.
Żegnajcie sławy zgasłej świadki,
Piotrowe baszty. Ruszaj! Wio!
Bieleją słupy u rogatki,
Wehikuł skrzypi, konie mkną,
Po Twerskiej skaczą przez wyboje.
Migają w oczach miejskie stroje,
Budki, latarnie, płoty, mur,
Chłopaki, baby, sklepów sznur,
Pałace, parki, monastery,
Bulwary, sady, lwy u wrót,
Apteki, magazyny mód,
Tatarzy, kupcy, chłopi, skwery,
Balkony, wieże, cerkwie, dzwon.
I wkoło krzyżów stada wron.
XXXIX. XL
XXXIX. XL
Ho, Moskvo! Moskvo!…………*
Okupas horojn du komplete
Laciga tiu ĉi promen’,
Ĉe Ĥaritonij* en strateto
La ĉaro haltis fine jen.
Nun venis ili de l’ vojaĝo
Al la onklino maljunaĝa
Kvarjare jam en ftiz-malsan’.
Kun okulvitroj, ŝtrump’ en man’,
Kalmuko* en ĉifonkaftano
Malfermas pordon kun sinklin’.
Renkontas ilin la princin’
Per kri’, kuŝante sur divano.
Nun la maljunulinoj du
Brakumis sin kun larmoflu’.
O Moskwo! Moskwo! . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
Tania nie patrzy… Jest znużona…
Bez końca zda się wielki gród…
W zaułku cerkwi Charitona
Wreszcie wstrzymały się u wrót.
Staruszka ciotka tu mieszkała,
W suchotach czwarty rok cherlała,
Nie miała w licach kropli krwi.
Na oścież im otworzył drzwi
W kaftanie pstrym, z pończochą w łapie,
Siwiutki Kałmuk… Mruknął, znikł.
Spotyka je w bawialni krzyk
Księżnej, leżącej na kanapie.
Uderzą w płacz staruszki dwie,
Wołając wraz, całują się:
XLI
XLI
— Princin’, mon ange! — «Pachete!»* — Alina! —
«Ĉu imageble?» — Pasis jam
Ĉu longe? — «Karulin’! Kuzino!
Sidiĝu — kia vera dram’!
Nun estas kvazaŭ scen’ romana…»
— Filin’ jen mia, Tatiana.—
«Ah, Tanjo! do aliru vi —
En sonĝo kvazaŭ estas mi…
Kuzin’, ĉu lasis vin memoro
Pri Grandison?» — Ha, Grandison!
Nu, kion do? — «Ĉe Simeon’
En Moskvo loĝas li ankoraŭ;
Li min vizitis laŭ iam’;
La filon li edzigis jam.
«Księżno, mon ange!» — «Pachette!» — «Polinko!» —
«Kto by pomyślał?» — «Tyle lat!» —
«Na długo?» — «Jak się masz, kuzynko?» —
«Usiądź! Ot scena! Jakbyś skradł
Z romansu opis powitania…» —
«A to jest córka moja, Tania». —
«Ach, Tania!… Dziecko, pójdź no tu.
Wiesz, wszystko to ma pozór snu…
Kuzynko, pomnisz Grandisona?» —
«Kto, Grandison?… A, Grandison!
Jakże, pamiętam. A gdzież on?» —
«On mieszka tu, u Simeona;
Był u mnie w święta, w karty grał.
Niedawno syna żenić miał.
XLII
XLII
Kaj tiu… tamen ni rakontu
Pli poste pri ĉi tiu tem’.
Sed Tanjon ni jam morgaŭ montru.
Domaĝe mi ne povas mem,
Apenaŭ trenas mi la krurojn.
Sed vin lacigis la veturoj;
Ripozi kune iru ni…
Oh, mankas fortoj… lacas mi…
Lacigas min ne nur ĉagreno,
Sed eĉ la ĝojo… Karulin’,
Ne taŭgas tute mi en fin’.
La maljunec’ — ho, abomeno…»
Kaj jam, tutlaciĝinte for,
Komencis tusi ŝi kun plor’.
A ten… ach, później ci opowiem.
Jutro odwiedzisz krewnych… Tak!
Pokażesz Tanię. Źle z mym zdrowiem.
Pojechać z wami sił mi brak,
Ledwie powłóczę chore nogi.
Lecz wy zmęczone pewnie z drogi…
Pójdźmy odpocząć… Sił mi brak…
Osłabłam jakoś… To zły znak:
Teraz już radość też mnie męczy,
Nie tylko smutek… Ach, Pachette,
Niechby mnie Pan Bóg zabrał wnet!
Na starość życie tylko dręczy…
Już nic nie jestem warta… Ach!» —
I rozkaszlała się we łzach…
XLIII
XLIII
Kortuŝas Tanjon ĝis intimo
Karesoj de l’ malsanulin’;
Sed ĉe l’ novloko sen kutimo
Ŝi tre malbone sentas sin.
Sub silka kurtenet’ alkova
Ne dormas ŝi sur lito nova;
Kaj la preĝeja frusonor’,
Reanoncanto de l’ labor’,
Matene levas ŝin; eksidas
Ŝi ĉe fenestro en malklar’.
Tagiĝas pli, sed ne kampar’
Vidiĝas antaŭ ŝi: ŝi vidas
Tutfremdan korton je surpriz’
Kun muro, kuirej’, remiz’.
Chorej pieszczoty i uciecha
Wzruszają Tanię… Lecz cóż stąd?
Milsza domowa niska strzecha,
Niźli tych obcych komnat rząd.
Jedwab, kotary, nowe łoże —
Wszystko zbyt obce… Spać nie może.
