Эсперанта-польская кніга-білінгва
Kaj vee plendas Tatiana
Pri la torento kun sopir’
Sen vid’ al iu, kiu manon
Al ŝi etendus por transir’.
Sed neĝamaso ektuberis,
Kaj kiu do el ĝi aperis?
Grandega vila virurseg’;
Ek-ah-is Tanjo, sed kun blek’
Manegon li al ŝi ektiris
Kun akraj ungoj; en humil’
Per man’ tremanta kun facil’
Ŝi ĝin apogis kaj transiris
Timeme trans la brua flu’,
Sed ŝin la urso sekvis plu.
Jak na rozłąkę przykrą, srogą,
Tatiana szemrze tak na toń…
Po tamtej stronie — ba! nikogo,
Kto by pomocną podał dłoń.
Wtem bryła rusza się śniegowa,
Spod niej potworna wstaje głowa…
Kudłaty niedźwiedź… Tania w krzyk…
A na jej «ach!» odpowie ryk…
Łapę w pazury ostre zbrojną
Wyciąga zwierz; Tatiana, drżąc,
Wsparła się, ledwie spojrzeć śmiąc,
I przeszła stopą niespokojną
Przez ruczaj… Idzie dalej w świat…
Lecz niedźwiedź kroczy za nią w ślad.
XIII
XIII
Kun tim’ rigardi posten, provas
Ŝi irrapidi pli kaj pli;
Sed tamen ŝi neniel povas
Forkuri ien ajn de li.
Ronkante la ursego ĝena
Postiras; jen arbar’ solena
Trankvilas en la morna bel’:
Branĉar’ de pino sen ŝancel’
Sub neĝaj buloj pendas peze;
Tra nudaj suproj de tili’,
Tremol’, betulo lunradi’
Briletas; inter arboj meze
Kovrita estas tuta voj’
Per profundega neĝtavol’.
Dreszcz trwogi wstrząsa moją Tanią;
Przyspiesza krok… nie patrzy już…
Ale kosmaty lokaj za nią
Jak nieodstępny goni stróż…
Nieznośny niedźwiedź, rycząc, wali…
Las nieruchomy widać w dali:
Posępnie pięknych sosen rzęd…
Dźwiga gałęzi każdy skręt
Śnieżną oponę; przez wierzchołki
Nagich jesionów, lip i brzóz
Błyskają gwiazdy… Krzepnie mróz…
Ni śladu drogi… Krzaki, dołki,
Wszystko zamieci powiew skrył;
Narzucił wszędy śnieżnych brył…
XIV
XIV
Enkuras Tanjo la arbaron;
La urso sekvas; ĝis genu’
Profundas neĝo; ŝiajn harojn
Kaj kolon gratas branĉ’ en sku’,
Ŝirante ringojn el oreloj;
Jen en la neĝaj ŝutfuneloj
Ekdronas la malseka ŝu’;
Jen ŝi la tukon perdas plu;
Ŝi timas levi ĝin, ĉar trudas
Post ŝi la urso kun rikan’,
Kaj eĉ per la tremanta man’
Robrandon ĝi leveti prudas;
Ŝi kuras kaj li sekvas ŝin;
Kaj fortoj lasas ŝin en fin’.
Tania do lasu… Niedźwiedź za nią…
W śniegu do kolan dziewczę brnie…
To kolce sosny w szyję zranią,
To długa wić ją w ucho tnie
I złoty kolczyk wyrwie zdradnie;
To kruchy śnieg z jej nóżki skradnie
Trzewiczek mokry… Albo wraz
Chusteczkę zgubi… Lecz nie czas
Schylić się, podnieść… Jak się zegnie,
Gdy za nią niedźwiedź spieszy tuż?!
Więc nawet drżącą ręką już
Szat nie unosi… Biegnie — biegnie…
Zwierz za nią miecie śnieżny pył…
I Tania biec już nie ma sił.
XV
XV
Ŝi falis; kaj la urso lerte
Ekkaptas ŝin kaj portas jen;
Sensenta kuŝas ŝi inerte
Sen movo en profunda sven’;
Li portas ŝin tra la arbaro;
Subite kabanaĉ’ sen baro
Tra dens’ aperas en obskur’;
Ĝin neĝ’ ĉirkaŭas krazaŭ mur’,
Nur fenestreto lumas hele,
El ĝi aŭdeblas bru’ kaj kri’;
La urso diris: tie ĉi
Varmiĝu iom vi degele;
Kaj sur la sojlon de l’ kaban’
Li ŝin kuŝigis per la man’.
Upadła w śnieg; a zwierz już czyha,
Pochwycił, zręcznie niesie łup…
Ona — bez ruchu — nie oddycha —
Korna — nieczuła — jako trup…
On z łupem mknie śród leśnej drogi…
Wtem szałas pośród drzew, ubogi…
Dokoła głucho… Z wszystkich stron
Śnieg go zasypał… Lecz przez szron
Jaskrawym światłem błyszczy szyba,
W szałasie hałas, gwar i szum.
Niedźwiedź przemówił: «Tu mój kum,
Pozwoli ci się ogrzać chyba».
Do sieni wchodzi… U swych nóg
Składa Tatianę tam na próg.
XVI
XVI
Rekonsciiĝis Tatiana
Kaj vidas: l’ urso estas for;
Ŝi estas en vestibl’ kabana
Kaj aŭdas kriojn kun sonor’
Simile al festen’ sen ordo;
Rigardas ŝi tra tru’ de l’ pordo,
Kaj kion! vidas ŝi… ĉe tabl’
Monstraĉoj sidas kun diabl’;
Jen unu kun la kokkapeto,
L’ alia kun la hunda kap’,
Jen sorĉistin’ kun barb’ de kapr’,
Jen fierplena homskeleto,
Jen nan’ vosthava, jen en plu’
Duone kat’ — duone gru’.
Przyszła do siebie… Niedźwiedź szpetny
Gdzieś zniknął… Tania wstaje w mig…
Za drzwiami, jak na stypie świetnej,
Słyszy brzęk szklanek, gwar i krzyk…
Gdzież jest?!… Ciekawość ją pochłania…
W dziurkę od klucza patrzy Tania
Przebóg! Co widzi?… Stołu kąt…
Przy nim potworów siedzi rząd…
Tam szkielet hardy, tam diablica,
Tamten z rogami, mordą psią,
Ów z łbem kogucim, z łapą lwią,
Tuż z koźlą brodą czarownica
Karzeł z ogonem… dalej, ot!
Na poły żuraw, na pół kot.
XVI
XVII
Aspekto pli kaj pli mistera:
Jen kankro sur araneeg’,
Kranio jen sur kol’ ansera
En alta ĉap’ kun ruga teg’,
Jen muelejo dancas skue
Kaj per ventiloj svingas brue;
Boj’ rido, frap’, kantad’, faifad’,
Hom-diro kaj ĉeval-hufbat’*.]!
Sed kion pensis Tatiana,
Tuj kiam inter la gastar’
Rekonis ŝi kun kor-amar’
Heroon nian de l’ romano!
Onegin sidas en mezord’
Kaj ekrigardas al la pord’.
Okropnych dziwów moc się skupia:
Gna na pająku konno rak,
Na gęsiej szyi głowa trupia
W czerwonym fezie kroczy wspak
I młyn w prysiudach żwawo pląsa,
Skrzydłami warczy i potrząsa;
Szczekanie, śmiechy, świst i ryk
Tętenty końskie, ludzki krzyk!
Lecz co się w sercu Tani mieści,
Gdy wpadł jej w oczy pewien gość,
Co już ją w życiu strwożył dość —
Miły bohater mej powieści?!
Oniegin — tam! Za stołem grzmi…
Czasem ukradkiem patrzy w drzwi.
XVIII
XVIII
Li signas: ĉiuj ekklopodas;
Li trinkas: ĉiuj sekvas lin;
Li ridas: ĉiuj rideksplodas;
Li mornas: ĉiuj kaŝas sin;
Li mastras, tio evidentas:
Kaj Tanjo timon jam ne sentas,
Kaj laŭ scivola sugesti’
La pordon ŝi malfermis pli…
Ekblovis vento, estingante
La meĉojn noktajn de l’ kaban’:
Konsternis sin la tuta band’;
Onegin, per rigard’ brilante,
Ekstaras kun ekgrinc-akord’
Kaj sin direktas al la pord’.
