301
Eŭgeno Onegin / Eugeniusz Oniegin — на эсперанта і польскай мовах. Старонка 4

Эсперанта-польская кніга-білінгва

Aleksandr Sergejeviĉ Puŝkin

Eŭgeno Onegin

Aleksandr Siergiejewicz Puszkin

Eugeniusz Oniegin

Komence pro subit-ekvido
Silentis ili, sed en fin’
Onegin diris: «Skribis vi do,
Ne neŭ. Mi tralegis ĝin,
Konfeson de l’ anim’ sincera,
Elmontron de la amo vera.
Min ĉarmis via korkonfes’;
Ĝi vigle vekis en impres’
Jam longe ekdormintan senton;
Sed vin ne volas laŭdi mi;
Kaj same pagos mi al vi;
Akceptu ankaŭ mian penton;
Konfesos mi al vi sen art’:
Do juĝu min laŭ bonrigard’.

Milczeli kilka chwil oboje…
On pierwszy podszedł i rzekł tak:
«Pisałaś do mnie: pismo — twoje!
O, nie przecz, pani! Słów mi brak,
Aby wyrazić, jak wyznanie,
Niewinnej duszy zaufanie,
Jak twoja szczerość wzrusza mnie!
O młodych lat wspomniałem śnie,
Wspomniałem dawnych marzeń roje…
Od chwalb tych płonie twoja twarz? —
Więc dość!… Za szczerość oto masz
Wyznanie szczere, jako twoje.
Przyjmij spowiedź. Pojmiesz stąd…
A zresztą sama wyrzecz sąd!

XIII

XIII

«Se mi per sola hejma rondo
Limigi vivon volus nur,
Se volus la destin’ de l’ mondo
Min fari edzo kun plezur’;
Se iom bildo familia
Konvenus nur al plaĉo mia:
Tutcerte ja krom sola vi
Ne serĉus fianĉinon mi.
Sen falsa bril’ de madrigalo
Al vi mi diras kun sincer’:
Nur vin elektus mi en ver’
Laŭ mia juna idealo,
Kaj kun ĉi tiu bela trov’
Feliĉa estus mi… laŭ pov’!

Gdybym chciał wejść w hymenu sieci,
W domowym ciasnym kole żyć,
Gdyby mi mężem, ojcem dzieci
Przyjemny los nakazał być,
Gdybym na moment choć jedyny
Zatęsknił sercem do rodziny,
Nie szukałbym, by spełnić sny,
Innej dziewicy, niźli ty!
Bez madrygałów mówiąc wstrętnych:
Gdyby ten cel mi wskazał Bóg,
Ciebie bym jedną obrać mógł
Na towarzyszkę dni mych smętnych,
Przed tobą bym kolano zgiął
I szczęścia — ile można — wziął.

XIV

XIV

«Sed por feliĉo ne kreitas
Animo mia laŭ natur’;
Kaj ankaŭ tute ne meritas
Mi je perfekta via pur’.
Min kredu (konscienc’ atestus),
Edziĝo nur sufero estus.
Eĉ malgraŭ se mi amus vin,
Ne plu mi amos jam en fin’;
Se vi ekploros, viaj ploroj
Min ne kortuŝos per sincer’,
Sed nur instigos al koler’.
Do mem konstatu, kiaj floroj
De Himeneo* je bedaŭr’
Atendas nin por longa daŭr’!

Nie dla mnie szczęście jest… niestety!
Los sobie zrobił ze mnie żart!
Daremne wszystkie twe zalety,
Nie jestem ich zupełnie wart.
Wierz mi (sumienie me poręką),
Małżeństwo będzie dla nas męką;
I choćbym twój uwielbił czar,
Przyzwyczajenie — zniszczy żar.
Ty zaczniesz płakać… Niewymowna —
Dla mego serca burza łez,
Tylko mi nerwy skąsa bies!
Więc sądź, Hymena dłoń czarowna,
Jaki nam w życie wplecie kwiat?
Może na długi szereg lat!

XV

XV

«Ĉu estas io pli malplaĉa,
Ol famili’, en kies mez’
Edzin’ pro sia edzo aĉa
Sopiras sole kun korpez’;
Dum tiu, sen afabla vorto
(Kaj malkontente pri la sorto),
Konscias pri l’ edzinvalor’,
Sed estas en kolerhumor’.
Simila estas mi! Ĉu tian
Vi serĉis viron por anim’,
Dum kun tioma simpl-intim’
Vi skribis korleteron vian?
Ĉu do vivloton tian ĉi
Difinis la destin’ al vi?

