501
Eŭgeno Onegin / Eugeniusz Oniegin — на эсперанта і польскай мовах. Старонка 6

Эсперанта-польская кніга-білінгва

Aleksandr Sergejeviĉ Puŝkin

Eŭgeno Onegin

Aleksandr Siergiejewicz Puszkin

Eugeniusz Oniegin

Ĉi tiuj versoj konserviĝis;
Mi havas ilin ankaŭ nun:
«Ho, kien, kien vi foriĝis,
Tagar’ de mia ora jun’?
Venonta kion portas tago?
Mi ĝin ne trovas en imago,
Ĝi en profundo kaŝas sin.
Sed pravas la fatal-destin’.
Ĉu falos mi per sag’ trafite,
Ĉu ĝi traflugos preter mi,
Egale bona estos ĝi:
Vivhoroj pasas intermite;
Benata estu tagseren’
Kaj ankaŭ de mallumo ven’!

Mam wiersze te; nie zaginęły…
Oto jak pieśń Leńskiego brzmi:
«O kędy, kędyście umknęły,
Mej młodej wiosny złote dni.
Dzień przyszły idzie… Cóż gotuje?
Daremnie w przyszłość wzrok szybuje,
Bo czegóż szuka w gęstej mgle?
Los słuszność ma, cokolwiek śle!
Czy padnę sam, przebity strzałą,
Czy cios mnie minie w groźnym dniu —
Za wszystko dank: czuwania, snu,
Zakreślił czas granicę śmiało.
Błogosławiony troski dzień,
Błogosławiony nocy cień!

XXII

XXII

«Ekbrilos morgaŭ sunradio
Kaj ludos hele luma tag’;
Sed mi, mi eble jam sen scio
En tomba kuŝos sarkofag’,
Kaj la memoron pri l’ poeto
Englutos la fluanta Leto*,
La mondo jam forgesos min;
Sed ĉu vi venos, belulin’,
Por larmi super urno mia
Kaj pensi: ja min amis li,
Kaj ja dediĉis li al mi
Matenon de junvivo sia!..
Ho, amikin’, koramikin’,
Alvenu do: mi vokas vin!..»

Zabłysną jutro ranne zorze,
Jaskrawym światłem zagra dzień,
A ja, być może, głowę złożę
W grobowca tajemniczy cień.
W cichej letejskich wód głębinie
Młodego wieszcza pamięć zginie.
Świat mnie zapomni… Niechaj tak!
Lecz ty, o dziewczę, przyjdziesz wszak
Łzę wylać do mej wczesnej urny
I myśleć: dla mnie poniósł zgon,
Jedynej mnie poświęcił on
Świt burzliwego życia chmurny!
Najdroższa moja!… Będę śnić
Żem Twój małżonek… Przyjdź… o przyjdź!»

XXIII

XXIII

Ĉi tiel verkis li malklare
(Ĝin romantismo nomas ni,
Sed romantismon eĉ kompare
Nenian fakte vidas mi),
Kaj fine antaŭ la mateno
Kun laca kapo li apenaŭ
Ekdorme klinis sin en fal’
Ĉe l’ moda vorto ideal’;
Sed ĵus li forgesiĝis dorme,
Jam la najbar’ en plena pret’
Envenas al la kabinet’
Kaj vekas Lenskij-n tuj informe:
«Leviĝu: jam la sepa hor’.
Onegin eble ĉe l’ deĵor’.»

Tak pisał on «niejasno — ckliwie»
(Co romantyzmem u nas zwą,
Choć ja się nazwie takiej dziwię;
Lecz co tam! Jest to kwestią czczą).
Wreszcie przed samym świtem zaśnie;
Znużoną głowę spuścił właśnie,
Gdy pisał modny wyraz ten:
«Ideał»… Lecz zaledwie sen
Objął go głębszy nad stolikiem
I uniósł w słodkich marzeń świat,
Już do pokoju sąsiad wpadł,
Budzi Leńskiego głośnym krzykiem:
«Godzina siódma! Jechać czas!
Oniegin dawno czeka nas!».

XXIV

XXIV

Sed li eraris: ĉar plendormis
Eŭgeno tiam en la lit’.
Jam noktaj ombroj sin disformis
Kaj kriis kok’ en koincid’;
Onegin dormas plu profunde,
La suno lumas jam abunde,
Kaj neĝblovado sur eben’
Turniĝas brlle; sed Eŭgen’
Ankoraŭ sin ne ellitigis,
Ankoraŭ dormo regas lin.
Sed jen vekiĝis li en fin’
Kaj la kurtenojn for disigis;
Li vidas, ke delonge pli
Frutempe devis iri li.

Lecz mylił się; bo jak zabity
Eugeniusz w owej porze spał.
Już słońce wzgórz pozłaca szczyty,
Już kogut wiele razy piał.
Oniegin śpi. I wyżej słońce
Wznosi się… Płatki śniegu lśniące
Rozrzuca zamieć… Nikną mgły…
On leży jeszcze… Jeszcze sny
Latają nad nim… Nagle oczy
Roztwiera… Senny wyraz znikł…
Coś przypomina… Rozwarł w mig
Poły kotary… Z łóżka skoczy.
W szczelinę bije światła pas.
Widzi Oniegin: jechać czas.

XXV

XXV

Tuj sonorigas li. Kurvenas
Al li servisto — franc’ Guillot*,
Tolaĵon kaj pantoflojn tenas
Li por Eŭgenon helpi do.
Rapidas sin Onegin vesti
Kaj al Guillot ordonas esti
Kun li kaj preni sen babil’
La keston kun batalarmil’.
Jen li sidiĝas en glitĉaron
Kaj flugas al la muelej’.
Jen venis li. Malvarme plej
Li de Lepage* la pistolparon
Ordonas porti kaj por hor’
Konduki la ĉevalojn for.

Gwałtownie dzwoni, nawołuje…
Wbiegł lokaj — Francuz, pan Guilleau.
Szlafrok, pantofle proponuje,
Bieliznę wyjął, podał ją.
Eugeniusz spieszy… (Moc kłopotów)…
Poleca słudze, by był gotów
Pojechać z nim, ażeby broń
W szkatułce wziął… Już parska koń
Przy lotnych saniach… Siedli żwawo,
Do młyna lecą… Już tam są…
Za panem niesie broń Guilleau —
Lepage’a groźne lufy. W prawo
Skierował stangret sanek ruch…
Ma czekać tam przy dąbkach dwóch.

XXVI

XXVI

Atendis Lenskij ĉe la digo
Lin jam senpacience plej;
Zareckij dume kun intrigo
Ĉikanis pri la muelej’.
Onegin pardonpete venas.
«Sed kie estas, — ne komprenas
Zareckij, — via sekundant’?»
Klasika duelist’-pedant’,
Li estis vera metodulo
Kaj nur permesis laŭ la mor’
Ne iel homon murdi for,
Sed laŭ severa art-regulo.
Laŭ leĝoj de la origin’
(Pro tio ĉi ni laŭdu lin).

Wsparty o groblę Leński czeka,
Wpatrzony w dal… Zarecki siadł;
O młynie znawczy sąd wyrzeka:
W biegaczu znalazł kilka wad.
Oniegin podszedł, wybaczenia
Za zwłokę prosi. Lecz zdziwienia
Zarecki zrobił ręką gest:
«A gdzież sekundant Pański jest?».
Klasyk i pedant w pojedynkach
Metodę kochał, chciał, by człek
Nie byle jak od kuli legł,
Lecz jak w przepisach i przyczynkach
Do owej sztuki kazał świat;
Czcił święcie prawa dawnych lat.