Zrywa się, kiedy w domu śpią,
Zaledwie ranne dzwony brzmią,
Zwiastując wczesną pracę ludzi.
Rzednieje mgła… Ją trapi ból,
Gdy z okna, zamiast swoich pól,
Ogląda widok, co ją nudzi:
Kuchnia i stajnia, obcy dwór
I oficyny żółty mur.
XLIV
XLIV
Kaj jen: por tagmanĝad’ sen finoj
Venigas oni Tanjon nun
AI ĉiuj avoj kaj avinoj,
Por montri ŝin en oportun’.
La parencinojn elekstreme
Renkontas oni kareseme
Kun pan’ kaj sal’*, kun ĝojekkri’:
«Ĉu Tanjo! Kiom kreskis vi!
Nur ĵus ja ŝajne mi vin baptis!
Kaj mi vin pinĉis je orel’!
Kaj mi vin nutris per pastel’!
Kaj mi vin sur la brakojn kaptis!»
Kaj veas la avina ĥor’:
«Jen flugas niaj jaroj for!»
Co dnia rodzinne są obiadki,
Rozjeżdża Tania z kąta w kąt…
Widzieć ją pragną babcie, dziadki,
O młodej wnuczce powziąć sąd.
Wszędzie okrzyki, słówka miłe,
Krewne z dalekiej wsi przybyłe
Napotykają… «A to kto?
Tania? Ta panna?! Bobo to!
Niedawno do chrztu ją trzymałam». —
«A ja ci naznosiłam fig!» —
«Ja klapsa dałam za zły dyg!» —
«A ja na ręce ciebie brałam».
I wszystkie babcie głoszą wraz:
«Mój Boże, jak też leci czas!»
XLV
XLV
Sed ili ŝanĝis sin apenaŭ;
Tutsamas ili eĉ sen pruv’:
Onklin’ de la princin’ Elena
Sin vestas per la sama kuf’;
Ŝminkadas sin Lukérja Lvovna,
Mensogas plu Lubóvj Petrovna,
Iván Petroviĉ — malsaĝul’,
Semjón Petroviĉ — avarul’,
Ĉe Pelageja Nikolavna —
Monsieur Finmouche* en amikec’
Kaj sama hund’ kaj sama edz’,
Kaj tiu ĉi, kutimklubano,
Silente surdas laŭ la sam’
Kaj manĝas kun la sama am’.
Co do nich, czas nie zmienił wcale
Ani ich min, ni w życiu ról:
Ciotka Helena nosi stale
Ten sam czepeczek, tenże tiul.
Wciąż się pudruje Daria Lwowna,
Jednako łże Liubow Pietrowna,
Iwan Pietrowicz z biegiem lat
Nie zmądrzał; nie schudł jego brat.
Ciotki Aglai Nikoławny
Monsieur Fine-Mouche jest druhem wciąż;
Nie zmienion chart, nie zmienion mąż,
A mąż ten — klubu członek dawny,
Wciąż cichy, ciągle zły ma słuch,
Pije za trzech, a je za dwóch.
XLVI
XLVI
Filinoj Tanjon ĉiel servas;
De l’ jungracioj Moskvaj gap’
Komence en silent’ observas
Jen Tanjon de l’ pied’ ĝis kap’.
Ŝin ili opinias stranga,
Provinc-afekta kaj palvanga,
Malgrasa iom, estas ver’,
Sed tre beleta en ceter’;
Kaj poste laŭ sinakomodo
Amikiniĝas ili jam,
Ŝin kisas kaj dum sinornam’
Ŝin frizaranĝas laŭ la modo,
Kaj fundsekretojn de la kor’
Al ŝi konfidas kun fervor’,
Ich córki, Gracje Moskwy, Tanię
Objęły, cedzą kilka słów;
I okiem wprawnym a starannie
Zmierzyły ją od stóp do głów;
Sądzą, że nieco jest dziwaczna,
Że prowincjalność na niej znaczna,
Zbyt blada, chuda — duży błąd!
Niebrzydka zresztą… Skończon sąd,
Natura młoda górę bierze:
Do swoich komnat wiodą ją,
Całują, przyjaciółką zwą,
Trefią jej modnie włos i szczerze
Zwierzają swe sekrety już,
Tajniki swoich serc i dusz:
XLVII
XLVII
Amvenkojn siajn kaj esperojn,
Petolojn, revojn kun delog’.
Senkulpe fluas tuj kveroj
Kun spic’ facila de mensog’.
Kaj danke por babilo tia
Pri propra korkonfeso ŝia
Insistas ili kun aspir’.
Sed Tanjo kvazaŭ en delir’
Aŭskultas ilin senatente,
Ŝi ĉion preterlasas for,
Sekreton ŝi de sia kor’,
Trezoron de l’ felic’, silente
Konservas sen parol’ en pi’,
Konfidas al neniu ŝi.
Świetne zwycięstwa salonowe,
Nadzieje, sny, figielki swe…
Czasem w niewinną ich rozmowę
Leciutka potwarz wkrada się…
Potem za miłą paplaninę,
Pragną jej wyznań wziąć daninę:
Niech im otworzy serce swe;
Lecz moja Tania, jakby w śnie.
Słucha ich rozmów bez udziału,
Zaledwie chwyta słów ich treść
I tajemniczą serca wieść,
Skarb szczęścia, łez, drogiego szału
Chowa. Nie zwierzy nigdy! Nie!
Ukrywa ból na serca dnie.
XLVIII
XLVIII
Deziras tamen Tatiana
Atenti al la bona ton’,
Sed tia trivialo vana
Okupas ĉiujn en salon’;
Aspektas ĉio tiel pale;
Mensogas oni eĉ sengale;
En la senfrukta senutil’
De klaĉoj, famoj kaj babil’
Ide’ neniam elaperas
Eĉ nur senkaŭze en subit’;
La mens’ sekigas sin sen sprit’;
La kor’ neniam eksinceras;
Malsaĝo gaja je renkont’
En vi eĉ mankas, vanta mond’!