Cóż gorsze jest niż ta rodzina,
Gdzie biedna żona, sama wciąż,
W dzień i wieczorem przypomina,
Jak się odmienił nędzny mąż;
Gdzie z nudy on, jej wartość znając
(A los wszelako przeklinając)
Zimno zazdrosny, chmurny wciąż,
Milczący, gniewny… Piękny mąż!
Jam taki! Tego żeś szukała,
Gdyś z takim żarem młodych snów,
Prostotą cudny liścik ów
Z takim rozumem napisała?
Czyliż surowy życia głos
Tobie przeznaczył taki los?

XVI

XVI

«La viv’ ne estas returnata;
Ne aliiĝos mi en nov’.
Mi amas vin per amo frata
Kaj eble kun pli forta pov’.
Vi min konsentu sen obstino:
Ankoraŭ ŝanĝos junulino
Facilajn revojn en kapet’,
Foliojn same junarbet’
Printempe ŝanĝas ĉiufoje.
Difinis tion la natur’.
Vi ree amos; tamen nur…
Vi lernu regi vin heroe;
Ne ĉiu agus kiel mi;
Pro malspertec’ domaĝus vi».

Sny nie wracają, ani lata,
Nie kwitnie dwakroć duszy kwiat.
Ja kocham cię miłością brata,
A może czulej niźli brat.
Wysłuchaj mnie bez gniewu, proszę:
Nieraz na nowych snów rozkosze
Zamieni dziewczę stare sny,
Tak żółty liść na drzewie drży,
Lecz wiosna nowy niesie w dani…
Tak Bóg urządził każdą rzecz!
Pokochasz po raz wtóry, lecz…
Naucz się rządzić sobą, Pani.
Nie każdy ciebie pojmie tak!
Zważ, doświadczenia gubi brak!».

XVII

XVII

Predikis tiel ĉi Eŭgeno.
De larmoj retenante sin,
Sen kontraŭdir’, kun spir’ apenaŭ
Aŭskultis Tatiana lin.
Prezentis manon li. Humile
(Laŭ la esprim’: maŝinsimile)
Ŝi sin apogis en silent’,
Klininte kapon je konsent’;
Ekiris hejmen ili pare
Kaj kune restis ĝis alven’,
Kaj tio estis laŭ konven’:
Morlibereco en kamparo
Posedas rajtojn de kondut’
Samkiel Moskvo sen diskut’.

Eugeniusz prawił tak kazanie.
Rumieniec znikł z Tatiany lic;
Nie dyszy, przeczyć nie jest w stanie,
Słucha — przez łzy nie widzi nic.
Podał jej rękę… Smutkiem tchnąca,
Automatycznie, wciąż milcząca,
Tatiana bierze jego dłoń
Pochyla na bok bladą skroń…
Przez ogród cieniem otulony
Przyszła do domu razem z nim.
Nikt za złe tego nie wziął im:
Swoboda wsi ma miłe strony;
Korzysta wieś też z swoich praw,
Jak Moskwa, pyszna jako paw.

XVIII

XVIII

Konsentas vi, legant’, verŝajne,
Ke en honesta manier’
Onegin tenis sin kun Tanjo.
Ne en unua foj’ laŭ ver’
Li montris sian noblanimon,
Eĉ malgraŭ ke al li estimon
Pro ĝi ne donis la soci’:
Ĉu malamikoj, ĉu laŭ sci’
Amikoj (jen analogio)
Lin kalumniis sen bontakt’.
La malamikoj estas fakt’,
Sed de l’ amikoj savu dio!
Ha ve, amikoj tiuj, jes!
Mi citis ilin sen forges’.

Chyba mi przyzna tu czytelnik:
Z miłą zacnością prostych dusz
Postąpił sobie mój pustelnik
Ze smutną Tanią. Nieraz już
Jednako sprawił się szlachetnie,
Chociaż go świat obgadał szpetnie,
Złośliwej żyłce płacąc dług…
Jego przyjaciel, jak i wróg
(Ach, to na jedno wyjdzie może)
Sławił go różnie — tak i siak.
Komuż na świecie wrogów brak?…
Lecz od przyjaciół strzeż nas Boże!
Oj, przyjaciele!… Kilka słów
Chcę im poświęcić. — Muzo, mów!