XXVII

XXVII

«La sekundant’? — Eŭgen respondas:—
Jen estas li, monsieur Guillot.
Sen kontraŭdir’ li korespondas
Al ni, eĉ kvankam ne hero’
Kaj eĉ ne fama hom’ li estas,
Sed nepre bona knab’ honesta.»
Zareckij haltis en ĉagren’.
Al Lenskij diris nun Eŭgen’:
«Komenci ĉu?» — Jes, — senproteste
Respondis Lenskij. Ili nun
Ekiris post la digon. Dum
Zareckij kun la knab’ honesta
Kontraktas grave kun solen’,
La malamikoj staras jen.

«Sekundant mój?» — Eugeniusz powie —
«On tu, monsieur Guillot, mój druh…
Nie sprzeciwicie się, panowie…
Dodam, gdym wasz obraził słuch,
Że choć nieznany, bez znaczenia,
To człek uczciwy — bez wątpienia!».
Zarecki wargi przygryzł… Ów
Do przyjaciela rzecze znów:
«Więc cóż, zaczniemy?». Wstrząsnął głową
Włodzimierz: «Owszem». I za młyn
Szli obaj… Sekundantom z min
Czytasz, że ważną są umową
Zajęci… Odwróceni wpół
Wrogowie stoją… Oczy w dół…

XXVIII

XXVIII

La malamikoj! Ĉu disigis
Delonge ilin sangavid’?
Ĉu antaŭlonge ilin ligis
La amikeca kundivid’
De l’ penso, manĝo kaj afero?
Nun ili kun heredkolero,
Timige kvazaŭ en inkub’,
Malvarmasange kaj sen dub’
Mortigon celas reciproke…
Ĉu ne ekridi en subit’
Ĝis ne verŝiĝis sangfluid’;
Ĉu ne paciĝi nun surloke?..
Sed timas la malprava hont’
Sovaĝan juĝon de la mond’.

Wrogowie?!… Dawnoż ich rozdziela
Krwi bratniej żądza — straszny głód?
Dawnoż śród słodkich chwil wesela
Dzielili uczty, myśli, trud?
A teraz gniewni i cyniczni,
Jakby wrogowie dwaj dziedziczni,
W śnie czy w obłędzie, z zimną krwią
W pierś przyjacielską mierzyć chcą
I knują zguby plan surowo?
Czyż się nie zaśmiać, zanim dłoń
Krwią nie powala bratnia skroń?
Czy się nie rozejść pokojowo?
Ba!… Świeckiej złości dziki zgrzyt
Zna jedną moc — fałszywy wstyd!

XXIX

XXIX

Jen nun ekbrllis la pistoloj:
Ŝargilon enmartelas man’;
En tubon glitas kugl-ampoloj
Kaj jam unue klakis ĉan’.
Ŝutiĝas per grizeta sablo
Sur breton pulv’. En firm-establo
Streĉita estas la silik’.
Post arbostumpon sen instig’
Guillot ekstaras konsternite.
L’ amikoj senpaltiĝas nun.
Zareckij paŝojn tridek du
Ĝust-elmezuris difinite.
L’ amikoj staras sen human’
Nun kun pistol’ en ĉies man’.

Już pistoletów lśni żelazo,
Słychać o stemple młotków dźwięk,
I kule w rżnięte lufy włażą,
I zabrzmiał pierwszy kurków szczęk.
I szarą strugą na panewki
Proch się posypał ze sakiewki.
A cyngiel trzyma kurka ząb
W odwodzie jeszcze. Już za dąb
Guillot się schował. Płaszcz szeroki
Odrzucił każdy z wrogów dwóch.
Zarecki, ściśle ważąc ruch,
Trzydzieści dwa odmierzył kroki…
Prowadzi druhów do ich met…
Pistolet bierze każdy wnet.

XXX

XXX

«Nu, proksimiĝu».
Plej rigide
La malamikoj al la cel’
Per firma iro malrapide
Kvar paŝojn faris sen ŝancel’,
Kvar ŝtupojn de la mort-diveno.
Pistolon sian nun Eŭgeno
Unua jam en akurat’
Komencis levi dum irad’.
Kvin paŝojn ili pli aldonis,
Kaj Lenskij ankaŭ jam en pret’
Komencis celi rekte — sed
Onegin pafis… Jen eksonis
Por la poet’ fatala hor’:
Pistolon li ellasas for, —

«Teraz się schodźcie»…
Idą wrogi,
Jeszcze nie mierząc, z zimną krwią,
Wolno i równo wznoszą nogi,
Trzy kroki przeszli… Ach, to są
Trzy stopnie, które w grób prowadzą.
Eugeniusz pierwszy, z wielką władzą
Nad sobą, ciągle krocząc w bój,
Pistolet jął podnosić swój.
Jeszcze pięć kroków przeszli… Leński
Przymruża oko… z ciężkim tchem
Celować począł… Ale wtem
Oniegin strzelił… Groźna klęski
Godzina bije… Leński dłoń
Rozwarł, wypuścił cicho broń…

XXXI

XXXI

La manon metas li sur koron
Kaj falas. Ĉeson de la viv’
Rigard’ esprimas, ne doloron.
Simile sur montar-dekliv’,
Brilante sub la suna brulo,
Defalas glite neĝobulo.
Al la junul’ ĉe tiu vid’
Onegin kuras kun rapid’,
Rigardas, vokas lin… sed vane.
Li estas for. La junpoet’
Frufinon trovis en kviet’!
Ekspiris ŝtormo uragane,
Flor’ velkis en matena klar’,
Fajr’ estingiĝis sur altar’!..

Na pierś bez jęku składa rękę
I pada. Lecz zamglony wzrok
Śmierć wyobraził, a nie mękę.
Tak wolno w dół przez górski stok
Śnieżna lawina sunie, jeszcze
W słońcu miotając iskier deszcze…
Eugeniusz pobladł, uczuł chłód,
Spieszy na pomoc… Próżny trud!…
Patrzy i wzywa… Nadaremnie:
Jego już nie ma. Młody wieszcz
Kres wczesny znalazł. Chłodu dreszcz
W kwiat piękny wniknął potajemnie…
I uwiądł kwiat w jutrzniowy czas,
I na ołtarzu ogień zgasł.

XXXII

XXXII

Senmove kuŝis li, kaj stranga
Ripozis pac’ sur lia frunt’.
Vaporiĝante fluis sango
Sur trapafita brust’ el vund’.
Ĵus brulis antaŭ nur momento
En tiu koro ama sento,
Inspir’, espero kaj malam’:
Sed nun en ĝi fariĝis jam
Samkiel en loĝej’ sen homo,
Mallum’ eterna kaj malbru’;
Ĝi reviviĝos jam ne plu.
Per kret’ fenestroj de la domo
Ŝmiritas. Mankas la mastrin’,
Kaj mankas voj’ por trovi ŝin.

Leżał bez ruchu. Dziwnie była
Spokojną twarz… Śmierć starła gniew.
Kula na wylot pierś przebiła;
Dymiąc się, z rany ciekła krew…
Wcześniej o jedno okamgnienie,
A biło w sercu tym natchnienie,
Nadzieja, miłość, boleść, gniew,
Igrało życie, wrzała krew.
Teraz, jak w domu opuszczonym
Cisza i zmrok… Na pustki znak
W nim okiennice przywarł hak
Ku szybom, kredą pobielonym.
Uszła zeń pani kędyś w świat.
Gdzie jest, wie Pan Bóg… Przepadł ślad.

XXXIII

XXXIII

Agrablas tre per epigramo
Inciti al la malamik’
Kaj vidi, kiel kun ornamo
De siaj kornoj laŭ efik’
En la spegulon li rigardas
Kaj sin rekoni tre singardas;
Eĉ pli agrablas, kiam li
Malsaĝe blekas: estas mi!
Ankoraŭ pli agrablas ŝanco
Por li prepari ĉerkon nun
Kaj celi jam al lia frunt’
El respektinda spacdistanco;
Sed sendi lin al prapatrar’
Ne tre agrablas, estas klar’.