W rozmowy chce się wsłuchać Tania,
Rozważyć to, co każdy rzekł:
Lecz wszystkich bawi i pochłania
Nieznośnych, płaskich bredni stek!
Tak blado, obojętnie bają,
Ba, nudno nawet spotwarzają;
Z tych bezowocnie suchych mów,
Bezmyślnych plotek, starych słów,
Przez cały wieczór, choć przypadkiem,
Nie błyśnie myśli nawet skra;
Ani tam serce żywiej gra,
Ani drgnie rozum choć ukradkiem.
Świat pusty z dawna dobrze znam:
Nawet głupstw śmiesznych nie masz tam.
XLIX
XLIX
Arĥivaj fraŭloj jen en grupo
Rigardas Tanjon kun afekt’
Kaj inter si pro senokupo
Pri ŝi parolas kun neglekt’.
Nur arleken’ sentimentala
Ŝin ial trovas ideala
Kaj apud pordangul’ por ŝi
Laboras jen pri elegi’.
Okaze apud ŝi eksidis
Eĉ Vjázemskij* persone mem
Kaj ĉarmis ŝin per alta tem’,
Kaj apud li do ŝin ekvidis
Kaj informiĝis pri la nom’
Maljuna kun peruko hom’.
Spode łba patrzy się na Tanię
Czupurna, archiwalna młódź…
Śród nich kursuje cicho zdanie,
Że ją prowincją nazbyt czuć.
A oto jakiś błazen smutny
Stanął przy drzwiach jak cień pokutny,
W niej idealną widząc treść,
Tworzy elegię na jej cześć.
Spotkawszy ją u nudnej ciotki,
Wiaziemski przy niej jakoś siadł,
Ten jeden głębszą duszę zgadł
I zajął ją; wnet starzec słodki
Widząc ją z nim, perukę swą
Poprawia, pragnie poznać ją.
L
L
Sed tie, kie Melpomena*
Laŭtblekas per tirkria ton’
Kaj antaŭ la malvarmoplena
Publiko svingas per ĥiton’*,
Dum dormas Thalia* sen aŭdo
De la favora vokaplaŭdo,
Kaj kie Terpsiĥora-n* nur
Admiras oni kun plezur’
(Ĉi tiuj moroj kaj inklinoj
Samtempas ĉiam min kaj vin),
Al Tanjo ne direktis sin
Lornetoj de l’ ĵaluzulinoj,
Nek modkritikoj kun sever’
El la loĝioj kaj parter’.
Lecz tam, gdzie grzmiąco się odzywa
Przeciągły Melpomeny ryk,
Gdzie chłodnych tłumów nie porywa
Jej płaszcza szych, jej wzniosły krzyk,
Gdzie Talia brawa nie usłyszy
I zadrzemała sobie w ciszy,
Gdzie tylko Terpsychory lic
Wygląda chciwie młody widz
(Jak działo się i w dawnej porze,
Za waszych i za moich lat),
Nie zwrócił na nią oczu świat,
Nie skierowały na nią loże,
Dam pełne, swych zawistnych szkieł;
Znawcy nie wzięli jej na kieł.
LI
LI
Venigas oni Tanjon ankaŭ
En Klubon. En ĉi tiu lok’
Ekscito, premo, spacomanko,
Mazurka bru’, densec’, sufok’,
Kandela bril’, vizaĝoj ŝvitaj,
Per homoj haloj plenigitaj,
Da fianĉinoj luksa ĥor’
Impresas tuj ĝis kapdolor’.
Ĉi tie dandoj fanfaronas
Per la lorneto, modsurtut’
Kaj aroganta fikondut’.
Ĉi tie la husaroj spronas
Por brili, ĉasi al la kor’
Kaj fluge malaperi for.
Do klubu wiozą moją Tanię.
Tam ścisk, gorąco, duszność, gwar,
Orkiestry grom i świec błyskanie,
Miganie, wicher szybkich par,
Piękności słynnych lekkie stroje
I na galeriach ludzkie roje.
Tam salonowych mnogość lwów,
Panien do wzięcia, ciepłych wdów;
Tam dandys w walcu lub w galopie,
Wystawia lśniąco biały gors,
Swą arogancję i swój tors.
Huzarzy, będąc na urlopie,
Grzmią tam, podziwu budzą krzyk,
Błysną, zwyciężą, znikną w mig.
LII
LII
La nokto havas multajn stelojn,
En Moskvo multas knabinar’,
Sed tamen en la blu’ ĉiela
La luno restas sen kompar’.
Kaj tiu, kiun kun admiro
Mi timas ĝeni per la liro,
Samkiel la majesta lun’,
En mez’ unike brilas nun.
Kun kia ĉieleca ardo
La teron tuŝas ŝi dum ir’!
Ondigas sin la brust’ en spir’!
Kaj dolĉas kiom la rigardo!
Sufiĉas tamen; ĉesu mi:
Mi jam tributis al pasi’.
Jest moc na niebie gwiazdek ślicznych,
A w Moskwie wiele pięknych dziew,
Lecz jaśniej od gwiazdeczek licznych
Lśni Luna śród przezroczych stref.
Lecz Ona, którą strun mych dźwiękiem
Trwożę w tej chwili z wielkim lękiem,
Gdzie pięknych pań jest huczny zjazd,
Jak Luna błyszczy pośród gwiazd.
Z jakąż niebiańską dumą Ona
Dotyka ziemi stopką swą!