Znak poda: wszyscy wnet poskoczą;
Rozśmieje się — i wszyscy w śmiech;
Pije — i wszyscy gęby moczą;
Brwi chmurzy — wszystko wstrzyma dech.
Rzecz jasna z ruchów, z jego twarzy:
On na tej uczcie gospodarzy.
Więc Tania z własnych obaw drwi.
Z wolna otwiera nieco drzwi.
Wtem wicher zadął… Drgnęli wszyscy…
Gaśnie kagańców nocnych blask…
Strwożona szajka… Ustał wrzask…
Oniegin gniewnym okiem błyszczy,
Powstał od stołu… groźnie grzmi…
Powstali wszyscy… Idzie w drzwi…
XIX
XIX
Ektimas ŝi; kaj rapideme
Kurprovas Tatiana for:
Neniel eblas; tuta treme
Ŝi volas krii kun dolor’:
Ne povas ŝi; Eŭgeno puŝis
La pordon: la fraŭlin’ ekkuŝis
Jen antaŭ la infer-fear’;
Rideg’ eksonis de barbar’;
Okuloj ĉies, kurbaj rostroj,
Dentegoj, vostoj kiel tuf’,
Manegoj stumpaj kiel huf’,
Korn-paroj, langoj, fingroostoj,
Indikas ĉiuj nun al ŝi
Kaj krias jen: por mi! por mi!
I strach ją zdjął, i uciec pragnie…
Lecz nie ma sił; chce wydać krzyk —
Głos w gardle zamarł; drży, jak jagnię,
Gdy z jaru idzie na nie dzik. —
Pchnął drzwi Eugeniusz… Tania blada
W oczy piekielnym widmom wpada.
Brzmi dzikim śmiechem każdy kąt
I gorejących oczu rząd,
Kopyta, kły, języki krwawe,
Ogony, ryje, każdy róg —
Wskazują Tanię… Mierzą w próg
Palce kościste i koślawe…
Lecz wymowniejszy niźli gest —
Krzyk poczwar: «Moja, moja jest!».
XX
XX
Por mi! Eŭgeno manifestis,
Kaj tuj la band’ diskuris for.
Kum li en la mallumo restis
La junfraŭlino en angor’;
Onegin Tatiana-n logas*
Al la angul’ kaj ŝin apogas
Sur skuan benkon kun atent’
Kaj kapon klinas en silent’
Sur ŝian ŝultron; sed subite
Kun Lenskij Olga venas jen;
Ekbrilis lumo; kaj Eŭgen’
Per man’ eksvingis ekscitite,
Insultas la venantojn li;
Kaj Tanjo kuŝas sen konsci’.
«Moja!» — Eugeniusz krzyknął groźny…
I znikła szajka… tylko dym
Wzbił się na miejscu… We mgle groźnej
Zostało dziewczę samo z nim…
On ją powoli wiódł do kąta,
Na ławie złożył… Tam się krząta
Wkoło niej, cuci… Potem skroń
Wsparł o jej ramię… ściska dłoń,
Wtem Olga wchodzi — Leński za nią…
W izbie błysnęło mocą gusł,
Oniegin rękę groźnie wzniósł,
Klnie nieproszoną tę kompanią…
I twarz mu skurczył dziki śmiech…
Tatianie w piersi zamarł dech…
XXI
XXI
Pli laŭtas la disput’; Eŭgeno
Tranĉilon kaptas en subit’,
Ekfalis Lenskij: tuj apenaŭ
Disiĝis ombroj; tra rigid’
Kri’ sonis… la kaban’ skuiĝis…
Kaj Tanjo en terur’ vekiĝis…
Jam estas lummatena hor’;
Skarlat-radio de l’ aŭror’
Tra l’ frosta vitro ludas brile;
Jen malfermiĝis tuj la pord’:
Pli ruĝa ol aŭror’ de l’ nord’
Enflugas Olga birdfacile
Kaj petas: «Diru do al mi,
Hodiaŭ kiun sonĝis vi?»
Rozgorzał spór… Eugeniusz długi
Nóż chwycił nagle…. Błysnął… W mig
Leński powalon. — Mroku strugi
Zgęstniały… straszny rozbrzmiał krzyk.
Drży szałas… Ziemia go pochłania — —
I w strachu z snów się budzi Tania…
Patrzy… W komnatce widno już…
Na zmarzłej szybie blaski zórz
Różowo grają… Drzwi otwiera
Ola… Wlatuje jako ptak,
A tak różowa, świeża jak
Aurora, gdy się w drogę zbiera…
«Siostrzyczko! — woła — kto był ten,
Kogo widziałaś dziś przez sen?»
XXII
XXII
Sed tiu, eĉ ne rimarkante,
Kun libro kuŝas en la lit’,
Foliumante ĝin konstante,
Kaj ne respondas en medit’.
Demonstris tiu ĉi libreto
Nek dolĉ-elpensojn de poeto,
Nek saĝajn verojn sen rutin’;
Sed nek Virgilius, nek Racine*,
Nek Scott, nek Byron*, nek Seneca*,
Nek eĉ Virina Modrevu’
Okupis iun kun sam-ĝu’:
Ĝi estis ja Martin Zadeka*,
Ĉef’ de kaldea saĝular’,
Sonĝdivenisto sen kompar’.
Nie widzi siostry — milczy Tania,
W łóżku zajęta nie na żart,
Książka uwagę jej pochłania…
Przewraca szybko szereg kart.
W tej książce nie masz dziwnych zdarzeń,
Ani poety słodkich marzeń,
Ani prawd mądrych… Jednak ot!
Przenigdy Byron, ani Scott,
Wirgili, Rasyn lub Seneka,
A nawet «Żurnal Damskich Mód»
Nikogo tak nie zajął wprzód:
Bowiem to Marcin był Zadeka,
Co wiódł chaldejskich mędrców huf,
Kabały twórca, tłumacz snów!
XXIII
XXIII
Ĉi tiun verkon multesaĝan
Migranta foje komercist’
Venigis do en la vilaĝon
Kaj vendis post marĉand-insist’
Al Tatiana por dispono
Ĝin por tri rubloj kun duono,
Preninte krome kun avar’
Kolekton grandan da fablar’,
Du «Petriadojn»*, gramatikon
Kun volumet’ de Marmontel*.
Martin’ Zadeka iĝis cel’
De Tanjo kara plej… Efikon
En ĉiuj fojoj havas ĝi,
Kaj ĉiam dornas ĝi kun ŝi.
W tę ustroń kupiec koczowniczy,
Pod pliką książek chyląc kark,
Przyniósł ten utwór tajemniczy,
I z Tanią wreszcie kończąc targ,
Z Malwiną, gdzie brak kart sześćdziesiąt,
Ustąpił go za trzy pięćdziesiąt.
A że głęboki był to twór,
Wziął na dodatek bajek zbiór,
Gramatykę, dwie Petryjady
I Marmontela trzeci tom.
A odkąd wszedł Zadeka w dom,
Tania w nim szuka ulgi, rady…
On wiernym druhem jej się stał,
Pod jej poduszką zawsze spał.
XXIV
XXIV
Ŝi la misteran sonĝon miras.
Sen sci’ kompreni, en korvibr’
Signifon de l’ inkub’ deziras
Eltrovi Tanjo en la libr’.
En la mallonga indekseto
Ŝi trovas laŭ la alfabeto
La vortojn jen: arbar’, abi’,
Mallum’, pontet’, river’, rabi’,
Urs’ kaj ceteraj. Tre nature
Zadeka ŝin en ŝia dub’
Ne helpas; tamen la inkub’
Avertas multajn aventurojn.
Dum kelkaj tagoj poste jam
Ŝi maltrankvilis pri la sam’.
Dziś senne trwoży ją marzenie…
Przedmiot uwagi głębszej wart.