Mile jest sypać śmiałe żarty,
Gdy się nie umie odciąć wróg,
Mile jest patrzeć, gdy uparty
W dół schyli swój bodliwy róg
I nie śmie spojrzeć się w zwierciadło,
By się w nim poznać nie wypadło;
Milej, gdy wściekły w świetle dnia
Zawyje z głupia: toć to ja!
I mile jest, gdy w uniesieniu
Wreszcie was wyzwie taki kiep,
Celować w jego blady łeb,
Stojąc w szlachetnym oddaleniu…
Lecz nie wiem, czyli byłbyś rad,
Posławszy go na tamten świat.

XXXIV

XXXIV

Kaj kiam per pistolo via
Murditas juna kamarad’,
Pro nur rigard’, respondo ia
Vin ofendinta dum drinkad’,
Aŭ pro alia bagatelo,
Aŭ eĉ fiere al duelo
Mem elvokinta vin sen tim’,
Vi diru rekte el anim’,
Do kion sentus vi ĉevide,
Se sur la tero antaŭ vi
Kun morto sur la frunto li
Tutrigidiĝas malrapide
Kaj mutas kvazaŭ je la mok’
Al via senespera vok’?

A cóż dopiero, kiedy padnie
Od waszej kuli młody druh,
Że odpowiedział nie dość ładnie
Lub głupstwem wasz obraził słuch,
Drobnostką dotknął przy butelce,
Chociażby sam, rozdrażnion wielce,
Wyzwanie harde posłał wam —
Powiedzcie sami, ile plam
Znajdziecie wówczas w swojej duszy,
Widząc, jak zachwiał się, jak padł,
Śmiertelnie w oczach waszych zbladł,
Kiedy się więcej nie poruszy,
Kiedy na ziemi stygnie w mig,
Głuchy na wasz rozpaczny krzyk?

XXXV

XXXV

Preminte korangoroplene
Pistolon sian per fingrar’,
Rigardas Lenskij-n nun Eŭgeno.
«Nu, mortis», diris la najbar’.
Li mortis!.. Pro ĉi tiu diro
Eŭgen’ ektremas kun sopiro
Kaj iras voki homojn mem.
Zareckij metas kun zorgem’
Kadavron sur glitveturilon;
Terur-trezoron tiun ĉi
Transportas al la hejmo li.
Ĉevaloj ronkas, ŝtalbridilon
Sapumas ili per blankŝaŭm’
Kaj jen ekflugis ili jam.

Pistolet dłonią gniótł zdrętwiałą
Jakby go Harpii legion strzegł;
Eugeniusz oczy wlepił w ciało.
«No cóż? Zabity!» — sąsiad rzekł.
«Zabity!» Krzyk ten go ocucił;
Eugeniusz zadrżał, broń odrzucił,
Odchodzi — woła ludzi — znikł…
Zarecki zręcznie, jako zwykł,
Na saniach składa chłodne ciało,
Skarb straszny kryje burką swą…
Poczuwszy trupa, konie drżą,
Rozdęły chrapy, pianą białą
Bryzgają na wędzideł stal
I już jak strzała lecą w dal…

XXXVI

XXXVI

Amikoj, la poeton certe
Kompatas vi: ja dum florad’
De la esperoj, eĉ sensperte,
Nur ĵus el la vindita stat’,
Li velkis! Kie estas ardo
Kaj nobla akcelad-hazardo
De l’ junaj sentoj, juna saĝ’
Kun dolĉo, ideal’, kuraĝ’?
Do kie estas amdeziroj,
Aspir’ al scio kaj labor’,
Tim’ je malvirt’ kaj malhonor’,
Kaj vi, intimaj revsopiroj,
De la netera viv’ vizi’,
Sonĝar’ de l’ sankta poezi’!

Wam żal poety, przyjaciele!
Los w nim naczynie drogie stłukł,
On zapowiadał nadziej wiele;
Nim złote wróżby spełnić mógł,
Uwiądł!… Gdzie teraz poryw świetny,
Gdzie wzniosły zapał, gdzie szlachetny
Uczuć i myśli młodych pęd?
Przed brudem życia piękny wstręt?
Gdzie są miłości żądze złudne?
Dążność do wiedzy, grzechu strach,
Pragnienie pracy — i gdzież, ach!
Marzenia tęskne, widma cudne
innego życia — i gdzież wy,
Świętej poezji słodkie sny!…

XXXVII

XXXVII

Tre eble, por la glor-admir’ aŭ
Por bon’ de l’ mond’ naskiĝis li;
Silentiĝinta lia liro
Laŭtigi povus kun magi’
Sonoron dum jarcentoj. Ankaŭ
Atendis sur ŝtupar’ de l’ rangoj
Lin eble plej supera ŝtup’.
Aŭ eble lia ombr’, sen dub’,
Kun si forportis kun enigmo
Sekreton sanktan kaj por ni
Pereis voĉo de geni’,
Kaj ne atingos alta himno
De l’ tempoj ĝin tra tomba bar’,
Nek danka ben’ de l’ popolar’.

Ach, może on dla dobra świata
Lub choć dla sławy zrodzon był…
Z umilkłej harfy pieśń nie wzlata,
Co może miałaby dość sił,
By grzmieć przez wieki… Duch poety
Może do wyższej kroczył mety
Przez stopnie świata… W straszny dzień
Jego męczeński zabrał cień.
Ze sobą świętą tajemnicę…
I może przez złowrogi los
Zmilkł żywotwórczy dla nas głos
I za mogilną już granicę
Doń nie doleci w przyszły czas
Hymn błogosławieństw wdzięcznych mas!

XXXVIII. XXXIX

XXXVIII. XXXIX

[Kun multe da venen-doloro,
Sen fari multe da bonfar’,
Li povus per senmorta gloro
Aperi en la gazetar’.
Kun trompo aŭ kun boninstruo,
Sub malbenad’ aŭ laŭda bruo,
Minace povus pasi li
Ĝis morti en la finstadi’
Ĉe vid’ de siaj glor-trofeoj
Jen laŭ Kutuzov* aŭ Nelson*,
Ekzile laŭ Napoleon
Aŭ pendigite laŭ Riléev*.
………………………………………………
………………………………………………]*

Sed povus esti ankaŭ: sorton
Li ordinaran havus jam.
Laciĝus la junaĝaj fortoj,
Paciĝus la anima flam’.
Ŝanĝiĝus la poet’ je multo,
Forlasus muzojn kaj kun stulto
Edziĝus; en feliĉa stat’,
Kornul’, li dormus en ĥalat’*;
Ekkonus vivon li reale,
Podagron havus frue li,
Dikiĝus ĉiam pli kaj pli,
Enuus, manĝus kaj finale
En lito mortus li en mez’
De familia plorfrenez’.

A może być i tak: poecie
Zwyczajny los gotował czas;
Młodości dni by przeszły przecie,
Ogień by w duszy jego zgasł.
On sam by mocno się odmienił,
Z Muzą się rozstał i ożenił,
Życie zrozumiałby w sam raz
I w haftowany szlafrok wlazł;
Na wsi szczęśliwy i rogaty
W podagrze późny żywot wiódł,
Jadł, pił, poziewał, tłuściał, chudł
I w łóżku wreszcie skończył z laty,
Pośród lekarzy, dziatwy, sług,
Bab, co się z bekiem tłoczą w próg.

XL

XL

Sed kio estus ajn, leganto,
Ve, la poeto, junamant’,
Enpensiĝema belrevanto
Murditas per amika man’!
Ekzistas loko: ĉe l’ bieno,
En kiu loĝis l’ id’ de l’ beno,
Kreskadas kune pinoj du:
Sub ili serpentumas flu’
De riveret’ al valo strie.
Paŝtisto tien venas por
Ripozi en tagmeza hor’,
Rikoltistinoj ĉerpas tie
La akvon. Tie en silent’
Tre simpla staras monument’.