Jej oczy jakimś czarem lśnią!
Zapowiedź pieszczot bije z łona!
Lecz dosyć, dosyć! Wszakże szał
Ode mnie dość już danin brał!
LIII
LIII
Bru’, rido, riverencaj klinoj,
Galop’, mazurko, valso, kur’ …
Sed sole inter du onklinoj,
Nerimarkate, sen plezur’,
Silente Tatiana sidas,
De l’ mondo bruon ŝi ne vidas;
Ŝi sufokiĝas tie ĉi…
Aspiras al kamparo ŝi,
Al la malriĉaj vilaĝanoj,
Al la izola angulet’,
En kiu fluas riveret’,
Al siaj floroj kaj romanoj,
Al tiu loko ĉe tili’,
En kiu ŝin vizitis li.
Ukłony, śmiechy, mazur szumny,
Ogonów szelest, szybki krok…
A śród dwóch ciotek, u kolumny,
Gdzie jej nie dojrzy niczyj wzrok,
Tatiana patrzy — i nie widzi,
Światowych gwarów nienawidzi…
Jej duszno tu… Marzeniem stąd
Ucieka w cichy wioski kąt,
Gdzie stoją biedne chłopskie chatki,
Gdzie się odbija w stawie prom,
Gdzie pośród brzóz jest stary dom,
Gdzie są jej książki i jej kwiatki,
Gdzie lipa gęsty rzuca cień,
Gdzie on się zjawił w pewien dzień.
LIV
LIV
Eraras tiel ŝia penso:
Forgesis ŝi eĉ pri la bal’,
Dum ŝin rigardas kun intenso
Jen iu grava general’.
Tuj la onklinoj sen diskuto
Ekpuŝis Tanjon per kubuto
Kaj ambaŭ flustris por kompren’:
— Maldekstren tuj rigardu jen.—
«Maldekstren? Kio tie estas?»
— Egale, vi rigardu nur…
En tiu grup’, kun grav-statur’,
Ĉe du en uniforma vesto…
Jen iris li… ĉe fin’ de l’ hal’ …—
«Ĉu tiu dika general’?»
Marzy… o balu zapomniała,
Znikł jej z przed oczu gości tłok…
A poważnego generała
Tymczasem śledzi za nią wzrok.
Kiwnęły obie ciotki na się,
Trącą ją w łokcie w jednym czasie
I każda Tani szepcze już:
«Na lewo, Taniu, prędzej spójrz!» —
«Na lewo? gdzie? cóż tam takiego?» —
«Patrz!… teraz ręką zrobił ruch…
Tam, gdzie w mundurach jeszcze dwóch…
Teraz lokaje dwaj doń biegą…»
«O, bokiem stanął… Dał im znak…» —
«Kto? Ten generał tłusty?» — «Tak!»
LV
LV
Nun pro la venko kun respekto
Gratulu Tatiana-n ni
Kaj flanken vojon ni direktu
Al tiu, kiun kantas mi…
Jen estas loko oportuna:
Mi kantas pri l’ amiko juna,
Pri lia multestranga viv’.
Do verkon mian longan vi
Nun benu, Muzo de eposo!
Migrantan kun apogostang’
Ne erarigu min al flank’.
Sufiĉe. Ŝarĝo for kolosa!
Honor’ al klasikism-eduk’:
Malfrue, tamen — enkonduk’.
Tu możem Tani powinszować
Zwycięstwa… przeczuć dobrą wieść…
I w inną stronę wzrok skierować,
Bom już przeoczył główną treść!
Więc niech mnie słowa te ostrzegą:
«Opiewam druha tu młodego,
Jego dziwactwa, jego los…
Epicka Muzo, na mój głos
Znijdź błogosławić mej podróży,
Pozwól iść śladem twoich nóg,
Nie daj mi zbaczać z moich dróg!»
Dość! Już się klasyk nie oburzy,
Nie podrze pieśni mej na strzęp…
Choć późno — jest epicki wstęp!…
Ĉapitro oka
Rozdział VIII
Fare thee well, and if for ever,
Still for ever fare thee well.*
Byron*
Fare thee well, and if for ever,
Still for ever, fare thee well.
Byron
I
I
En tiuj tagoj, kiam flegis
Ekfloron mian la Lice’,
Mi arde Apuleon legis,
Sed Ciceronon* tute ne.
Printempe en ĉi tiuj tagoj,
Je cignokrioj apud lagoj
Ĉe val’ mistera en silent’,
Min Muz’ vizitis kun atent’.
Studenta mia ĉel’ subite
Lumiĝis. Tie mia Muz’
Festenon faris kun amuz’,
Pri juna ĝoj’ ekkantis sprite,
Pri nia historia glor’,
Pri vervosonĝoj de la kor’.
Był park w Liceum… Moja dusza
Tam zażywała słodkich chwil,
Bawił ją twór Apulejusza,
A Cycerona nudził styl…
W dni one siedzę na murawie,
Słyszę łabędzi krzyk na stawie
I tonę w jakimś błogim śnie…
Wtem Muza w ramię trąca mnie.
Odtąd studencka moja cela
Błysnęła światłem: Muza w niej
Na ucztach jęła wodzić rej,
Śpiewała młodą pieśń wesela
I chwałę naszych dawnych lat,
I serca dreszcz, i marzeń kwiat.
II
II
La mond’ renkontis nin aplaŭde;
Flugigis la sukceso nin;
Derĵavin* mem nin markis laŭde
Kaj benis antaŭ sia fin’.
[Kaj Dmitrev* nin aprobis ankaŭ;
Metinte skribtabulon flanken,
La konservant’ de l’ rusa mor’
Ja nin karesis kun favor’.