Ciemne groźnego snu znaczenie
Musi odnaleźć śród tych kart.
Po to spis rzeczy na początku
W abecadłowym ma porządku.
Znalazła: «burza», «bór» i «bieg»,
«Mrok», «mostek», «niedźwiedź», «potok», «śnieg»…
Et cetera… Lecz i Zadeka
Zwikłanych nie rozjaśnił snów!
Jedno widoczne z wszystkich słów:
Że trosk i smutków moc ją czeka.
Pamięta sen… Po kilku dniach
Jeszcze ją ciągle dręczy strach.
XXV
XXV
Kaj jen per sia man’ skarlata*
L’ aŭror’ el la matena val’
Venigas kun la sun’ naskata
Nomfeston gajan kun regal’.
Jam svarmas de post frumateno
La dom’ de Lárina en pleno;
Tutfamilie najbarar’
En droŝkoj venis, jen en ĉar’.
Puŝiĝo regas en vestiblo,
Novrenkontado en salon’,
De hundoj boj’, ŝmackisa son’,
De l’ gastoj rido, bruo, siblo,
Kliniĝoj, riverenc’ laŭ mor’
Kaj de l’ infanoj kri’ kaj plor’.
Lecz z dolin dłonią purpurową
Wytacza zorza słońca glob,
A za jasnością zdąża dniową
Gwarne imienin święto w trop…
Rój gości spieszy uczcić Tanię;
Od rana bryczki, wózki, sanie
Lecą; sąsiadów zjechał huk —
Z żonami, z dziećmi, z kupą sług.
W podworcu ruch i psów szczekanie,
W sieni bieganie, hałas, tłok,
W bawialni posuwisty krok,
Śmiechy, dziewczęcych ust cmokanie,
Szuranie nóg, ukłonów szyk,
Dziecięcy płacz i mamek krzyk!
XXVI
XXVI
Alvenis: Pustjakóv-dikulo
Kun sia dikulin’-edzin’;
Kaj de malriĉaj servutuloj
Tre riĉa posedant’ Gvozdin;
Skotinin-famili’ grizhara
Kun geidaro diversjara
De du ĝis tridek laŭ la pov’;
Distrikta dando Petuŝkóv;
Jen ankaŭ mia kuz’, Bujánov,
En sia ĉap’ kun vizier’*
(Ja vi bonkonas lin en ver’),
Kaj la ekskonsilanto Flanov,
Manĝema klaĉa fiperson’,
Korupteblulo kaj fripon’.
Z tłustą połową okazały
Zjechał Pustiakow, ze wsi Głusz
Gwoździn, gospodarz doskonały,
Właściciel mnogich głodnych dusz,
Siwy Skotinin ze swą starą,
Z dziatek wszelkiego wieku chmarą:
Od lat trzydziestu do dwóch lat;
Pietuszkow — wiejskiej młodzi kwiat;
I bliski kuzyn mój, Bujanow,
W cylindrze z daszkiem (w twarzy pąs,
Strój w pierzach, niegolony wąs),
I «otstawnoj sowietnik» Flianow,
Łapownik, żarłok, stary łgarz,
Plotkarska gęba, błazna twarz.
XXVII
XXVII
Monsieur Triqué alvenis ankaŭ
Kun famili’ de Harlikóv,
Spritulo en peruko stranga
Kaj okulvitroj, el Tambóv*.
Laŭ vera franc’, al Tatiana
Gratul-kupleton laŭ infana
Melodiet’ alportis li:
Reveillez vouz, belle endormie*.
En iu polva almanako
Presita estis la kuplet’;
Triqué, sagaca poetet’,
Ĝin tiris el malnova sako,
Kaj nur anstataŭ «belle Ninà»
Li uzis «belle Tatianà»*.
Panfil Charlikow z żoną chudą,
A z nimi wraz monsieur Tricke
(Żartami i peruką rudą
W Tambowie niegdyś wsławił się).
Prawdziwy Francuz — dla Tatiany
Kuplet w kieszeni wiózł, na znany
Dziateczkom motyw; kuplet brzmi:
Reveillez-vous belle endormie…
Śród kart zgrzybiałych almanachu
Był drukowany kuplet ów,
Tricke go z prochu wskrzesił znów;
Zręczny poeta nie zna strachu,
Więc śmiało zamiast «belle Nina»
Postawił: «belle Tatiana»!
XXVIII
XXVIII
Kaj jen el la urbet’ proksima —
De l’ tuta fraŭlinar’ idol’
Kaj de l’ patrinoj ĝoj’ senlima —
Rotestro venis laŭ bonvol’;
Tuj flugis sensaci’ momenta:
Muziko estos regimenta!
Ĝin sendis mem la kolonel’.
Do estos balo: kia bel’!
La knabinaĉoj gaje saltas*!
Tagmanĝo pretas. Kun agrabl’
La paroj iras al la tabl’.
Ĉe Tanjo la fraŭlinoj haltas;
Kaj mansignante je krucum’
Eksidas la amas’ kun zum’.
Wtem słychać ostróg brzęk… Rotmistrza
Z mieściny bliskiej poznasz krok —
Panien przejrzałych już bożyszcza,
Na którym matek wisi wzrok…
Wszedł, przyniósł nowość… Ba! Muzyka
Wojskowa dąży… Pułkownika
Śle ją tu rozkaz… (Toć nie dal…)
Co za uciecha: będzie bal!
Zawczasu już dziewczęta skaczą…
Lecz jeść podano… Powstał gwar…
Idą do stołu rzędy par…
Panny na bliskość z Tanią baczą…
Młodzież naprzeciw. — Cichnie szum…
Przeżegnał się i zasiadł tłum.
XXIX
XXIX
Momente haltis babiladoj;
La buŝoj maĉas. Sole nur
Sonoras la manĝiloj, pladoj
Kaj vinglasetoj en konkur’.
Sed baldaŭ kune la gastaro
Tumulton levas jam sen baro.
Aŭdiĝas krioj, babilad’,
Pepado, rido kaj debat’.
Subite malfermiĝas pordo:
Vladimir venas kun Eŭgen’.
Ekkrias la mastrin’: «Nu jen!
Finfine!» La gastar’ sen ordo
La du amikojn kun afabl’
Invitas ĉien al la tabl’.
Na mig rozmowa zwykła ścichać,
Gdy żują usta… Tylko dźwięk
Talerzy lub widelców słychać,
Zgrzyt nożów i kieliszków brzęk.
Ale powoli gwar znów rośnie;
Ten i ów krzyczy coś donośnie,
Nie słucha nikt… Zgiełkliwy chór
Tworzą śmiech, hałas, pisk i spór…
Wtem drzwi rozwarto. Leński wchodzi,
Oniegin z nim. Gosposia — «Ach!
Nareszcie!» — woła… Jeszcze w drzwiach,
A już im każdy rad wygodzi:
Nakrycia, krzesła zsuwa gość,
By druhom zrobić miejsca dość.
XXX
XXX
Kaj ili kontraŭ Tanjo rekte
Lokataj estas kun intenc’,
Sed ŝi, palega laŭaspekte,
Tremante pro ekscit-potenc’,
Okulojn levi eĉ ne povas;
Ŝi sufokiĝas kaj senmovas;
Ŝi flamas kaj ne aŭdas eĉ
Gratulojn malgraŭ sia streĉ’;
Jam preskaŭ larmoj fluis; pretis
Ŝi sveni jam pro l’ emoci’,
Sed tamen volo de l’ raci’
Triumfis. Ŝi elprononcetis
Responde iujn vortojn du
Kaj sidis ĉe la tablo plu.
Naprzeciw Tani siedli oba…
Drżąc, jako łań na rogów wieść,
Bledsza niż miesiąc, kiedy doba
Wszczyna się ranna — nie śmie wznieść
Ściemniałych oczu biedna Tania…
Wre w sercu… Duszno… Powitania
Druhów nie słyszy… Z oczu łzy
Gotowe upaść… Cała drży.
Biedaczka ledwie nie zemdleje…
Lecz wola i rozsądku moc
Schodzącą na jej duszę noc
Przemogły… Z cicha się rozśmieje,
Przez zęby cedzi słówka dwa…
Usiedzi, chociaż boleść trwa!