Tak, czy inaczej — Muz wielbiciel,
Wsłuchany w dźwięk nadziemskich stron,
Kochanek młody i marzyciel,
Z ręki przyjaźni znalazł zgon!…
Jest miejsce: w lewo idź od sioła,
Gdzie mieszkał pieszczoch Muz — tam woła
Oracza w skwar dwu sosen cień;
Korzenie swoje jeden pień
Tam z korzeniami splótł drugiego;
W krąg nich owinął strugi swe
Strumień, co z gór pobliskich rwie:
Z dzbankami tam żniwiarki biegą;
Cień gęsty bije tam na twarz;
W tym miejscu prosty pomnik masz.

XLI

XLI

Ĉe ĝi (dum ekkomencas fluon
Printempa pluv’ al la kampar’)
Paŝtist’, el bast’ plektante ŝuon,
Pri Volga* kantas kun amar’;
Kaj juna urbanin’ apere,
Gastanta en kampar’ somere,
Dum sole ŝi en firma sid’
Tra l’ kampoj rajdas kun rapid’,
Haltigas antaŭ ĝi ĉevalon,
Tirinte bridon por moment’,
Kaj jen tralegas kun atent’,
Turninte for ĉapelvualon,
Surskribon simplan — kaj larmer’
Ĉe ŝi aperas kun sincer’.

Pod nim (gdy skąpe krople zlewa
Wiosenny czas na zasiew pól),
Pastuch, pstre łapcie plotąc, śpiewa
Rybaków wołżskich tęskny ból.
Mieszczanka młoda, w letniej porze
Mieszkając na wsi, po ugorze
Samotna konno mknąc co tchu,
Rzemienną uzdę ściąga tu,
Wstrzymuje konia przed kamieniem,
Odsłania woal, napis ów,
Złożony z kilku prostych słów,
Przeczyta biegłych ócz spojrzeniem;
I oczy jej przesłoni mgła,
Po miłym licu spłynie łza.

XLII

XLII

Kaj paŝe plu ŝi rajdas sole
En meditemo kaj sen vort’;
Okupas longe ŝin nevole
De Lenskij la fatala sort’;
Kaj pensas ŝi: «Sed Olga kion?
Ĉu longe ŝi kor-emocion
Suferis kun turmenta plor’?
Kaj ŝia do fratin’, ĉu for?
Kaj kie ankaŭ la dandeto,
Strangul’, ermit’ el mondpublik’,
Por modulinoj malamik’,
La mortiginto de l’ poeto?»
Pri li detale per rakont’
Mi reraportos en estont’,

I stępa jedzie pośród pola,
Marzenia w sercu wiodą rej…
I mimo woli wieszcza dola
Zapełnia całą duszę jej.
I myśli: «Co się z Olgą stało?
Czy długo serce jej cierpiało?
Czy krótko płacząc, zniosła cios?
I jaki jest jej siostry los?
Gdzie dziwak ów chmurnego serca,
Piękności modnych modny wróg,
Wygnaniec ze światowych dróg,
Młodego wieszcza druh-morderca?».
Czekajcie, proszę: przyjdzie czas,
O wszystkim powiadomię was.

XLIII

XLIII

Sed nur ne nun. Eĉ kvankam kore
Heroon mian amas mi
Kaj lin nur lasas provizore,
Nun ne pensemas mi pri li.
Al prozo mia aĝo celas,
Ĝi rimon petoleman pelas,
Kaj mi — mi ja konfesas mem —
Ĝin sekvas sen diligentem’.
Makuli fluge tutfoliojn
Nun mia plum’ ne emas plu;
Ĉu en silento, ĉu en bru’,
Severaj zorgoj, sed aliaj,
Kaj revoj, sed malvarmaj jam,
Maltrankviligas min sen flam’.

Ale nie teraz. Choć serdeczną
Do bohatera słabość mam,
Chociaż doń wrócę. Dziś konieczną
Rzeczą jest wytchnąć… Wyznam wam,
Że wiek do twardej prozy skłania,
Mój wiek figlarny rym odgania;
Za rymem — ach! nie odgadłbyś —
Leniwszym krokiem stąpam dziś.
Ochoty dawnej braknie stalce
Mazać arkusze, wiersze snuć,
Gdy moją duszę począł truć
I w ciszy wsi, i w świata walce
Innej, surowszej troski jad,
Innych, zimniejszych marzeń kwiat.

XLIV

XLIV

Ekkonis novajn mi preferojn,
Ĉagreno nova kaptas min;
Sed mi ne havas plu esperojn
Kaj mi bedaŭras pri la fin’.
Revado! Kie via suno?
Kaj kie, rimo via, juno?
Ĉu do laŭvere sen opon’
Forvelkis, velkis ĝia kron’?
Ĉu ankaŭ do, sen elegio,
Forflugis jam en efektiv’
Printempo eĉ de mia viv’
(Ĝis nun mi ŝercis nur pri tio)?
Ĉu do neeblas jam reven’?
Ĉu jam mi tridekjaros jen?

Jam głos usłyszał innych marzeń,
Mam w sercu sroższych bólów stal,
A zwiał nadzieję bieg wydarzeń;
I dawnych smutków dziś mi żal.
O sny, gdzież wasza jest osłoda?
Gdzie wieczny rym jej: dusza młoda?
Czyż czas z jej wieńca świeżość starł
I wianek z głowy mojej zdarł?
Bez elegijnej metafory
Wypadaż wreszcie przyznać mi,
Że znikła wiosna moich dni
(Com żartem twierdził do tej pory)?
I już mi jej nie wróci świat?
Trzydzieściż skończę wkrótce lat?

XLV

XLV

Do mi vivmezon nun ricevas,
Konfesi tion devas mi.
Do adiaŭi nun ni devas,
Junaĝo mia gaja, vi!
Mi dankas vin por ĝu-admiroj,
Por korsuferoj, por sopiroj,
Por brufestenoj sen kompar’,
Por via tuta donacar’;
Mi dankas vin. En maltrankvilo
Kaj en silento kun feliĉ’
Mi ĝuis vin… ĝis la sufiĉ’;
Sufiĉas! Kun animfacilo
Novvojon mi komencas nun
Por ekripoz’ en oportun’.

Wybił południa czas, wyraźnie
Trzeba to przyznać… Już po śnie!
Więc pożegnajmy się przyjaźnie,
Młodości mojej lekkie dnie!
Więc dzięki wam za upojenia,
Za smutek, słodkie udręczenia,
Za uczty, burze i za gwar,
Za wszystkich darów waszych czar,
Za wszystko dzięki ci, młodości!
Od ciebie w ciszy i śród trwóg
Jam zaznał uciech… ilem mógł…
Jam syty! Dość!… Na szlak przyszłości
Z jasną dziś duszą wstąpić chcę,
Odpocząć po młodości śnie.