XIX

XIX

Ĉu kial? Simple. Endormigas
Malplenajn, nigrajn revojn mi.
Mi nur enkrampe atentigas,
Ke ne ekzistas kalumni’
Naskita de mensogulaĉo
Kun plenaprob’ de l’ monda klaĉo,
Nek plej malsaĝa falsa fam’,
Nek krud-insulta epigram’ —
Ne ripetitaj kelkcentoble
De via kora amiket’
En plej bonmora societ’
Sen malbonvol’ kaj kvazaŭ noble.
Cetere li kun bon-intenc’
Per am’ vin amas… de l’ parenc’!

Nie spiszę tego, co się marzy…
W nawiasach stwierdzę pewną rzecz:
Że nie ma podłej dość potwarzy,
Z tych, co je łgarz uprawia precz,
Płodzi na strychu gdzieś namiętnie,
A świecka czerń je szerzy chętnie,
Bzdurstw takich, które tworzy złość,
Epigramatów brudnych dość,
Aby się druh wam nie przysłużył,
Bez złości krzty, bez planów złych,
Z uśmiechem stokroć — żeby ich
Porządnym ludziom nie powtórzył!
A zresztą… wstąpi za Cię w bój,
Kocha Cię tak, jak… krewniak twój!

XX

XX

Hm, hm! Do ĉu bonfarte spiras,
Leganto, via parencar’?
Permesu: eble vi deziras
De mi ekscii en plenklar’,
Parencoj kiel sin atestas?
Parencoj jenaspecaj estas:
Ni devas ilin kun kares’
Respekti, ami sen forges’
Kaj dum Kristnaska fest-tagaro
Gratuli laŭ kutima rit’
Per poŝt’ aŭ per personvizit’,
Por plue dum la tuta jaro
Ne pensu ili jam pri vi…
Do longe ilin gardu di’!

Hm! hm! Szlachetny czytelniku!
Jakże tam krewni? Zdrowiż są?
Zapewne krewnych masz bez liku?…
Chcesz o nich znać opinię mą?
Mogę Ci krewnych odmalować:
Trzeba ich kochać i szanować;
Na obyczaje mając wzgląd,
Wizytę złożyć podczas Świąt;
Albo też zamiast tego kroku,
Kiedy Wigilii przyjdzie czas,
Życzenia pocztą posłać raz,
Aby w ich myślach resztę roku
Nie został po was ani ślad…
Więc niechaj żyją do stu lat!…

XXI

XXI

Pli al la am’ de l’ belulinoj
Ol de l’parenc’ aŭ de l’ amik’
Mi fidas: en diverskombinoj
Vi ĝin posedas kun efik’.
Jes, certe. Sed la modplezuro,
Sed arbitreco de l’ naturo,
Sed opinio de la mond’ …
Kaj la belsekso estas ond’.
Nun devas esti senŝancela
Respekto de l’ edzin’ kun dec’
Al opini’ de sia edz’;
Sed via edzinet’ fidela
Subite enamiĝas jam:
Satano ŝercas per la am’.

Nie wierz krwi związkom i przyjaźni.
W miłości masz pewniejszą broń,
Gdy burza życia cię rozdrażni,
Miłość ci jeszcze poda dłoń…
Zapewne tak… Lecz zmiany mody,
Kobiecej duszy niepogody,
Opinii świata bystry ruch…
Płeć piękna — lekka jest jak puch…
Ba! I mężowskich zdań powaga
Dla żony, co ma mnóstwo cnót,
Musi być święta… Rzadki cud,
Gdy zbiór tych wpływów nie przemaga.
Tak ginie wierność serca dam…
Miłością igra szatan sam!

XXII

XXII

Do kiun ami? Kiun kredi?
Kaj kiu ne perfidus nin?
Kaj kiu ne kapablas tedi,
Plenaprobante nin ĝis fin’?
De kiu ni nur zorgon scias
Kaj kiu nin ne kalumnias?
Por kiu nia eĉ malbon’
Ne estas kaŭzo por opon’?
Serĉanto de fantom’ en vanto,
Ne perdu penojn en serĉem’
Kaj amu sole do vin mem,
Ŝatata mia vi leganto!
Objekto inda: kredas mi,
Nenio komplezemas pli.