XXXI
XXXI
Nerv-tragediajn fenomenojn
Kaj larmojn, svenojn de fraŭlin’
Ne ŝatis por toler’ Eŭgeno:
Sufiĉe ili tedis lin.
Trafinte al la grand-festeno,
Li jam koleris. Sed apenaŭ
L’ impeton de l’ fraŭlina kor’
Li vidis, en malbon-humor’
Ekmalkontentis li kaj ĵuris
Al Lenskij venĝi pro la tromp’
Kaj ekscitigi lin kun pomp’.
Nun li triumfon jam aŭguris
Kaj groteskigis ne sen sprit’
Li ĉiujn gastojn en medit’.
Traginerwowych zjawisk różnych,
Dziewiczych zemdleń, płaczu burz
(Zniósłszy tak wiele łez usłużnych)
Eugeniusz mój nie znosił już!
Dziwak, że wpadł na bal ogromny,
Był mocno nierad… A nieskromny
Chwilowy Tani widząc szał,
Już oburzeniem skrytym wrzał;
Nadął się, oczy spuścił gniewnie,
Leńskiego w duchu mocno klął
I zemsty plan obmyślać jął…
Uknuwszy, jak go skarać pewnie,
Czas skraca, w duchu, jako widz,
Karykatury tworząc z lic.
XXXII
XXXII
Konsternon Tanjan tre nature
Rimarkus ĉiuj kun dedukt’,
Sed tiam ĉies celo nure
Centriĝis ĉirkaŭ grasa kuk’
(Tre bedaŭrinde tro salita);
Jen en botelo gudrumita
Post la rostaĵ’ kun oportun’
Cimlana vin’* portatas nun;
Jen sekvas longaj vinglasetoj
Similaj al la beltali’
De vi, kristal’ de l’ kor’, Zizi*,
Objekt’ de miaj poemetoj,
Pokal’ alloga da pasi’,
Pro kiu tut-ebriis mi!
Zmieszanie Tani mej uroczej
Nie on jedynie dostrzec mógł,
Lecz tłusty «pieróg» wszystkich oczy
Pociągnął wówczas (ręką sług
Był na nieszczęście przesolony).
Lecz, patrz, w butelce zasmolonej,
Nim po pieczystym przyjdzie krem,
«Cymlańskie» służba wniosła… Z niem
Rzęd kieliszków długich, wiotkich,
Jak twoja kibić, o Zizi,
Krysztale młodych moich dni,
Przedmiocie wierszy moich słodkich,
Amforo uciech, których wiew
Pijanił ongi moją krew…
XXXIII
XXXIII
Liberiĝinte de korketo,
Ekklakis la botelo; vin’
Eksiblis, kun la verskupleto
Triqué gravpoze levis sin;
La societo eksilentas
Kaj lin profunde ekatentas.
Sin Tanjo streĉas, sed en van’;
Triqué kun la foli’ en man’
Ekkantis false. Laŭdo brua
Salutas lin. Por la kantint’
Ekriverencas ŝi kun ind’.
Kaj trinkas la poet’ unua
Pro san’ kaj la kupleton for
Al ŝi transdonas en furor’.
Wystrzelił korek mokry; wino
Perli się w czarach; pośród pań
Siedzący, wstał z poważną miną
Monsieur Tricke (już dawno krtań
Tłoczył mu kuplet); wszystko w ciszy
Utonie; Tania ledwie dyszy;
Do niej się zwraca mówca nasz:
Laurka w ręku, wzniosła twarz…
Śpiewa, fałszując… Wnet ogromny
Wybucha zapał: brawa, krzyk…
Tania zmuszona zrobić dyg;
A wieszcz choć wielki, jednak skromny,
Na cześć jej pierwszy toast wzniósł,
Wręczając kuplet… Zapał wzrósł.
XXXIV
XXXIV
Nun ĉiuj vice bondeziris,
Kaj ĉiujn Tanjo dankas mem.
Sed kiam jam Eŭgen’ aliris,
Konfuzo ŝia kaj lacem’,
Metantaj ŝin en svenan staton,
En li revekis la kompaton:
Li klinsalutis en silent’,
Kaj plenis je karesa sent’
Rigardo lia. Ĉu pro tio
Ke kortuŝiĝis li en ver’,
Ĉu li koketis sen sincer’,
Ĉu vole, ĉu pro inercio,
Sed staris li kun dolĉesprim’:
Vigliĝis Tanjo en anim’.
Z powinszowaniem tłum się rusza;
Wokoło Tani gości tłok;
Przyszła i kolej Eugeniusza:
Podszedł… Dziewicy tęskny wzrok,
Przy jej znużeniu i wzruszeniu,
Budzi w nim litość… Więc w milczeniu
Złożył jej ukłon… Ale z ócz
Świeciła tkliwość… W czymże klucz
Zagadki był? — Czy mimo woli
Wzruszony, stracił duszy hart?
Czy kokietując, zrobił żart?
Nienaumyślnie? Ze swawoli?
Dość, że mu wzrok pieszczotą drgnął
I w serce Tani życie tchnął.
XXXV
XXXV
Moviĝas seĝoj for kun knaro;
La gastoj iras al salon’.
Simile flugas abelaro
Al kampoj kun zumanta son’.
Kontenta pri regal’ de l’ festo,
Najbar’ singultas je digesto.
La sinjorinoj ĉe l’ kamen’,
Fraŭlinoj en anguloj jen
Murmuras; tabloj verdaj pretas;
Bostonon* — hazardemular’,
Lomberon — pli solidular’
Kaj viston* oni do dismetas;
Ĝi estas kun avidsoif’
Idar’ de la enua viv’.
Zagrzmiały krzesła odsunięte
I do bawialni wali tłum…
Tak na wiosennych łąk ponętę
Rój pszczół wylata — sprawia szum…
I po paradnym syt obiedzie
Już sąsiad sapie: «Hm, sąsiedzie!»…
Przy piecu zasiadł matron rząd;
Panny poszeptać poszły w kąt;
Zielone stoły rozstawiono;
Spieszy kłótliwy młody gracz
Do gry w bostona, a tam, patrz! —
Wistem się bawi starców grono.
Z ich jednostajnych czytasz min,
Że każdy — chciwej nudy syn.
XXXVI
XXXVI
Jam ok roberojn bonaranĝis
La vist-herooj kun sukces’;
Okfoje ili lokojn ŝanĝis;
Nun pretas te’. Mi laŭ neces’
Difinas horon kun honesto
Laŭ lunĉo, teo kaj siesto.
Ni bone dum kampara loĝ’
Stonakon uzas je horloĝ’;
En krampoj mi rimarku ankaŭ,
Ke mi en mia strofkombin’
Rakontas pri festenoj, vin’
Kaj pri manĝaĵoj diversrangaj
Samofte kiel vi, Homer’,
Idol’ de l’ trimiljara ter’!
Już osiem robrów odegrali
Bogowie wista; ósmy raz
Już miejsca swoje pozmieniali…
Herbatę dano… Lubię czas
Mierzyć obiadem i kolacją;
Na wsi, zaprawdę, z wielką racją
Określasz jadłem pory w dniu;
Żołądek jest zegarkiem tu.
Lecz zauważę rad, w nawiasach,
Że równie często lubię wpleść
W strofy swej pieśni miłą treść —
O ucztach, winach i frykasach,
Jak ty, Homerze, bożku nasz,
Co wiek trzydziesty w chwale trwasz.
XXXVII. XXXVIII. XXXIX
XXXVII. XXXVIII. XXXIX
* [Rivali pretas mi sentime
Kun vi pri faro de festen’;
Sed mi konfesas grandanime,
Vi venkis min sekvante jen:
Sovaĝaj viaj herouloj,
Bataloj viaj sen reguloj,
Kaj Zeŭso via kaj Ciprid’*
Superas certe laŭ kvalit’
Ol nia kamp-enuo muta,
Kaj ol Onegin kun malvarm’,
Kaj ol Istómina* kun ĉarm’,
Ol nia modeduko tuta!