XLVI

XLVI

Mi retrospektu. Do, adiaŭ,
Vi, lokoj, kie en kutim’
Maldiligente kaj pasie
Mi tagojn vivis en intim’.
Kaj vi, inspiro de l’ juntagoj,
Instigu min al mensimagoj,
Vigligu min el dorminklin’,
Pli ofte vizitadu min,
Ne lasu ke la kor’ poeta
Krudiĝu kaj en plena dron’
Pereŭ kiel peza ŝton’
En morta ranto societa,
[En mezo de fierular’
Kaj stultular’ sen iu far’,

Niech się obejrzę. Sadów cieniu,
Gdziem żył śród głuszy, tyle snów
Z mej duszy wysnuł, gdziem w pragnieniu,
W lenistwie pędził dni — bądź zdrów!
Lecz ty, natchnienie młode, raźniej
Służ postarzałej wyobraźni,
W drzemiącym sercu obudź prąd
I często zjawiaj się w mój kąt.
Nie daj ostygnąć duszy wieszczej,
Zgoryczeć, uschnąć, iżby czas
Zamienił ją na twardy głaz —
Pośród światowych uciech kleszczy,
Śród głupców, którzy blaskiem lśnią,
Pyszałków, którzy z uczuć drwią,

XLVII

XLVII

En mez’ de ruzaj, hipokritaj
Infanoj de dorlot-eduk’,
Krimuloj tedaj kaj malspritaj,
Juĝistoj kun tendenca juk’,
En mez’ de vantulinoj piaj,
En mez’ de sklavoj senkonsciaj,
En mez’ de plej ĝentila ag’
De perfidad’ en ĉiu tag’,
En mezo de rigor-postuloj
De senanima konvenec’,
En mez’ de teda malplenec’
De babiladoj kaj kalkuloj,]*
En tiu marĉo, kie mi
Min banas, amikar’, kun vi!

Śród tchórzów chytrych i cynicznych,
Spieszczonych dzieci z duszą czczą,
Śród łotrów nudnych i komicznych,
Służalców, co do kajdan lgną,
Pośród kokietek rozmodlonych,
Śród sędziów tępych, nieproszonych,
Pośród powszednich, modnych scen,
Miłości nikłych jako sen,
Pośród oszczerców, błaznów, trutni,
Co w zimnych sądach szerzą jad;
Śród płaskich myśli, grzecznych zdrad,
Bezmyślnych rozmów, nędznych kłótni —
W odmęcie tym, gdzie z wami wraz
Pogrążył mnie nasz miły czas.

Ĉapitro sepa

Rozdział VII

Ho, Moskvo, amfilin’ Rusia,
Ĉu trovi saman kiel vi?

Dmitriev*.

Ĉu eblas do ne ami Moskvon?
Baratinskij*.

Malŝati Moskvon! Jen
influ’ de la soci’!
Pli bonas kie do?
— Ne estas kie ni.

Gribojedov*.

Jakże tu nie lubić rodzimej Moskwy?
Baratyński

I

I

Pelate de printemp-radioj,
Neĝar’ el montoj en defal’
Defluis per malpuraj strioj
Al subakvita herba val’.
Rldete la natur’ serena
Tra dorm’ renkontas jarmatenon;
Pli bluas la ĉiel’ en klar’;
Verdiĝas pufe la arbar’
Ankoraŭ travidebla fore.
Por kamp-tributo la abel’
Jam flugas el la vaksa ĉel’.
Sekiĝas kampoj multkolore;
Brutar’ paŝtiĝas, kaj en pal’
De l’ nokt’ jam kantis najtingal’.

Już śniegi, wiosny promieniami
Pognane z gór stojących w krąg,
Mętnymi zbiegły strumieniami
Na zatopione równie łąk.
Ocknąwszy się z uśmiechem w oku,
Natura wita ranek roku;
Lśni błękit nieba w ranny czas…
I przezroczysty jeszcze las
W zielony puch się stroi szczytnie;
Pszczoła opuszcza biedny ul,
Leci podatek zbierać z pól;
Dolina schnie i w barwy kwitnie.
Na drogach stada wzbiły kurz;
I nocą słowik śpiewał już.

II

II

Malĝojas mi pro via veno,
Printempo! De la am’ sezon’!
Ho, kia stranga malsereno
En mi naskiĝas je reson’!
Kun kia peza korturmento
Mi ĝuas je printempa vento
Blovanta kontraŭ la vizaĝ’
Sur fono de l’ kampar-pejzaĝ’!
Do ĉu mi jam ne konas ĝuon,
Kaj ĉio, kio kun facil’
Vigligas nin per ĝoj’ kaj bril’,
Nun donas tedon kaj enuon
Al mia jam malviva kor’,
Kaj ĉio ŝajnas sen kolor’?

Miłości poro! wiosno! wiosno!
Jak smutnie witam powrót twój!
W mej duszy budzisz pieśń żałosną,
Poruszasz rzewnie krwi mej zdrój.
Ach, z jakim ciężkim upojeniem
Dziś się napawam twoim tchnieniem,
I gdy twój powiew leci z pól,
W tej ciszy wiejskiej czuję ból!
Czyli mi obcą jest uciecha?
Czy wszystko, co radością drży,
Co życiem drga i blaskiem skrzy,
We mnie tęsknoty budzi echa?
I tylko nudy wieje tchem
Na duszę, śpiącą martwym snem?

III

III

Aŭ ĉu sen ĝoj’ pri la reveno
De la velkinta foliar’
Ni rememoras kun ĉagreno
Pri perdo de l’ pasinta jar’;
Aŭ ĉu refloron de l’ naturo
Ni ligas en konstern-teruro
Kun velk’ en nia propra aĝ’
Ne renaskebla, je domaĝ’?
Verŝajne, venas al la pensoj
Dum sonĝo de la poezi’
Printemp’ alia en vizi’
Kaj niajn korojn kun intensoj
Tremigas ĝi per rev-girland’
Pri bela nokt’ en fora land’ …

Gdy wiosna nowy listek wplata
Na miejsce tego, który zmarł,
Czyż pamiętniejszą bywa strata
Tych, które wiatr jesienny zdarł?
Czyliż z naturą ożywioną
Łączymy myślą zasmuconą
Sprzeczność więdnących naszych lat,
Których nie wróci nigdy świat?
Być może inną, starą wiosnę
Marzenie przypomina nam
I na swych skrzydłach niesie tam,
Gdzieśmy roili sny miłosne,
W tę księżycową cudną noc,
Gdyśmy poznali szczęścia moc!…

IV

IV

Jen tempo: bonaj dormemuloj,
Saĝuloj kiel Epikur’*,
Vi, senpasiaj feliĉuloj,
De Levŝin* idoj laŭ natur’,
Priamoj* kan kampar-inklinoj,
Kaj vi, sentemaj sinjorinoj,
Printemp’ vin vokas al kampar’,
La tempo de varmec’ kaj klar’,
De floroj, de laboroj kampaj
Kaj nokt-promenoj kun inspir’.
Al kampoj do! Kun ĉi aspir’
Veturu do en vicoj rampaj
Kaleŝe aŭ en poŝta ĉar’
El post la urba barilar’.

Próżniacy mili, którym chmura
Nie zasępiła nigdy czół,
Wy, mędrcy szkoły Epikura,
I ty, rolniczych dziatwo szkół,
I wy szczęśliwej wsi Pryjamy,
I wy, sentymentalne damy,
Hej, wiosna woła na wieś już —
Pora roboty, ciepła, róż,
Pora przechadzek ulubionych,
Kuszących nocy miły czas…
Hej, w pola! wszyscy pędźcie wraz
W karocach szczelnie zapełnionych,
Lub pocztą na wsi zróbcie zjazd
Poprzez rogatki waszych miast.

V

V

Kaj vi, leganto gravinflua,
En la kaleŝ’ kun oportun’
Veturu el la urbo brua,
En kiu gajis vi ĝis nun;
Kun mia Muz’ kapricpoema
Ni iru al kverkar’ bruema
Ĉe flua riveret’ sen nom’,
En loko, kie stranga hom’ —
Eŭgeno senokupa mia,
Ermite loĝis vintre ĵus
En proksimec’ de l’ sen amuz’
Revanta Tanjo emocia;
Nun mankas li pro forvetur’ …
Malĝoja signo restas nur.