Kaj vi, profunde inspirita,
Kantisto de l’ supera bel’,
Idol’ de l’ alta ĉasta cel’,
Ja vi, inkline agordita,
Etendis manon kun flam-ard’
Kaj vokis min al pura art’!]*
Świat mile przyjął Muzy dary,
Z uznaniem był dla pierwszych prób;
I dostrzegł nas Dierżawin stary
I błogosławił, schodząc w grób.
……………………………………
III
III
Sed, kiel leĝon, konfesante
Arbitron solan de l’ pasi’,
En la amas’ partoprenante,
Venigis Muzon mi kun mi
Al bruo de l’ festenpetoloj,
Minac’ por noktaj gardpatroloj:
Al ili, frenezantaj tro,
Ŝi portis siajn fruktojn do
Kaj gajis kiel Bakhanino*,
Toaste kantis al gastar’,
Kaj la tiama junular’
Ŝin amindumis kun obstino —
Kaj mi fieri lasis min
Pri mia gaja amikin’.
Jeszcze nie wierząc w żadną klęskę,
Uznając jedno prawo — szał,
Jam szedł na uczty koleżeńskie
I rześką Muzę z sobą brał,
Gdzie huczą spory, dzwonią żarty,
Ku wielkiej zgrozie nocnej warty.
I Muza w ten szalony gwar
Rytmicznych dźwięków niosła dar,
I jak bachantka, pijąc chętnie,
Pieśń przy kielichu mogła snuć…
A w onych dniach przyjazna młódź
Za nią włóczyła się namiętnie.
A ja… wyznaję: rósł mi duch,
Że mą wietrznicę chwali druh.
IV
IV
Sed lasis mi la rondon tutan
Kaj fuĝis… Muzo sekvis min.
Ho, kiom ofte vojon mutan
Dolĉigis mia kunulin’
Per sorĉo de sekret-rakontoj.
Sur rokoj de Kaŭkazaj montoj
Ŝi je Lenora* en lunpal’
Kun mi rajdadis sur ĉeval’!
Kaj sur la bordoj de Taŭrido*
Ŝi nokte min en la malklar’
Kondukis al la bord’ de l’ mar’
Por ĝu-aŭskulti kun avido
Eternan ĥoron de la ond’,
Laŭdhimnon al la patr’ de l’ mond’.
Wreszcie rozstałem się z druhami,
Uciekłem… za mną Muza w dal.
Teraz umiała pieszczotami
Koić wygnańca niemy żal,
Bajką czarować słuch z wieczora;
Na koniu ze mną, jak Lenora,
Pędziła śród kaukaskich skał,
A miesiąc srebrne blaski lał!
Wodziła mnie na brzeg Taurydy,
Gdzie się rusałek schodzi tłum,
Abym usłyszał morza szum,
Szept niemilknący nereidy,
Huczących fal wieczystą treść:
Chwalebny hymn na Twórcy cześć!
V
V
Kaj forgesinte pri bruadoj
De la ĉefurba luksa bril’,
Al tend’ mizera de nomadoj
Ŝi vizitadis kun humil’
En la malgaja Moldavio,
Kaj sovaĝiĝis ŝi pro tio,
Anstataŭ lingvo de diar’
Malriĉan lingvon de barbar’
Kaj stepajn kantojn ŝi preferis…
Ŝanĝiĝis tamen ĉio jen:
En mia fantazi-ĝarden’
Malgajaspekte ŝi aperis
Fraŭline, kiel provincan’,
Kun franca libro en la man’.
I o stołecznym świecie butnym
Zapominała w nocnych mgłach…
I gdzieś w mołdawskim stepie smutnym
Kryła się pod płócienny dach,
Błędne plemiona nawiedzała,
Żyła w szałasach i zdziczała!
Biednych języków dziwny świat
I piosnki, które nosi wiatr,
Dały zapomnieć bogów mowy!…
Wtem nowa zmiana z biegiem lat:
Zjawiła się w mój wiejski sad
W postaci panny powiatowej,
Co się oddaje smutnym snom
I w rękach ma francuski tom.
VI
VI
Al monda «rout»* unuafoje
Mi venas nun kun mia Muz’;
Belecon ŝian stepan ĝoje
Mi sekvas kun timem-ĵaluz’.
Tra vico de l’ aristokratoj,
Militaj dandoj, diplomatoj
Kaj sinjorinoj pasas ŝi;
Jen ŝi eksidis laŭ graci’
Kaj observadas svarmon bruan
De la kostumoj kaj babil’,
Kaj de la gastoj kun ĝentil’
La aperadon ĉiam pluan,
Kaj virojn ĉirkaŭ in’ en ŝild’
Samkvazaŭ kadron ĉirkaŭ bild’.
I oto Muzę mam wprowadzić
W świat wielki, na wspaniały raut;
Nie wiem, czy zdoła sobie radzić,
Swej prostej duszy zadać gwałt.
Przez zwarty rząd arystokratów,
Wojskowych dandych, dyplomatów,
Cichutko sunie, siadła tam,
Z daleka od wytwornych dam;
Wokoło siebie patrzy rada;
Bawi ją szelest szat i słów,
Przed panią domu ukłon głów,
Powolna gości defilada,
Wśród fraków jasne stroje dam —
Obraz, co z ciemnych patrzy ram…
VII
VII
Al ŝi ekplaĉas la bonorda
Oligarkia konversaĵ’,
Trankvila fierec’ konkorda,
Miksaĵ’ de l’ rangoj kaj de l’ aĝ’.
Sed kiu estas jen medita
En la amaso selektita?
Por ĉiuj ŝajnas li fremdul’.
Traflugas kvazaŭ en nebul’
Vizaĝoj antaŭ li je ĉeno.