Więc kogo kochać? Komu wierzyć?
Kto nie zgotuje nigdy zdrad?
Kto naszym łokciem będzie mierzyć
Z usłużną miną — cały świat?
Kto o nas fałszu nie powtórzy?
Kto da przytułek podczas burzy?
Kto się nie zlęknie naszych plam?
Kto się nie znudzi nigdy nam?
O ty, co widma szukasz mylnie,
Porzuć wysiłków próżnych rój
I, czytelniku luby mój,
Samego siebie kochaj silnie,
Boć tylko w sobie — dobrze zważ —
Taki uprzejmy przedmiot masz!

XXIII

XXIII

Do kio sekvis post ĉi tio?
Ve, tre facilas por diven’!
De l’ am’ turmenta emocio
En la junkoro kun ĉagren’
Ne ĉesis je frenezo vana;
He, malfeliĉa Tatiana
Eĉ pliflamiĝis je pasi’;
Ne trovas dormon ŝi al si;
Saneco, flor’ de l’ viv’ radia,
Rideto, ĉasta korkviet’
Foriĝis kvazaŭ soneret’
Kaj velkas Tanjo juna nia:
Simile nubo kovras for
La fruan lumon de l’ aŭror’.

Lecz cóż spotkania było skutkiem?
Nie trudno zgadnąć… Jasna rzecz:
Z duszy, co rada żyje smutkiem,
Miłość i ból nie poszły precz.
Jeszcze ją mocniej szał pochłania;
Goreje biedna moja Tania!
Odbiega sen, a za nim w ślad
Uśmiech i zdrowie, życia kwiat,
Dziewiczy spokój — wszystko pierzcha…
Snów miłych rozkosz, marzeń wdzięk —
Wszystko przepada jako dźwięk…
I Tani młody dzień się zmierzcha.
Tak samo mroczy burzy cień
Na wschodnim niebie jasny dzień.

XXIV

XXIV

Ve, velkas Tatiana mute;
Ŝi plipaliĝas en silent’!
Neniu intereso tute
Agitas ŝin eĉ por moment’.
La kapojn grave balancante,
Najbaroj flustras jam konstante:
Ŝin urĝas edzinigi jam!
Sufiĉas tamen. Por ornam’
Al la imago nun necesas
De la feliĉa amo bild’.
Sed sendezire min kun mild’
Bedaŭro en la kor’ impresas;
Pardonu: amas mi kun ve’
Ja mian Tatiana-n tre!

Tatiana więdnie, gaśnie, blednie,
Niby zwarzony mrozem kwiat…
Obcym jej życie jest powszednie,
Zda się jej obcym cały świat.
Ten i ów sąsiad głową kiwa,
Niejeden szeptem się odzywa:
«Jej za mąż pora!… dawno czas!»
Lecz o tym dość… Toć muszę was
Piórem mym trochę rozweselić;
Obraz miłości szczęsnej dać!
Wiem… mimo woli z wami snadź
Chciałem mą wielką troskę dzielić.
Wybaczcie mi ten miary brak:
Moją Tatianę kocham tak!

XXV

XXV

Ravate pli kaj pli per ĉarmoj
De l’ juna Olga — belulin’,
Vladimir per la kor’ plej varme
Al ŝi fordonis plene sin.
Jen ili sidas kun amumo
En ŝia ĉambro en mallumo;
Jen man-en-mane en ĝarden’
Promenas ili en maten’;
Kaj kion do? Pro am’ — ebria,
En ĝeno de subtila prud’,
Li nur kuraĝas al eklud’
Per malvolvita buklo ŝia
Aŭ al ekkis’ de ŝia vest’,
Nur laŭ permeso kun modest’.

Z każdą godziną więcej wzrusza
Leńskiego młodej Olgi wdzięk,
W niewoli słodkiej jego dusza
Chciwie jej głosu chwyta dźwięk.
Wiecznie ich razem napotkacie.
Po ciemku siedzą w jej komnacie;
Gdy ranną rosą błyszczy kwiat,
Pod rękę razem idą w sad.
I cóż?… Miłością upojony,
Leński uczuwa rzewny wstyd;
Już w tym śmiałości widzi szczyt,
Gdy jej uśmiechem zachęcony,
Ustami dotknie skraju szat
Lub w lok rozwity wplecie kwiat.