I ty, mój miły czytelniku,
W swój zagraniczny siadaj kocz;
Z miasta, gdzieś zabaw miał bez liku
Przez całą zimę, za mną skocz…
Pójdziem z kapryśną Muzą moją
Tam, gdzie szumiące wierzby stoją,
Tam, gdzie potoku szemrze zdrój,
Tam, gdzie Eugeniusz mieszkał mój,
Pustelnik, z dziwactw swoich sławny,
Gdzie jeszcze bawił zimy tej,
W sąsiedztwie miłej Tani mej,
Tej marzycielki niepoprawnej,
Gdzie nie ma go, bo uszedł w świat…
Gdzie smutny pozostawił ślad.

VI

VI

Ni iru inter montorondo
Al loko, kie riveret’
Tra tilibosko per fluondo
Herbejon pasas en kviet’.
Kantadas tie najtingalo,
Sovaĝa floras roz’ en valo,
De font’ aŭdiĝas plaŭda son’ —
Videblas tie tomba ŝton’
Sub pin’ duobla altapinta.
Surskribo diras kun solen’:
«Vladimir Lenskij kuŝas jen,
La tiomaĝe pereinta
Per brava morto de hero’.
Poet’ — junul’, ripozu do!»

Śród gór, półkolem roztoczonych,
Pójdziemy, gdzie strumienia pas
Po łąkach wije się zielonych
Ku rzece przez lipowy las.
Tam róż kochanek, słowik, śpiewa
Przez całą noc; tam rozebrzmiewa
Szept źródeł; dziko kwitnie tarń.
Tuli się głaz mogilny w darń,
Pod cieniem sosen dwóch zgrzybiałych;
Napisem rytym mówi głaz:
«Włodzimierz Leński śpi tu, zgasł
W rozkwicie wieku śmiercią śmiałych».
Wiek i rok śmierci idzie tu…
«Niech ziemia lekką będzie mu!»

VII

VII

Ĉe tiu urno tra silento
Sur pina branĉo en aer’
Svingetis iam frua vento
Florkronon belan kun mister’.
Vespere al ĉi tiuj pinoj
Venadis iam du fratinoj
Kaj ĉe la tombo sub la lun’
Ploradis ili en komun’.
Sed nun… jam forgesiĝis plene
La monumento kaj la voj’
Al ĝi. Kron’ mankas en ĉi foj’;
Paŝtisto sola tie pene
Kaduka, griza kantas nur
Dum ŝuplektad’ el basta ŝnur’.

Nad cichą urną tą, bywało,
Z gałązki sosny wianek zwisł;
Wiatr ranny nim kołysał śmiało,
A czasem czerw się w listki wgryzł.
Bywało tam w wieczornej dobie:
Szły dwie dziewice i na grobie,
Spowite w księżycowe mgły,
Objąwszy się, mieszały łzy.
Dziś… zapomnienie tutaj włada;
Do grobu trawą porósł szlak
I na gałęzi wianka brak;
Tylko pod głazem jeszcze siada
Siwiutki pasterz, plecy gnie,
Nuci i łapcie plecie swe.

VIII. IX. X

VIII. IX. X

[Sed foje en vespera horo
Fraŭlino venis tien ĉi,
Kaj ŝajnis, kvazaŭ per angoro
Tre agitita estis ŝi.
Kaj kvazaŭ kun sekreta timo,
Kun plor’, kun plendo en animo
Ĉe l’ tombo staris la fraŭlin’
Kun brakotrem’ kaj kapoklin’.
Sed tuj per paŝoj rapidemaj
Atingis juna ŝin ulan’
Kun belstatur’ kaj forta san’,
Kun lipharetoj hok-ekstremaj,
Kun larĝaj ŝultroj de soldat’
Kaj kun fiera sprontintad’.

Ŝi la ulanon ekrigardis
Kaj ekpaliĝis kun ekspir’:
Rigardo lia brila ardis
Ĉagrene kun nenia dir’.
Kaj kune en silento deca
Kun li el tiu lok’ orfeca
La fianĉin’ de Lenskij jen
Foriris jam sen realven’.
Almenaŭ el la tomb’ ne venis
Fantomo lia kun ĵaluz’
En tiu tago sen amuz’,
Kaj en malfrua hor’ ne tenis
La junan paron en mister’
Eltomba lia reaper’.]*

Ho, Lenskij malfeliĉa mia!
Nelonge ŝi priploris vin.
Ho ve, ja al ĉagreno sia
Perfidas juna fianĉin’.
Alia ul’ ŝin tentis sperte,
Alia ul’ sukcesis lerte
Delogi ŝin per ama flat’,
Ulano gajnis ŝin por ŝat’,
Ulan’ de ŝi amata estas…
Kaj jen kun li ĉe la altar’
Sub krono prude ŝi en star’
Kun la klinita kap’ majestas,
Kun flam’ okula, vanga ruĝ’
Kaj kun rideto sur la buŝ’.

Mój biedny Leński! Wszakże ona
Już wypłakała łez swych zdrój.
Ach, jego młoda narzeczona
Prędko zdradziła smutek swój.
Ktoś inny jej pociągnął oczy,
Ktoś inny pochlebstw jad uroczy
Wlał w serce wietrzne, uśpił żal…
Już za ułanem patrzy w dal,
Ułana kocha sercem całym,
Z nim przed ołtarzem stoi już;
Na licach blask wstydliwych róż,
Schylona twarz pod wieńcem białym,
Na ustach lekki uśmiech drga,
W spuszczonych oczach ogień gra.

XI

XI

Ho, mia Lenskij! Ĉu post limo
De l’ tomb’ en eterneco vin
Konsternis la perfida krimo
De via kara fianĉin’;
Aŭ apud la dormanta Leto*
Sensenta estas la poeto
Beate muta sen respond’
Kaj lin ne tuŝas viv’ de l’ mond’?..
Jes! senpasia plenforgeso
Atendas nin post nia mort’.
Tuj eksilentas la malord’
De la ĉirkaŭa bru’ sen ĉeso,
La heredantoj kun ekscit’
Disputas tiam pri divid’.

Mój biedny Leński! Czy mogiła
Nie daje mocy wszystko znieść?
Czy go za grobem zasmuciła
O zdradzie tej fatalna wieść?
Czy go nad Letą nic nie smęci?
Śpi, szczęśliw z wiecznej niepamięci,
Głuchy dla ziemskich dźwięków, zdrad,
I niemym jest dla niego świat?…
Tak! Obojętne zapomnienie —
Oto umarłych zwykły los:
Kochanek, druhów, wrogów głos
Zamilknie wnet; o nasze mienie
Jedynie spadkobierców chór
Prowadzi brudny, gniewny spór.

XII

XII

Kaj baldaŭ en la familia
Bien’ ekregis plensilent’.
Kun Olga la ulan’ al sia
Veturi devis regiment’.
Kun larmoj la maljunulino
Ploradiaŭis la filinon
Kaj preskaŭ falis eĉ sen viv’,
Sed Tanjo estis en pasiv’;
Kaj nur vizaĝo ŝia ĉarmis
Per morte palkolora ton’,
Dum ĉiuj iris al peron’
Kaj ĉiuj adiaŭe svarmis
Ĉe la kaleŝ’ de l’ juna par’,
Salutis Tanjo kun amar’.

Już wkrótce dźwięczny głosik Oli
W Łarinów domu zmilknąć miał.
Ułan, niewolnik swojej doli,
Jechał do pułku, żonę brał.
Staruszka, córkę swą żegnając,
Gorzko się łzami zalewając,
Trzęsła się cała; Tania, acz
Śmiertelnie blada, jednak płacz
Wstrzymała, raczej łez nie miała.
W pamiętny pożegnania dzień,
Służba stłoczyła się przed sień,
Karetę młodych otaczała…
Wszystko się jęło krzątać, biec…
Tania nie mogła słowa rzec.