Ĉu estas splen’, melankoli’?
Por kio ĉitieas li?
Li estas kiu? Ĉu Eŭgeno?
Ĉu li?.. Jes, li en plena sam’.
Ĉu longe li alvenis jam?
Podoba jej się duma chłodna,
Co nie narazi się na szwank,
Oligarchiczność tonu, godna
Tej mieszaniny lat i rang.
Lecz kto tam w tłumie tym wybranym
Zda się przypadkiem zamieszanym?
Zda się jest wszystkim obcy tu…
Jakby natrętne widma snu,
Migają przed nim ludzkie roje.
W twarzy czy spleen? Czy zdradza gest
Cierpiącą pychę? Któż to jest?
Skąd wziął się? Nieba, rzec się boję…
Czyż to Eugeniusz? Przebóg! On!
«Dawnoż z dalekich przybył stron?
VIII
VIII
Ĉu vere li senŝanĝas plene?
Ĉu plu originalas li?
Li estas kiu postrevene?
Prezentos kion li al ni?
Sub kiu masko li sin tenos?
Ĉu kiel bigotul’ li venos,
Harold, kvakero* aŭ Melmot,
Kosmopolit’ aŭ patriot’,
Ĉu simple estos li bonulo
Samkiel ni aliaj mil?
Almenaŭ estas jen konsil’:
For la malnova modpostulo.
Al liaj trompoj venas ĉes’ …
— Ĉu vi lin konas? — Ne kaj jes.
Czy zmienił się, czy maskę rzucił?
Czyli poskromił dawny szał?
Powiedzcie, jakim dziś powrócił?
Czy znów dziwaka będzie grał?
Jak się przedstawi? Cień Melmotha?
Kosmopolita? patryjota?
Harold? świętoszek? kwakier? Ba!
Może świetniejsze maski ma?
Albo poczciwcem sobie będzie,
Jak ty, jak ja, jak cały świat?
Niech zrobi tak. Niech słucha rad…
Rzucają starą modę wszędzie,
Pochlebców głupich dzisiaj brak»…
«Lecz, czy go znacie?» — «Nie i tak!» —
IX
IX
— Do kial tiom malfavore
Vi lin mencias sen merit’?
Ĉu ĉar ni ĉiuj senesplore
Pri ĉio juĝas kun rapid’,
Ĉu ĉar impet’ de l’ ardemuloj
Al egoistaj homoj-nuloj
Ridinda ŝajnas aŭ eĉ mok’,
Ĉu ĉar la mens’ en prema lok’
Liberon serĉas kaj do batas,
Ĉu ĉar ni emas kun facil’
Imagi faktojn el babil’,
Ĉu ĉar gravuloj vanton ŝatas,
Ĉu ĉar nur meznivel’ laŭ ver’
Por ni ne ŝajnas strangafer’?
«I „nie”?… Więc czemu nieprzychylnie
Mówicie o nim?… Czy nie stąd,
Że się staramy tak usilnie
O wszystkim wydać śpieszny sąd,
Co z powszedniości wyjdzie granic,
Co nasz egoizm trzyma za nic,
Co w naszym sercu nie ma ech,
Obraża nas lub budzi śmiech?
Że bierze umysł nierozważny
Miarę dla czynów tylko z słów;
Że złość — przywilej głupich głów,
Że kocha brednie człek poważny,
I że przeciętność jedną świat
I znosić, i uznawać rad».
X
X
Feliĉas, kiu estis juna
Kaj kiu kreskis ĝis matur’
En ĝusta tempo oportuna
Konforme al la vivmezur’,
Ne kredis kiu al ĥimeroj,
Ne fuĝis de la mondosferoj,
Dudekjaraĝe estis dand’,
Tridekjaraĝe edziĝant’,
Kaj kvindekjara jam estingis
Privatajn ŝuldojn siajn for,
En ĝusta temp’ al mon’ kaj glor’
Kaj rango en trankvil’ atingis,
Pri kiu laŭtas onidir’:
N.N. bonega estas vir’.
Szczęsny, kto młodym był za młodu,
Szczęsny, kto dojrzał w miarę lat,
Kto z życiowego nie zmarzł chłodu
I nazwyczaił się do zdrad,
Kogo nie zraził tłum światowy,
Kto nie biegł w marzeń kraj niezdrowy,
W dwudziestu latach chwata grał,
W trzydziestu posag z żoną brał,
Kogo dług więcej nie uciskał,
Gdy liczył pięćdziesiąty rok,
Kto regularny robiąc krok,
Majątek, sławę, rangę zyskał,
O kim głoszono wyrok ten;
Porządny człowiek jest N. N.
XI
XI
Sed pensi estas tre ĉagrene,
Ke vane pasis nia jun’,
Ke ni perfidis ĝin senĝene
Kaj ke ĝi trompis nin je pun’;
Ke niaj bonaj kordeziroj,
Ke niaj freŝaj revaspiroj
Putriĝis tre rapide nun
Samkiel verdo en aŭtun’.
Teruras dum la vivo tuta
Tagmanĝojn havi nur en vid’,
La vivon trakti kiel rit’
Kaj post amaso bonkonduta
Inerte treni sin sen ĉes’
Sen iu kuna interes’.
Lecz boli myśl, że nadaremnie
Młodością cię obdarzył Bóg,
Że ona zwiodła cię nikczemnie,
Żeś sam jej lepiej użyć mógł;
Że twych najlepszych pragnień roje,
Marzenia najpiękniejsze twoje
Straciły świeżość swoich kras,
Jak liść — w jesieni zgniłej czas.