Sed Tanjo (mi eĉ ĵuras jen)
Pli bonas certe ol Helen’*.
Neniu tion pridisputus,
Eĉ kvankam Menela’ sen ĝen’
Centjare plue ekzekutus
Frigian landon pro Helen’,
Eĉ kvankam ree ĉe Priamo
Maljunularo de Pergamo,
Vidinte ŝin, decidus bis
Por Menelao kaj Paris’*.
Koncerne la batalojn, vere,
Atendi nur vin petas mi:
Bonvolu legi iom pli;
Ne juĝu laŭ komenc’ severe,
Batal’ okazos. Sen mensog’
Mi faros ĝin en taŭga lok’.]
Apenaŭ ĉe la te-regalo
Eksidis la fraŭlinoj ĵus,
Subite el la longa halo
Muzik’ eksonis por amuz’.
For de la te-taset’ kun rumo,
Tutprete por reamindumo
Kaj ĝoje pro l’ muzik-ekblov’
Al Olga venas Petuŝkóv,
Al Tanjo Lenskij, Ĥarlikova-n
Troaĝan vokas nia franc’ —
Poet’ Tambova al la danc’,
Bujánov prenis Pustjakóva-n,
Kaj ĉiuj venis al la hal’,
Ekbrilis plene nun la bal’.
Herbata… Panny wzięły sztywnie
Spodeczki w palce… Ale wnet
Za drzwiami w długiej sali dziwnie
Kusząco zabrzmią trąba, flet…
Parys miasteczek okolicznych
Rzuca herbatę z rumem; z licznych
Pań wybrał Olgę, objął stan:
Już mój Pietuszkow pomknął w tan.
Leński z Tatianą; z Charlikową
Puszcza się w tan Tambowski wieszcz;
Walc w nich rozkoszy budzi dreszcz;
Uniósł Bujanow Pustiakową,
Tłum sypie się z sąsiednich sal
I w całej krasie błyszczy bal.
XL
XL
En la komenco de l’ romano
(En la unua vidu part’)
Mi skribi volis laŭ Albani*
Pri Peterburga bal’ kun art’,
Sed pro distrita korhumoro
Mi skribis nur laŭ rememoro
Pri piedetoj de l’ inar’.
Ho, piedetoj, vag-erar’
Sur viaj ĉesu postesignoj!
Kun la perfid’ al mia jun’
Pli saĝa mi fariĝu nun
Kaj pli ordema laŭ la dignoj,
Kaj kvinan parton tiun ĉi
Senbalastigu ĉiel mi.
Jam na początku poematu
(Patrz pierwszy zeszyt) zamiar miał,
Jak Alban, hołdy składać światu,
Stołeczny bal opisać chciał…
Ale porwało mnie marzenie;
Znajomych nóżek przypomnienie
Uniosło w snów młodzieńczych świat;
O nóżki, wasz wąziutki ślad
Bez uwag muszę dziś zostawić;
Trzeźwiejszym, mędrszym trzeba być,
Przestać w dojrzalszych latach śnić,
W czynach i w stylu się poprawić —
I piątej pieśni snując treść,
Dygresji brzydki zwyczaj znieść.
XLI
XLI
Freneza, brua kaj sammova,
Simila al la vivovent’,
Turniĝas valso ventoblova;
Turniĝas paroj per torent’.
De l’ venĝ’ minuton aspirante,
Onegin, en sekret’ ridante,
Aliras Olga-n. Kun rapid’
Li gvidas ŝin en ĉies vid’,
Sur seĝon poste ŝin sidigas,
Kun ŝi babilas vigle; plu
Tre baldaŭ, post minutoj du,
Kun ŝi li valson redaŭrigas;
Miregas ĉiuj. Lenskij mem
Ne kredas kun ekĵaluzem’.
Migają pary; walca tony
Miarowo-słodko brzmią i w rytm
Kłębi się walca wiatr szalony,
Jak wicher śród piaszczystych wydm…
Godziny zemsty słysząc bicie,
Oniegin się uśmiecha skrycie,
Podszedł do Olgi… Spełnia plan…
Na długo ją porywa w tan,
Potem na krześle usadowił,
Przemówił do niej kilka słów,
A po minutach paru znów
Z swoją tancerką walca wznowił;
Wszyscy zdziwieni krokiem tym…
Leński nie wierzy oczom swym.
XLII
XLII
Mazurko komenciĝis. Iam
Dum bruis la mazurka danc’,
Grandega hal’ skuiĝis tiam
Kaj krakis planko je distanc’,
Sonoris eĉ fenestroj skue;
Nun jam ne samas: glitas flue
Ni sur parget’ kun oportun’.
Sed en provinco eĉ ĝis nun
Konservis sian belon saman
Mazurko laŭ la veraspekt’:
Kalkanoj, saltoj kun efekt’
Restadas samaj: ilin tamen
Ne ŝanĝis modo, la tiran’,
De l’ novaj rusoj la malsan’.
Wtem mazur zagrzmi… Dawnym czasem
Bywało, kiedy mazur grzmi,
Posadzka trzeszczy pod obcasem,
W ogromnej sali wszystko drży
I z dźwiękiem szyb się trzęsą ramy.
Inaczej dziś. — I my, jak damy,
Przyjmujem cichy, śliski chód…
Lecz wieś i powiatowy gród
Mazura w pełnym wdzięku chowa;
Hołubce, podskok, ostróg brzęk,
Ogromny wąs, obcasów dźwięk —
Tam żyją jeszcze; moda nowa,
Choroba dnia, ten tyran nasz,
Nieprędko tam ukaże twarz.
XLIII
XLIII. XLIV
[Samkiel pelas vip’ maneĝa
Ĉevalojn laŭ streĉita kord’,
Fraŭlinojn en la rond’ sieĝa
Ekpelis viroj laŭ akord’.
De Petuŝkóv la hufoferoj
Kaj spronoj frapas senmodere;
Kaj de Bujánov la kalkan’
Krevigas plankon sen human’;
Klakado, tondro, brufrapado:
Des pli da bru’, ju pli da bat’;
Nun komenciĝis elmontrad’
De artifikoj en dancado.
Ah, pli facile: pli je ŝpar’
Piedojn de l’ sinjorinar’!]*
Bujánov, brava kuzo mia,
Kun Tanjo kaj kun Olga jen
Aliris al heroo nia:
Kun Olga iris tuj Eŭgen’;
Li ŝin kondukas delikate —
Kaj flustras, kliniĝinte flate,
Banalan madrigalon li,
Eĉ manon ŝian premas, — pli
Ruĝiĝas ŝiaj vangoj belaj.
Rigardas Lenskij kun ĵaluz’
Al la Eŭgena lerta ruz’;
Kun sentoj de l’ koler’ ribelaj
Atendis li ĝis fin’ de l’ son’
Ŝin voki por kotilion’.
Bujanow (brat mój) z Olgą Tanię
Prowadzi śród tanecznych zmian
Do Oniegina; ten powstanie,
Wybrał — i… z Olgą idzie w tan!
Niedbale sunie — jeszcze chwila:
Z czułością ku niej się pochyla —
I komplementem pieści słuch
I rączkę ściska… — Oli duch
Miłości własnej pełen: żywy
Rumieniec bije z pięknych lic…
Drgnął Leński — mimowolny widz,
Końca mazura niecierpliwy
Czeka… (Zazdrością oczy lśnią!)
Do kotyliona prosi ją…
XLV
XLV
Sed ŝi ne povas. Sed pro kio?
Jes, kial? Ĉar promeson ŝi
Jam al Onegin donis. Dio!
Ĉu ĝuste tion aŭdis li?
Cu eble? Nur infan’ apenaŭ,
Sed jam koketulino plena!
Jam ŝi ruzemas kaj laŭ sam’
Perfidi ŝi kapablas jam!
Ne povas Lenskij eltoleri;
Kun kor’ vundita kaj malben’
Li for eliras tuj kaj jen
Forrajdas. Par’ de revolveroj,
Du kugloj — kaj nenio pli —
La sorton solvos nun por li.