XXVI

XXVI

Al Olga li kelkfoje legas
La paĝojn de moralroman’.
En kiu la aŭtor’ pli regas
Naturon, ol Chateaubriand*;
Sed intertempe du-tri paĝojn
(Malsprit-absurdajn elpensaĵojn,
Danĝerajn por fraŭlina kor’)
Li ruĝa preterlasas for.
Izoliĝinte malproksime,
Jen ili super ŝak-tabul’
Penseme sidas en angul’.
Kaj Lenskij prenas plej sentime,
Estante en distrita stat’,
La propran turon per soldat’.

To romans czyta jej moralny
Głosem przejętym, pełnym zmian;
Naturę autor idealny
Skreślił tam tak, jak Chateaubriand.
A jednak po dwie, po trzy strony,
Przepuszcza on — zarumieniony,
Wietrząc w nich pustej bredni siew,
Groźny dla serca młodych dziew.
Albo przy szachach, gdzieś w altanie,
Siedzą… schylone głowy w dół,
Łokcie oparte są o stół…
I Leński, wpadłszy w zadumanie,
Wyciąga roztargnioną dłoń:
Własną królową bije koń!

XXVII

XXVII

Se hejmen venas li, eĉ tie
Pri Olga okupiĝas li
Kaj pentras sur albumfolioj
Ornamojn belajn pli kaj pli:
Kampar-vidaĵojn pentras li do,
Tomb-urnon, templon de Ciprido*,
Jen kolombeton sur la lir’
Per plum’ kaj farboj por admlr’,
Jen sur memoroskribaj paĝoj
Post la alies skribparaf’
Li metas verson de amrav’,
Restaĵon mutan de revaĵoj,
Postsignon de momenta pens’
Dum jaroj saman en intens’.

Do domu jedzie; jego myśli
I tam zajmuje Ola znów:
Coś w jej albumie pilnie kreśli,
Zdobi go czarem swoich słów.
Rysuje wiejskie w nim pejzaże,
Z lekka farbami potem maże;
Pomnik, Cyprydy grecki chram,
Lirę z gołąbkiem skreśli tam.
Do cudzych wspomnień słówko wtrąca;
Na kartce, gdzie się wpisał ktoś,
Czułym swym rymem doda coś;
Pamiątka młodych snów milcząca,
Dum błyskawicznych lekki ślad —
Nie straci wdzięku z biegiem lat.

XXVIII

XXVIII

Tre ofte vidis vi sendube
Albumon de provinc-fraŭlin’,
Trastrekis kiun supre-sube
Jam ĉiuj de komenc’ ĝis fin’.
Ĉi tie, malgraŭ gramatiko,
Versaĵoj sen regulmetriko
Atestas pri la amikec’ —
Plilongigite aŭ en pec’.
Sur paĝ’ unua jeno staras:
Qu’écrirez-vous sur ces tablettes*;
Subskribo: t. à v. Annette;
Kaj sur la lasta vi komparas:
«Se iu vin amegas pli,
Pli sube provu skribi li».

Powiedzcie: album wiejskiej panny
Czy kiedy braliście do rąk?
Przez koleżanki zapisany
Z początku, z końca, z boku, w krąg!
Zwyczajem częstym tu się trafi
Wiersz, co jest drwiną z ortografii;
Tam zbytek sylab, tu znów brak —
Zły rytm — przyjaźni wiernej znak!
Na pierwszej kartce napis witasz:
«Qu’ecrirez vous sur ces tablettes?»
I podpis: «t. à v. Annette».
A na ostatniej zwykle czytasz:
«Kto bardziej kocha Cię niż ja,
Dalej ode mnie pisać ma!»

XXIX

XXIX

Vi tie tute nepre trovos
Du korojn, torĉon kun buked’;
Vi tie ĵurojn legi povos
Pri amo ĝis la tomba bed’;
Kaj jen pikanta versaĵeto
De iu armean’— poeto.
Al tia ĉi album’ kun ĝoj’
Mi skribas mem en iu foj’,
Estante certa en kompreno,
Ke ĉiu mia diligent’
Ne restos vana sen atent’,
Kaj ne okazos ekzameno
Pri la produkt’ de mia kre’,
Ĉu estas sprite aŭ ne tre.