Nieznośnie — taczkę niedorzeczną
Po szarej drodze czasu pchać,
Obrządkiem nudnym życie zwać
I za czeredą iść stateczną,
Nie czując w sercu wspólnych drgań,
Nie dzieląc z nią ni żądz, ni zdań!…
XII
XII
En mez’ de rondo bonracia
Maltaŭgas (vi konsentas, ĉu?)
Famiĝi je strangulo ia,
Objekto de ĉikana bru’,
Aŭ ŝajni frenezul’ malsana,
Aŭ kripla fenomen’ satana
Aŭ eĉ Demono, en rutin’!
Onegin (mi retuŝas lin)
Post la mortigo de l’ amiko
Atingis sen labor-celad’
Ĝis dudekses-jaraĝa grad’
Kaj enuante sen efiko,
Kaj sen ofic’ kaj sen edzin’,
Neniel sciis uzi sin.
Nieznośnie rozmów być przedmiotem,
Do głupich sądów powód dać,
Gdy świat rozsądny gada o tem,
Że chcesz dziwaka chlubnie grać,
Gdy słyniesz jako bzik lub szatan,
Lub duch, z Demonem moim zbratan,
Czart, albo potwór — Boże broń….
Oniegin (znów powracam doń),
Zabiwszy druha w pojedynku,
W bolesny, chmurny nastrój wpadł…
Dożył dwudziestu sześciu lat
W życiu bez celu; w odpoczynku
Cierpiał, znudzony bytem widz…
Nie mógł jednakże robić nic.
XIII
XIII
Lin ekposedis malkvieto,
Aspiro al ŝanĝad’ de lok’
(Ekstreme peza tendenceto,
De la nemultaj propra log’).
Forlasis li bienon sian
Kaj la kamparon idilian,
En kiu ombro de l’ amik’
Lin persekutis kun pentig’.
Li vojaĝadon entreprenis
Sen cel’ laŭ sola sentdifin’,
Sed tiu ĉi migrad’ en fin’
Al li ektedis: li revenis
Kaj rekte trafis laŭ fatal’
Samkiel Ĉackij* tuj al bal’.
Kazał mu pociąg mimowolny
Błądzić po świecie wszerz i wzdłuż
(To krzyż niektórych dobrowolny,
Częściej — zbolałych cecha dusz:
Potrzeba straszna miejsca zmiany),
Porzucił ciche wioski łany
I smutny dom, gdzie każdy dzień
Zjawiał się przed nim krwawy cień,
I podróżować jął bez celu,
Lecz się nie wyrwał z nudy pęt
I do podróży poczuł wstręt,
I po miesiącach wrócił wielu,
A jako Czacki, tłumiąc żal,
Z okrętu przyszedł wprost na bal…
XIV
XIV
Jen la amaso sin distiris,
Murmuro kuris tra la hal’ …
Al la mastrino grave iris
La sinjorin’ kun general’.
Ŝi estis ne trorapidema,
Sen parolem’, sen frost’ ekstrema,
Sen aroganta pomp-impres’,
Sen pretendemo je sukces’,
Sen tia eta modafekto,
Sen imitema fals-kondut’ …
Tre simpla estis ŝi en tut’.
Ŝi ŝajnis esti la reflekto
Du comme il faut*… Ho ve, Ŝiŝkóv*:
Traduki estas mi sen pov’.
Wtem szmer powstaje; coś uderza
Ciekawy rzadko wyższy świat;
Ku pani domu dama zmierza,
Za nią generał znaczny w ślad.
Nie było cienia w niej pośpiechu,
Ni zbytku chłodu, ni uśmiechu
Dla wszystkich zgoła; pychy lic,
Przesady w słówkach — nic a nic…
Nie tchnął pewnością wzrok nadmierną,
Że los jej sztukę zwycięstw dał…
Prostoty cichy czar z niej wiał…
I była ona kopią wierną
Du comme il faut. Jak przekład dać?
O, Szyszkow, nie grom, lepiej radź!
XV
XV
Al ŝi inklinis sinjorinoj,
Avinoj laŭdis per ridet’,
La viroj kun profundaj klinoj
Rigardon serĉis en tutpret’;
Fraŭlinoj preter ŝi ekhalte
Pli orde kuris; kaj plej alte
La nazon tenis en real’
La ŝin sekvinta general’.
Belega nomus ŝin neniu;
Sed de la kapo ĝis la pland’
En ŝi neniu eĉ pedant’
Eltrovi povus tion, kio
En la Londona alta rond’
Nomiĝas vulgar*. Kun volont’
Damy sunęły ku niej bliżej,
Staruszki uśmiech słały jej,
Mężczyźni się kłaniali niżej,
Jak korny lud bogini swej.
Dziewice mknęły przed nią ciszej…
I szept pochlebny wkoło słyszy
Generał, krocząc za nią w ślad,
I wyżej nos zadziera rad.
A nie klasyczna to uroda
Wywoływała zachwyt ów,
Lecz to, że w niej od stóp do głów
Nie było nic, co wyższa moda
Zwie w Anglii vulgar… Nie wiem, jak
Przełożyć to, gdyż słów mi brak!
XVI
XVI
Tradukus mi, sed ve — ne povas
Ĉi tiun vorton, en favor’:
Ĉe ni ĝi provizore novas
Kaj dube restos en honor’.
Por epigram’ ĝi tre konvenas…
Sed al la temo mi revenas.
Ĉi tiu ĉarma sinjorin’
Ĉe tablo eksidigis sin
Kun Nina Voronskaja brila,
Ĉi Kleopatra*, sed de Nev’:
Kaj plenkonsenti estas dev’,
Ke ne kapablis Nina stila
La najbarinon venki for
Per sia belo de marmor’.