Ona «nie może»… Co? Nie może?
«Dała już słowo»… Komu? Jak?
«Onieginowi!»… Boże! Boże!
Czy wierzyć uszom?… A więc tak?!
Więc to możliwe!… Takie dziecko —
Kokietką! Igra już zdradziecko!
Już wieje chytrość z serca dna!
Wietrznica, sztukę zdrady zna!…
Leńskiego tłoczy straszna mara;
Klnie serca kobiet, pełne zdrad. —
Wyszedł… na konia spiesznie siadł…
I pędzi. Pistoletów para —
Dwie kule — jednej kuli cios —
Rozstrzygną wkrótce jego los!…
Ĉapitro sesa
Rozdział VI
La, sotto i giorni nubilosi e brevi,
Nasce una gente a cui l’ morir non dole.*
Petr.*
La, sotto i giorni nubilosi e brevi,
Nasce una gente a cui l’morir non dole.Petrarka
I
I
Vidinte, ke Vladimir iris
For el la hal’, Onegin nun
Enuon ree ekakiris,
Kontenta pri la venĝa pun’.
Kaj Olga ankaŭ eksopiris,
Al Lenskij iri ŝi deziris,
Kaj la kotilion’ sen fin’
Inkube tede premis ŝin.
Sed jen ĝi finis. Vespermanĝo.
Jam komenciĝis la prepar’
De la litaĵoj por gastar’
Tra l’ tuta domo. Dormaranĝo
Allogas ĉiujn. Pri vetur’
Al hejm’ Onegin riskis nur.
Oniegin po zniknięciu druha,
Syt zemsty, tuż przy Oldze siadł.
Nie mówi sam i jej nie słucha,
Znudzony, w zadumanie wpadł.
Ziewa z nim Olga i oczyma
Szuka Leńskiego… Zła, że nie ma
Końca kotylion. Taniec ten
Nuży ją tak, jak ciężki sen…
Nareszcie kres. Kolacją dano.
Ścielą się łóżka… Miejsca dość…
Od sieni do czeladnej gość
Znajdzie tu nocleg. Pozostaną
Wszyscy… Oniegin jeden (snadź
Sen w domu woli), wraca spać…
II
II
Paciĝis ĉio: en salono
La peza ronkas Pustjakóv
Kun sia peza vivduono;
Gvozdin, Bujánov, Petuŝkóv
Kaj Flánov ne en bona farto
Ekkuŝis sur seĝar’ kun arto,
Kaj en manĝej’ sur planka trab’
Monsieur Triqué en nokta ĉap’.
La fraŭlinar’ ĉe Tatiana
Kaj Olga dormas kun feliĉ’.
Kaj sole ĉe fenestra niĉ’
Sub la radio de Diana*
Ne dormas Tatiana nur,
Rigardas ŝi al nokt-obskur’.
I zeszedł spokój: już w bawialni
Chrapie Pustiaków; tenże błąd
Zdradza małżonka… A w jadalni
Na krzesłach równo legli w rząd
Pietuszkow, Gwoździn i Bujanow,
I niezupełnie zdrowy Flianow;
Tricke legł na podłodze tuż,
Szlafmycę, trykot włożył już…
W pokojach Olgi i Tatiany
Wszystkie panienki słodko śpią…
I tylko jedne oczy lśnią…
Tania w promieniach bladych Diany,
Siedzi przy oknie… W sercu żal…
A oczy w ciemną patrzą dal.
III
III
Per veno de Eŭgen’ subita,
Per lia karesem-esprim’
Kaj per kondut’ kun Olga glita
Ĝis profundeco de l’ anim’
Ŝi penetritas; ne komprenas
Ŝi lin eĉ iel; kaj ĉagrenas
Ŝin ĵaluzema kormalsan’.
Samkvazaŭ malvarmega man’
Ekpremas koron kaj teruras
De nigrabismo fundekstrem’.
«Mi falos», Tanjo diras mem:
«Sed la pere’ pro li plezuras.
Ne plendas mi: por kiu cel’?
Ne helpos al feliĉ’ akcel’».—
Jego wizyta niespodziana,
Nagła serdeczność jego ócz,
Potem przy Oli nowa zmiana —
Wszystko ją dziwi… Gdzie jest klucz
Do jego dziwactw? Nie rozumie…
Gubi się w różnych myśli tłumie…
Dręczy ją zazdrość, więcej żal…
Jakby dłoń zimna, niby stal,
Szarpała serce, jakby pod nią
Czerniała przepaść, ciągnąc w dół.
«Niech zginę — szepcze — on by czuł…
A nie — szemranie jest już zbrodnią!
Ginąć przez niego — szczęścia plon!
Innego — dać nie może on!»
IV
IV
Antaŭen, historio mia!
Novul’ atendas nin sur lim’.
Ĉe Krasnogórje idilia,
Bien’ de Lenskij, en proksim’
Nun loĝas, eĉ kun bonspirito,
Samkiel filozof-ermito,
Zaréckij, iam skandalant’,
Ĉeful’ de kartludista band’,
Drinkeja tribunul’ ekstrema,
Sed nun simplulo estas li
Kaj fraŭla patr’ de famili’,
Fidinda bienul’ pacema
Kaj eĉ honesta vir’ sen mok’:
Boniĝas tiel la epok’!
Pędź, mój romansie, naprzód! nuże!
Wnet nową postać wplączę weń.
Od wsi Leńskiego Krasnogórze
O pięć wiorst mieszkał — po dziś dzień
Słynny śród szlachty okolicznej —
W pustyni swej filozoficznej
Zarecki — niegdyś burda, żbik,
Krzykacz i wódz szulerskich klik,
Hultajów bóg, garkuchni mówca;
Dziś cichy rolnik, dobry pan,
Wyborny druh, z prostoty znan,
Kawaler — ojciec dzieci hufca,
Ba, nawet i uczciwy człek:
Tak to poprawia się nasz wiek.
V
V
De l’ mond’ flatema iam voĉo
Instigis lin al eg-aŭdac’:
Per la pistolo sen riproĉo
Li povis trafi al kart-as’
Je la kvinklafta longdistanco,
Sed en milita cirkonstanco
Li distingiĝis en ekstaz’
En unu foj’: al kot’ kun ŝmac’
Li de l’ ĉeval’ ebrie falis
Kaj tuj la francoj kaptis lin!
Moderna Regulus*, li sin
Al la katenoj mem installs
Por ĉiutage ĉe Verri*
Botelojn prunte trinki tri.
Niegdyś z pochwałą doń usłużną
Zbliżał się słodko nawet wróg…
W asa o sążni pięć nie próżno
On z pistoletu trafiać mógł!
W bitwie z odwagi raz zasłynął,
Gdyby się nie spił, byłby zginął;
Lecz z kałmuckiego konia spadł
Odważnie w błoto… Ani zbladł,
Kiedy go Francuz brał w niewolę…
Toż zakład był!… Honoru bóg,
Regulus nowy, gdyby mógł,
Przyjąłby znowu więźnia dolę,
Aby na kredyt u «Verie»
Co dzień butelki spijać trzy!
VI
VI
Li povis sprite polemiki,
Ŝajniĝi sen inteligent’,
Saĝulon lerte mistifki
Ĉu kaŝe, ĉu en evident’,
Eĉ kvankam liaj faroj multaj
Por li ne restis senrezultaj
Kaj iufoje en okaz’
Lin mem trafadis embaras’.
Li sciis iam gajsagaci,
Respondi kvazaŭ malsaĝul’,
Silenti iam kun kalkul’
Kaj iam kun kalkul’ malpaci,
Amikojn igi en koler’
Ekstari ĉe la barier’,
Niegdyś szyderstwem w ludzi godził,
Z głupców zabawnie umiał drwić,
I nawet mędrców za nos wodził,
Powagą żart potrafił kryć;
Wprawdzie za tę lub ową sztuczkę
Dostał niekiedy sam nauczkę;
Wprawdzie niekiedy miewał kram,
Gdy w własne sieci wpadał sam…
Lecz się wesoło spierać umiał
Odciąć się, czasem żarcik znieść;
Wcale rozważny, sam rozumiał,
Kiedy ma milczeć, kiedy pleść;
Skłócić przyjaciół — talent miał
I w pojedynek później pchał.