XIII

XIII

Kaj longe tra nebulo mute
Rigardis sekven ŝi sen fin’ …
Do solas Tatiana tute!
Ho ve, nun ŝia amikin’,
Kunvivulino multejara,
Amata kolombino kara,
Jen estas disigita for
Per vol’ de l’ sorto kun rigor’.
Vagadas ŝi sen cel’ en solo,
Ĝardenon venas kun enu’ …
Nenio ŝin gajigas plu
Kaj mankas iu ajn konsolo
Al ŝia subpremita plor’ —
Kaj disŝiriĝas ŝia kor’.

I długo, blada jako ściana,
Patrzyła za karetą w ślad…
I oto sama jest Tatiana!
Ach, przyjaciółka tylu lat,
Owa młodziutka gołębica,
I bliska krwią jej powiernica
W świat obcy dąży… Straszny cios!
Na zawsze je rozłączył los.
Jak cień, bez celu, błądzi Tania,
W osierocony idzie sad;
Wszystko w jej serce sączy jad;
Wszystko od chwili pożegnania
Coraz w niej sroższy budzi żal…
Zdusiła łzy i patrzy w dal…

XIV

XIV

Kaj en solec’ kruelanima
Pli brulas ŝia korpasi’,
Kaj pri Onegin malproksima
La koro laŭtas multe pli.
Ŝi lin neniam plu revidu;
En li malami ŝi decidu
Murdinton ja de sia frat’;
Pereis la poet’ laŭ fat’!..
Sed lin neniu jam memoras,
Perfidis lia fianĉin’.
Forges’ englutas ankaŭ lin,
Samkiel fum’ ĉielen foras;
Sopiras eble koroj du
Pri li ankoraŭ… Kial plu?

Czas w samotności smutnie płynie,
Powstają roje dawnych snów
I o dalekim Onieginie
Serce poczyna mówić znów…
Ach, nienawidzieć go powinna:
W zgubie Leńskiego była czynna
Dłoń jego… Przezeń zginął brat —
Mąż przyszły Oli… Ale świat
Zapomniał wieszcza… Narzeczona
Kocha innego… poszła z nim.
Pamięć o piewcy, jako dym,
W błękitne niebo lecąc, kona…
Jeszcze go może serca dwa
Pomną… Lecz na co ból ich trwa?

XV

XV

Krepuskis la ĉiel’. Vespero
Kvietis. Zumis nur skarab’.
Jam ĉesis ĥoroj; post rivero
Fumante brulis ligna trab’
De fiŝistar’. En hor’ silenta
Sub lumo de la lun’ argenta
Reveme trans la kamp-eben’
Nun Tanjo iris en promen’.
Ŝi iris, iris. Kaj subite
Sinjoran domon vidas ŝi,
Vilaĝon, boskon antaŭ si,
Kaj parkon super bord’ levite.
Rigardas ŝi — kaj ŝia kor’
Ekbatis forte kun dolor’.

Był zmierzch. Ciemniało niebo. Rzeka
Płynęła cicho. Brzęczał chrząszcz.
Wiatr pieśni ze wsi niósł… Z daleka,
Za rzeką, ponad lasów gąszcz
Z rybaczych ogni dym wzlatywał;
Miesiąc wieczorną mgłę przeszywał
Blaskiem… I srebrem drżała mgła.
Tatiana w polu sama szła…
Szła, szła… Aż wtem przed zamyśloną
Pod wzgórzem wyrósł pański dwór…
Na lewo sad, na prawo bór.
Patrzy na dom, na odwróconą
W szybie wód ścianę… W chwili tej
Silniej zabiło serce jej.

XVI

XVI

Kun grandaj duboj ŝi rezonas:
«Ĉu mi aliru, ne aŭ jes?
Li mankas. Oni min ne konas…
Do vidu mi kun interes’.»
Alpaŝas kun premita spiro
Nun Tatiana, kaj kun miro
Rigardas ŝi al ĉio ĉi…
Malplenan korton venas ŝi,
Tuj hundoj ŝin atakis boje.
Je ŝia timigita kri’
Alkuris tuta famili’
Da kortobuboj Tuj survoje
La hundojn ili pelis for
Kaj helpis Tanjon kun fervor’.

Przez moment ją wątpliwość trzyma:
«Iść naprzód, czy się cofnąć?… At!
Nikt mnie tu nie zna, jego nie ma,
Spojrzę na dom ten, zajdę w sad».
I schodzi z wzgórza… Ledwie dyszy…
Wchodzi we wrota… W martwej ciszy,
Zda się, spoczywa pusty dwór…
Wtem ze szczekaniem psiarni chór
Rzuca się na nią… Tania krzyczy…
Zbiega się wiejskich chłopców tłum;
Zachodzi kłótnia, rośnie szum,
Każdy obronić pannę życzy…
Lecz rozegnali wreszcie psy…
Tatiana jeszcze lekko drży.

XVII

XVII

«Ĉu eblas nun la domon vidi?» —
Demandis Tanjo. Buboj tuj
Jen al Anisja* ekrapidis,
Zorganta pri la ŝlosiluj’;
Anisja venis laŭ bonordo,
Kaj malfermiĝis jen la pordo
Kaj nun eniras Tanjo do
Al dom’ de nia famhero’.
Rigardas ŝi: sur la bilardo
Ripozas la baston’ sen mov’,
Maneĝa stiko sur la sof’ …
La gardistin’ al Tanj’ kun klar’ do
Rakontas: «La sinjoro jen
Sidadis apud ĉi kamen’.

«Czy można» — ochłonąwszy nieco,
Pyta — «zobaczyć pański dom?»
Wnet do Anisji dzieci lecą,
Wracają z krzykiem: «Klucze som!».
Stara za dziatwy zdąża zgrają,
Klucz zgrzyta, drzwi się otwierają…
Tatiana wchodzi… brak jej tchu…
On, on niedawno mieszkał tu!
Patrzy: kij na bilardzie w sali
Śpi zapomniany… Przeszła próg…
Wciśnięta w miętej sofy róg
Szpicruta leży… Tania dalej…
Stara: «Kominek jest tu… Tam
Nasz pan siadywać lubił sam.

XVIII

XVIII

«Kaj tie ĉi tagmanĝis kune
Kun Lenskij ofte li laŭ mor’.
Bonvolu plu min sekvi nune.
Jen kabineto de l’ sinjor’;
Li tie ĉi ripozis iam,
Aŭskultis ekonomon nian,
Kaftrinkis, legis en maten’ …
Kaj la sinjor’ malnova jen
Ĉi tie loĝis iam ankaŭ,
Bonvolis karteludi li
Je «stultuleto» eĉ kun mi
Ĉe la fenestr’ en tiu flanko.
Ripozu li en supra sfer’
Kaj lia cindro en la ter’!»

Tutaj z nim często obiadywał
Nieboszczyk Leński… kiedy żył…
Nasz sąsiad często u nas bywał.
A tu gabinet pański był…
Tu sypiał, kawę pijał rano,
Tu mu raporty podawano
I książkę czytał tu do snu,
Dawniejszy pan też mieszkał tu…
W niedzielę… że to nudno w głuszy…
Tu okulary kazał dać,
W «Czarnego Piotra« raczył grać
Ze mną… Zbawienie jego duszy,
A kościom pokój niech da Bóg…
Był krzepki… jeszcze żyć by mógł!»

XIX

XXIX

Rigardas Tatiana ĉion
Ĉirkaŭe kun kortuŝa sent’.
Kaj malatentas ŝi nenion.
Animon ŝian kun turment’
Plenigas ĉio per ĝojstampo:
La tablo kun malplena lampo,
Kaj libr-amaso, kaj la lit’,
Kaj la cetera rekvizit’,
Kaj la aspekto el fenestro,
Kaj luna lum’ kun pala fort’,
Kaj la portret’ de Byron lord*,
Kaj statuet’ de l’ militestro
Kun streĉa frunto sub ĉapel’,
Kun brakkruciĝo sen ŝancel’*.