Ja lubię to angielskie słowo
I u nas je wprowadzam rad…
Niech sobie Szyszkow kręci głową,
Odrzuca je piszący świat —
Jest dobre, zwłaszcza w epigramie…
Ale powracam ku mej damie:
Już przeszła salę, siadła już,
A przy niej Nina Wrońska tuż —
Ta Kleopatra Newy nowa!
I patrząc na nie, cały świat
Chyba to przyzna za mną w ślad,
Że Niny piękność marmurowa
Nie mogła swej sąsiadki śćmić,
A Nina… bóstwem może być!
XVII
XVII
«Ĉu eble», pensas nun Eŭgeno:
«Ĉu estas ŝi? Ne… Ŝajne jes…
Ĉu! el profund’ de stepbieno…»
Kaj la lorneton li sen ĉes’
Returnas en la samdirekto
Al tiu, kies bonaspekto
Rememorigis lin pri sam’
De l’ trajtoj forgesitaj jam.
«Princ’, diru, kiu estas flanke
En la biret’ de framb-kolor’
Kun la hispan-ambasador’?»
— Nu! longe vi forestis manke.
Sed mi do tuj prezentos vin.—
«Sed kiu?» — Mia junedzin’.—
«Czy to być może? Czy to ona?
Czy oczy mam zasnute mgłą?
Ze stepów głuchych? Tak zmieniona!»
Natrętne swych binokli szkło
Eugeniusz zwraca w jedną stronę
I widzi, jak przez mgły osłonę,
Wraz inną, zapomnianą twarz…
«A, książę! Powiedz, czy ty znasz
Tę damę?…. z piórem na berecie…
Z hiszpańskim posłem mówi… tam…»
Zaśmiał się książę: — «Czy ją znam?
Ho! Znać, żeś dawno nie był w świecie.
Chcesz, to przedstawię ciebie… Wszak…» —
«Lecz kto to?» — «Żona moja!» — «Tak?
XVIII
XVIII
«Do vi edziĝis! Kiam?» — Antaŭ
Du jaroj jam.— «Kun kiu do?»
— Kun Lárina.— «Ĉu Tatian’ do?»
— Ĉu vi ŝin bone konas? — «Ho!
Najbar’ mi estas.» — Do ni iru.—
La princo tuj sen kontraŭdiro
Kondukas lin al la edzin’.
Ŝi fikse ekrigardas lin.
Kaj kvankam certe senkutime
Li ekkonsternis ŝin en ver’
Kaj ŝin mirigis per aper’,
Nenion montris ŝi esprime:
Tutsama restis ŝia ton’,
Saluto sama laŭ fason’.
Żonatyś?… Nic mi nie pisano!
Dawno?» — «Już drugi rok. A toć…» —
«Z kim?» — «Z panną Łariną». — «Z Tatianą?» —
«Znasz ją?» — «Sąsiadka». — «O, to chodź».
Książę podchodzi z nim do żony:
«Mój krewniak, druh odnaleziony…»
W tym duchu rzecze kilka zdań.
I oto księżna spojrzy nań…
A choć się wszystko w niej wzburzyło,
Gdy nagle przed nią stanął on,
Lecz zachowała dawny ton,
Nic jej wzruszenia nie zdradziło;
Ukłon powagę zwykłą miał
I wyraz lic spokojem wiał…
XIX
XIX
Jes, vere! Ŝi eĉ ne ektremis,
Nek iĝis pala, ruĝa eĉ…
Ŝi eĉ la lipojn ne kunpremis,
Nek palpebrumis pro la streĉ’.
Kaj kvankam li rigardis pene,
Rekoni Tatiana-n plene
Ne povis tute jam Eŭgen’.
Li provis ekparoli jen,
Sed — ne kapablis. Ŝi demandis,
Li kie migris dum vojaĝ’,
Ĉu venis li el la vilaĝ’?
Ŝi poste al la edzo ŝanĝis
Rigardon lacan, glitis for…
Li restis en rigid-humor’.
I nie pobladła, nie spłonęła,
Zdziwienia cień nie przebiegł lic,
Warg nie rozwarła, nie ścisnęła,
Nie drgnęła brew jej… Nic a nic!
Próżno wzrok jego szukał wprawny:
Nie znalazł śladu Tani dawnej…
Chciał mówić — dziwny zdjął go lęk:
Nie wyszedł z gardła żaden dźwięk.
A ona pyta, kiedy wrócił?
Czy dawno? Skąd? Czy ze wsi już?
Potem na męża, co stał tuż,
Znużony nieco wzrok się zwrócił…
I wyszła z szmerem lekkich szat…
On nieruchomy patrzył w ślad.
XX
XX
Ĉu estas sama Tatiana,
Al kiu iam kun skrupul’,
En la komenco de l’ romano,
En malproksima landangul’,
Li kun gravtona instruemo
Prelegis pri edifa temo;
Ĉu tiu, kies korleter’
Kun dirlibero kaj sincer’
Ĉe li restadas konservata;
Ĉu tiu ĉi knabin’ … ĉu ŝi?..
Knabino tiu, kiun li
Ignoris en humila stato;
Ĉu vere ŝi kondutis ĵus
Kuraĝe tiom sen rifuz’?
Czy to w istocie jest Tatiana,
Ta sama, co przez cichy sad
Szła raz ku niemu pomieszana
I łez na rzęsach miała ślad,
Której moralne lekcje prawił,
Którą tam w głuszy pozostawił,
Od której chowa liścik ów,
Co całe serce w ogniu słów,
Co całą duszę jej obnażył?
To dziewczę?… Nie, to chyba sen!
To dziewczę, które znawca ten
Za parafiaństwo zlekceważył —
To ona i… Skąd ta pewność, chłód,
W rozmowie z nim nieznane wprzód?
XXI
XXI
Рэклама