VII
VII
Aŭ ilin al la pac’ revoki
Por kuntagmanĝ’ en reciprok’,
Kaj poste ilin jam primoki
Per gaja ŝerco kaj mensog’.
Sed alia tempora*. Bravado
(Samkiel ankaŭ amrevado)
Forpasas kun la vigla jun’,
Kaj do Zaréckij mia nun,
Kaŝinte sin de l’ vivminacoj
Sub densa ombro de frangol’,
Saĝule vivas nun en sol’,
Brasikon plantas laŭ Horatius,
Anserojn bredas por negoc’,
Instruas bubojn pri aboc’.
Lub godził szybko spór zażarty,
Aby śniadanie w trójkę zjeść,
Po czym snuć skrycie kłamstwa, żarty,
Zgodzonym wieniec hańby spleść.
Sed alia tempora! Swawoli,
Jak i miłości, przejdzie kolej
Wraz z tchem wiosennym młodych burz…
Zarecki dziś, jak rzekłem już,
Pod cień kasztanów i akacyj
Od burz się ukrył, ciszy chce,
Dzieciom wskazuje A, B, C,
Kapustę sadzi jak Horacy,
O rozpłód gęsi bardzo dba…
Mędrzec — spokoju wartość zna.
VIII
VIII
Li estis tamen ne malsaĝa,
Kaj sen estim’ al lia kor’
Eŭgen’ lin ŝatis pro kuraĝa
De liaj rezonadoj mor’.
Li renkontadis lin kun ĝojo
Kaj ankaŭ en ĉi tiu fojo
Ne miris, kiam en maten’
Li lin ĉe si ekvidis jen.
Zaréckij rompis kun rideto
Komencajn vortojn de salut’
Kaj al Onegin sen diskut’
Leteron donis de l’ poeto.
Onegin ĉe fenestro ĝin
Tralegis mute ĝis la fin’.
Rozsądny był… Oniegin tedy,
Chociaż szacunku nie miał dlań,
Lubił pogadać z nim niekiedy
I cenił trzeźwość jego zdań;
Chętnie widywał go czasami.
Więc, gdy stukając obcasami,
Zarecki rankiem wstąpił doń,
Nie zdziwił się, wyciągnął dłoń…
Ten ledwo wita — mina sucha —
Szybko rozmowy przerwał tok —
I topiąc w nim złośliwy wzrok,
Podaje kartkę mu od druha.
Oniegin kartkę szybko wziął,
Podszedł do okna, czytać jął…
IX
IX
Ĝi estis nobla kaj tre ĉarma
Elvok’ mallonga aŭ kartel’:
L’ amikon kun ĝentil’ malvarma
Elvokis Lenskij al duel’.
Onegin per ekmov’ unua,
Turninte sin sen vorto plua,
Al la sendito de l’ poet’
Respondis: ĉiam en la pret’.
Zareckij do ekstaris inde;
Li resti ne deziris pli,
Klopodojn hejme havis li,
Kaj tuj eliris; sed restinte
En sol’, Eŭgeno sen kontent’
Sin mem riproĉis en prudent’.
Szlachetny, miły list, a krótki:
Wyzwanie; w liście Leński mój
Grzecznie, lecz chłodno, bez ogródki,
Zapraszał przyjaciela w bój.
Oniegin ledwie okiem rzucił,
Wnet ku posłowi się odwrócił
I, jakby słów się zbytnich strzegł,
Tylko: «Jam zawsze gotów» — rzekł.
Zarecki powstał… W progi rusza…
«Nie może zostać: zdarzył traf,
Że ma dziś w domu wiele spraw»…
Znikł bez wyjaśnień… Eugeniusza,
Kiedy pozostał z sobą sam,
Dręczył tej głupiej sceny kłam.
X
X
Kaj juste: lin jam ne amuzis
Sub sobra juĝo tiu dram’.
Li sin pri multo ekakuzis:
Unue li ne pravis jam,
Ke pri la milda jun-amsento
Li ŝercis tiom sen atento.
Kaj due, la dekokjarul’
Frenezi rajtas en korbrul’,
Ĝi pardoneblas. Sed Eŭgeno,
Ŝatante la junulon mem,
Ja devus sen ekscitiĝem’
Ne esti pilko je fadeno,
Ne esti bub’ kun luktfervor’,
Sed vir’ kun saĝo kaj honor’.
I słusznie dręczył: po rozbiorze,
Na wczorajszego zajścia tle,
Odnalazł własną winę może;
Czuł, że już w tym postąpił źle,
Iż z czułych serc w minionej dobie
Tak lekkomyślnie zadrwił sobie;
Po wtóre zaś: niech czuje wieszcz
Z powodu głupstwa gniewu dreszcz
I głupstwa robi… Bo to wolno
Ośmnastu latom… Ale on,
Gdy w sercu czuł przyjaźni ton,
Przesądów piłką być bezwolną
Nie wolen… Winien poryw zgnieść,
Jak mąż z honorem zgodę nieść.
XI
XI
Li povus al sincer’ instigi
Kaj ne hirtiĝi kvazaŭ best’;
Li devus tute senarmigi
La junan koron. «Sed en rest’
Jam tro malfruas; tempo pasis…
Cetere — pensas li — okazis,
Ke intervenis kun insist’
Klaĉema, sperta duelist’ …
Jes, certe: nur ignoron fian
Meritus lia ruza klaĉ’,
Sed flustroj, mokoj, babilaĉ’ …
Kaj jen do opini’ socia!*
Risorto de l’ honor’ kaj hont’!
Sur ĝi turniĝas do la mond’!
Mógł myślą krew swą uspokoić,
Miast się najeżyć jako zwierz;
I młode serce mógł rozbroić
Uczuciem własnym… «Licho bierz!
Za późno teraz… Zresztą drwinkarz
(Myśli Eugeniusz), pojedynkarz
Wsadził w tę sprawę swoje kły;
Gaduła stary, plotkarz zły…
Prawda, jest godna dlań zapłata —
Pogarda… Ale głupców cech —
Ich szept — spojrzenia drwiące — śmiech»…
I oto wam opinia świata!
Honor — nasz bożek i nasz kat!
To, na czym dziś się kręci świat!
XII
XII
Bolante je malam’ sen baro,
Atendas hejme la poet’;
Kaj jen venigis la najbaro
Respondon de l’ duela vet’.
La ĵaluzul’ sin sentas feste!
Li timis nur, ke lertageste
Ŝercigus ĉion la rival’
Per elpensaĵo laŭ formal’
Kaj bruston turnus for de l’ pafo.
Nun ĉiuj duboj estas for:
Jam morgaŭ ili en aŭror’
Ĉe muelej’ kun ĝusta trafo
Alvenu kaj al la tempi’
Ekcelu aŭ al la tibi’.
A Leński w domu, po swym liście,
Czeka, gorączki czując dreszcz…
Nareszcie sąsiad uroczyście
Przywiózł odpowiedź. Rad mój wieszcz…
Świąteczny dzień dla zazdrośnika!
On bał się figlów swawolnika,
Co mógł obrócić wszystko w żart,
I znaleźć pretekst (mimo hart
Swej duszy), by nie stanąć w walce…
Lecz wszystko dobrze! Pewny — czyn:
Jutro przed świtem, gdzie jest młyn,
Zjadą się obaj, zimno palce
Na cynglach złożą… ścisną broń
I mierzyć będą w druha skroń!
XIII
XIII
Malami la koketulinon
Decidis kaj revidi eĉ
Ne volis Lenskij ŝin obstine,
Horloĝon sekvis li kun streĉ’,
Sed svingis li per mano fine —
Kaj venis al la najbarinoj.
Konsterni Olga-n per vizit’
Li opiniis en subit’,
Sed estis vane: tute same
Renkonte al la junpoet’
Ŝi saltis de la peronet’,
Simile je l’ espero, flame,
Kun ĝoj’, kun pura konscienc’
Kaj kun neniu diferenc’.