O długo, długo, rozrzewniona
Ogląda Tania każdą rzecz;
W bolesną rozkosz pogrążona,
Nieprędko krok stąd cofnie wstecz.
Tu wszystko drogie jest jej pono:
I stolik z lampą zakopconą,
I dywan, wytwór pilnych rąk,
Byrona portret, stosy ksiąg,
I w srebrną smugę księżycową
Przenikający drobny kurz,
I widok z okna pól i wzgórz;
I słupek z lalką metalową
O chmurnym czole, oczach wzwyż,
Rękach na pierś złożonych w krzyż.

XX

XX

Kaj longe Tatiana restas
Ravplene en la moda ĉel’.
Sed jam malfrue. Vent’ ekestas
Malvarma. Nigras la ĉiel’.
Nebulas la river’ malklare;
Kaj nia juna vagulin’
Jam hejmen devas turni sin.
Kaj Tanjo sian fort-impreson
Forkaŝas kaj ne sen ekspir’
Revenas al returna ir’.
Sed tamen petas ŝi permeson
Plu veni al ĉi tiu sojl’
Por legi librojn en izol’.

Tatiana stoi w celi modnej,
Jakby porwana w czarów kraj…
Lecz późno… Wiatr się zrywa chłodny.
W dolinie mroczno. Zasnął gaj.
Miesiąc ukrywa się za górą
I rzeka czerni się ponuro
I tajemniczo szemrze las…
Pielgrzymce dawno wracać czas.
Westchnienie tłumi i spojrzenie
Raz jeszcze rzuca; już do wrót
Podąża, lecz od starej wprzód
Bierze Tatiana pozwolenie
Wizycie nadać dalszy ciąg,
Korzystać w pustym zamku z ksiąg.

XXI

XXI

La gardistinon Tatiana
Finfine adiaŭis for.
Revenis ŝi senakompana
Post unu tag’ en frua hor’.
Kaj en la kabineto muta,
Rifuĝe for de l’ mondo tuta,
Finfine restis ŝi en sol’
Kaj longe ploris sen konsol’.
Kaj poste ŝi la librojn prenis.
Komence ŝi sen granda em’
Rigardis ilin, sed la tem’
De l’ libroj ŝin en mir’ ektenis.
Eklegis Tanjo kun volont’,
Al ŝi aperis nova mond’.

Za bramą żegna się z klucznicą.
A rankiem już na trzeci dzień,
Lipową krąży znów ulicą
I wchodzi w porzuconą sień.
W milczącym siada gabinecie…
Zapominając tam o świecie,
Długo na smutny płacze los.
Potem przewraca książek stos.
Niechętnie naprzód patrzy na nie,
Wypuszcza je z bezwładnych rąk…
Lecz ją uderza wybór ksiąg.
Wkrótce zagłębia się w czytanie
Z płomienną żądzą młodych lat —
I w nich odkrywa nowy świat.

XXII

XXII

Ni kvankam sclas, ke Eŭgeno
Legadon ŝati ĉesis jam,
Sed kelkajn verkojn li almenaŭ
Ne ĵetis for el la program’;
L’ aŭtoron de Giaour, Juan*.] kaj
Aliajn kelkajn librojn ankaŭ,
En kiuj estas sen mensog’
Respegulitaj la epok’
Kaj la moderna homnaturo
Kun ĝia variem-tendenc’,
Sekec’ kaj egoism-esenc’,
Revema troe sen mezuro,
Kun ĝia kruda mensimag’,
Bolanta en sencela ag’.

Choć znudzonego Eugeniusza
Od dawna już nie nęcił druk,
Do kilku dzieł go parła dusza,
Tych nie wyrzuciłby za próg.
Tam śpiewak Giaura i Juana
Na stole leżał; z nim dobrana
Romansów wiązka; kartek stek,
W których się nieźle odbił wiek
I człek współczesny z duszą suchą,
Egoistyczną, nędzną, czczą,
Z myślą oziębłą, niemal złą,
Bez moralności, z wolą kruchą,
Wciąż szukający błędnych mar,
Na próżny czyn tracący żar.

XXIII

XXIII

Konservis signon multaj paĝoj
De tre videbla ungoprem’,
Kaj pli al tiuj ĉi notaĵoj
Atentas Tanjo kun viglem’.
Kaj vidas Tatiana treme,
Ideon kiun favoreme
Onegin konsideris pli
Kaj kiun mutkonsentis li.
Renkontis ĉie ŝi nesole
Krajonajn strekojn sur marĝen’
Kaj la animo de Eŭgen’
Esprimas ĉie sin nevole,
Jen per vortet’ en iu lok’,
Per kruco aŭ demanda hok’.

Tam na niejednej był stronicy
Znaczny paznokcia ostry rys;
I żywiej płonął wzrok dziewicy,
Czytając ustęp obok kres.
I dreszcz się w Tani coraz wzmaga,
Gdy widzi, jaka myśl, uwaga,
Trafiała w serca jego ton
I z czym się, milcząc, zgadzał on.
Tam jakąś kartkę on zagina,
Tu znak na marginesie kładł;
Wszędzie ołówka zdradny ślad
Wydaje duszę Oniegina:
Króciutki frazes, «nie» lub «tak»,
Wykrzyknik, zapytania znak.

XXIV

XXIV

Kaj nun do iom kaj post iom
Komencas ekkompreni jam
Pli bone Tanjo — dank’ al dio —
Lin, kiun devas ŝi kun am’
Prisopiradi en sincero.
Strangul’ ĉagrena kaj danĝera,
Id’ de l’ infer’ aŭ de l’ ĉiel’,
Diablo tiu kaj anĝel’,
Li kio estas? Ĉu imito,
Fantom’ senkorpa, aŭ en rest’
Moskvano en Harolda vest’,
De l’ fremdo misinterpretito,
Nur modvortaro estas li?..
Do ĉu li estas parodi’?

I coraz jaśniej — Bogu chwała! —
Przed okiem Tani staje ten,
Przed którym dusza jej zadrżała,
Kto rzucił ją w dręczący sen…
W czym sens zagadki niebezpiecznej?
Ów dziwak chmurny, niebezpieczny,
Piekieł czy stref niebieskich twór,
Ten pyszny czart czy anioł z chmur,
Któż on?… Cień nędzny, co kopiował
Cudze pomysły?… Obcych min
Komentarz tylko?… Moskwy syn,
Co się w Harolda płaszcz drapował?
Leksykon pełny modnych słów?
Wreszcie parodia cudzych snów?

XXV

XXV

Ĉu la enigmon ŝi sukcesis
Diveni, ĉu troviĝis nom’?
La horoj flugas; ŝi forgesis,
Ke oni en la hejma dom’
Ŝin jam atendas; du najbaroj
Pritemas tie ŝin senfare.
— Jam Tanjo estas ne knabin’, —
Eldiris la maljunulin’: —
Ja Olga estis pli junaĝa.
Ŝin edzinigi venis hor’;
Sed kion fari? Ĉiujn for
Ŝi malakceptas sendomaĝe.
Kaj ŝi sopiras sen plezur’
Kaj ĉie sola vagas nur.—

A więc zagadkę rozwiązała?
Znalazła słowo?… Jaki srom!
Godziny biegną; zapomniała,
Że na nią czeka cały dom.
Za stołem dwóch sąsiadów siada;
Przed nimi stara matka biada:
«Co robić? Czekaj? Ręce złóż?
A Tania nie jest dzieckiem już!
Toć od niej młodszą była Ola.
Wydać dziewczynę dawno czas,
Lecz co z nią począć? Każdy raz
Odmawia: „Taka moja wola!
Nie pójdę za mąż”… Nie je nic…
W las bieży, smutek wieje z lic.»

XXVI

XXVI

Рэклама