Kokietkę pragnąc znienawidzieć,
Wzburzony Leński nie chciał już
Przed pojedynkiem Olgi widzieć;
Patrzył na blask wieczornych zórz,
Na zegar — ale… ot, wypadek! —
Znalazł się wkrótce u sąsiadek.
Myślał, że jego przyjazd w dom
Uderzy w Olę jako grom.
Gdzie tam! Jak dawniej z sieni skoczy
Witać go Olga… Tenże gest;
Tak samo jasna, świeża jest;
Tak samo przez wesołe oczy
Patrzy nadziei wietrznej wschód:
Słowem, jest taka, jak i wprzód!
XIV
XIV
«Hieraŭ kial vi foriĝis?»
Unue ŝi demandis lin.
En Lenskij sentoj tuj miksiĝis
Kaj mute li konsternis sin.
Foriĝis la ĵaluz’, kolero
Sub tiu ĉi rigard-sincero,
Sub tiu dolĉa simpl-esprim’,
Sub tiu vigla bon-anim’!..
Kaj li kun ravo rigardetas.
Li vidas: daŭras plu la am’;
Kaj kun sincera peto jam
Li la pardonon peti pretas,
Li serĉas vortojn en sufiĉ’,
Li preskaŭ sanas pro feliĉ’ …
«Czemu pan wczoraj znikł tak wcześnie?»
Pierwszym pytaniem brzmi jej głos,
Leńskiemu zda się, że jest we śnie,
Milcząc, na kwintę spuścił nos.
I gniew, i zazdrość znikły oto
Przed pieszczotliwą tą prostotą,
Przed jasnym blaskiem onych ócz.
I Leński myśli: «Tu się ucz,
Jak z oczu tych o sercu wnosić!
Kocha mnie jeszcze!»… Żal i wstyd,
I skruchę czuje… Gniewu syt,
Sam przebaczenia gotów prosić…
I drży… Nie może znaleźć słów…
Szczęśliwy jest i niemal zdrów.
XV. XVI. XVII
XV. XVI. XVII
[Jes, jes, — atakoj de l’ ĵaluzo
Ja estas samo kiel pest’,
Samkiel febro, splen-kontuzo,
Samkiel frenezeca est’.
Ĝi flamas kiel tif’ akuta,
Ĝi ardas en delir-konduto
Kun sonĝ-inkuboj, kun vizi’.
Amikoj miaj, gardu di’!
Teruras tiu ĉi torturo
Pli ol eĉ iu gilotin’.
Se iu eltoleris ĝin,
Nu, tiu ĉi eĉ kun plezuro
En fajron irus en trankvil’
Aŭ metus kapon sub hakil’.
Mi per riproĉo ne deziris
Trankvilon tuŝi de la tomb’;
Ŝi mortis, kiun mi admiris
En mia juna viv’ sen tromp’,
Al ŝi mi dankas pro la sperto
Terura kaj pro l’ amkonverto.
Ŝi kiel al naivinfan’
Al la anim’ per dolĉa man’
Instruis pri l’ amara temo;
Flamigis sangon ŝi en kor’,
Ŝi ĝin agitis por ammor’
Kaj por kruela ĵaluzemo;
Sed pasis tiu peza tag’;
Do dormu mia vund-imag’!]*
Kaj ree ema por sopiri,
Kun Olga apud sia brak’,
Vladimir ne kapablas diri
Eĉ vorton pri l’ pasinta tag’;
Li pensas: «Mi savanto estu.
Malhelpu mi, ke malhonestu
La kripligant’ de l’ juna kor’
Per sia flat’ kaj tent-labor’;
Ke vermo aĉa kaj venena
Penetru al la bellili’
Kaj velku ĝia junfoli’
Post viv’ apenaŭ dumatena».
Signifis tio laŭ logik’:
Duelu mi kun la amik’.
I patrzy, patrzy w obraz miły…
Lecz znów na czoło pada cień;
Posmutniał… Biedak nie ma siły
Przypomnieć jej wczorajszy dzień;
I myśli: «Będę zbawcą Oli,
Nie ścierpię, aby ze złej woli
Rozpustnik jad w nią pochlebstw wlał
I młode serce skusić miał;
By na łodydze lilii hożej,
Tocząc ją, usiadł podły czerw,
By kwiat dwóch ranków uwiądł wpierw,
Zanim listeczki swe roztworzy».
A skryty sens tych dumań był:
Stanowczo będę z nim się bił!
XVIII
XVIII
Se scius li pri l’ vund’ malsana
Ĉe Tatiana en la kor’!
Se ankaŭ scius Tatiana,
Se povus ŝi en ĝusta hor’
Ekscii, ke sur mort-areno
Konkuros Lenskij kaj Eŭgeno;
Ha, eble tiam ŝia am’
L’ amikojn rekunigus jam!
Sed pri ĉi tiu amo tute
Neniu sciis laŭ natur’.
Onegin ja silentis nur;
Suferis Tatiana mute;
Scipovus nur la vartistin’,
Se sagacec’ pli dotus ŝin.
O, gdyby wiedział, jaka strzała
W płonącym sercu Tani tkwi!
Gdyby Tatiana to wiedziała,
Że jutro przed grobowe drzwi
Eugeniusz z Leńskim pójdą razem
By o nie toczyć spór żelazem:
Może jej miłość — kilka słów
Złączyłyby przyjaciół znów!
Lecz nikt nie umiał należycie
Wyczytać żaru z bladych lic;
Oniegin o tym nie rzekł nic,
Tatiana usychała skrycie;
Niania — ta wiedzieć mogła, lecz
Zgadywać — ba, to nie jej rzecz.
XIX
XIX
Dum la vespero Lenskij restis
Distrita, jen kun gaj’, jen mut’;
Sed kiu muzlulita estis,
Samspecas ties ĉi kondut’:
Sidiĝis li ĉe klavikordojn
Kaj prenis samajn nur akordojn,
Rigardis Olga-n kun esper’
Kaj flustris: ĉu feliĉ’, en ver’?
Malfrue; venas tempo iri.
Dolorpremiĝis lia kor’;
De Olga disiĝante for,
Li sentis sian koron ŝiri.
Kun miro lin rigardas ŝi:
«Vi sanas?» — Jes.— Kaj iris li.
Przez cały wieczór roztargniony
Leński to wesół był, to milkł;
Lecz kto przez Muzę jest pieszczony,
Ten zawsze taki; to jak wilk
Spojrzał — i siadł przy klawikordzie
I akord bierze po akordzie;
To w Olę oczy wlepi znów
I szepcze: «Jam szczęśliwy, mów!».
Lecz późno; jechać pora. Serce
Ból ścisnął. — Kiedy żegna ją,
Wszystkie mu struny w duszy drżą
I sam ze sobą jest w rozterce;
Więc cień na licach Oli legł…
«Co tobie?» — «Nic!» — I z schodów zbiegł.
XX
XX
Pistolojn, ĵus li hejmen venis,
Esploris li kun certa cel’;
Senvestiĝinte, li elprenis
De Schiller libron ĉe kandel’;
Sed lin ĉirkaŭas unu penso;
La kor’ ne dormas en intenso:
En brila belo je vizi’
Li vidas Olga-n antaŭ si.
Vladimir fermas for la libron
Kaj prenas plumon; lia vers’
Sonore fluas en dispers’
Pri amabsurd’. Lirikan vibron
Sentante, laŭtdeklamas li,
Samkiel Delvig* en ebri’.
Przyjechał do dom; pistolety
Zbadał, w szkatułce zamknął znów;
Legł i drogiego tom poety
Otwiera; czar Schillera słów
Nie działa jednak… Myśl ucieka,
Nie drzemie serce, krwią ocieka;
Nad jego łożem dzierży straż
Urocza wizja: Oli twarz…
Więc książkę zamknął, pióro chwyta;
Przy świecy pisze… Cisza w krąg…
Pełne miłosnych bredni, mąk,
Leją się dźwięki… W głos je czyta
Pełen liryzmu, ognia, sił,
Jak Delwig, gdy pijany był.
XXI
XXI
Рэклама