Znajdziecie kwiatek tu niebieski,
Dwa serca z kluczem, ognia słup
I słowa: «Do grobowej deski
Trwa miłość moja» — rzewny ślub!
Tu retor z armii wojowniczej
Wlepił z pewnością wiersz zbrodniczy…
W albumie tym — rzec prawdę mam? —
Ja gotów jestem pisać sam.
Bowiem spokojny, mam na względzie,
Że każda brednia moja w mig
Zasłuży mi na wdzięczny dyg,
Że później nikt z niej drwić nie będzie,
Pod lupę każde słówko brać,
Ważyć, czym nie mógł zręczniej łgać!

XXX

XXX

Sed disigitaj vi, volumoj
El libroj de diabla gent’,
La plej belegaj luksalbumoj,
De l’ moda rimular’ turment’,
Vi, ornamitaj per magia
Peniko de Tolstoj* genia
Aŭ per de Baratinskij plum’,
Vi brulu for en tondr’, en fum’!
In-quarto sian kiam donas
Al mi brilpompa sinjorin’,
Koler’ kun trem’ ekkaptas min,
Kaj epigramo tuj eksonas
En korprofundo, sed je mal’
Ŝi petas ja pri madrigal’.

Lecz wy, tortury rymopisów —
Albumy, szyte z świetnych kart,
Wy, które z biblioteki bisów
Chyba na świat wyrzuca czart!
Sam Baratyński rymem słodkim
I cudotwórczym pędzlem wiotkim
Tołstoj ozdabiać musiał was —
Niechże was piorun spali raz!
Gdy swój in quarto modna dama
Da mi z uśmiechem, spojrzeć dość,
Bym uczuł w piersi dreszcz i złość:
Drży w głębi serca epigrama,
Ledwie nie wyda gniewu twarz,
A madrygały pisać masz!

XXXI

XXXI

Ne madrigalojn Lenskij liras
Por sia Olga en album’;
Kaj ne malvarman amon spiras
Brilante sprite lia plum’;
Li ĉion, kion nur rimarkas
Pri Olga, tion tuj li markas:
Kaj fluas plenaj de la ver’
La elegioj per river’.
Simile vi, Jazikov* mia,
Laŭ la inspir’ de via kor’
Vi kantas iun kun fervor’ —
Kaj en la ar’ da elegioj
Fiksiĝos iam ajn al vi
De via sorto histori’.

Nie madrygały Leński pisze,
Lepszego album Olgi wart…
Miłością pióro jego dysze,
Nie błyśnie spodeń zimny żart:
Coś dojrzy, słyszy coś o Oli,
Notuje zaraz prawdzie gwoli.
Na kształt szumiących rzeki fal,
W elegiach płynie słodki żal…
Jak on, Jazykow mój natchniony,
Gdy jego serce ogniem tchnie,
Opiewa — kogo? Pan Bóg wie —
A tom, z elegii upleciony,
Wsłuchanym w ich czarowny głos
Opowie z czasem jego los.

XXXII

XXXII

Silente! Streĉu aŭdon vian!
Jen kritikisto kun sever’
Ordonas kronon elegian
Mizeran ĵeti al la ter’
Kaj krias: «Ĉesu do lamenti,
Kaj ĉiam samon kvak-prezenti,
Bedaŭri pri pasint’ sen pov’:
Sufiĉas, kantu pri la nov’!»
— Vi pravas, kaj al ni vi donos
Trumpeton, maskon kun ponard’,
Kaj kapitalon de l’ pens-art’
Renaskl ĉiel vi ordonos:
Ĉu jes? — Sed aŭdas ni en klar’:
«Vi odojn verku, poetar’,

Lecz ciszej!… Słyszysz ostry przytyk?
Elegii skromny wianek rwać
W strzępy — surowy każe krytyk,
Na rymotwórców woła brać:
«Hola, przestańcie wreszcie płakać,
Wciąż jedno w srogim żalu kwakać,
I o „minionym” duby pleść,
Dosyć!… Odnajdźcie nową treść!» —
«Masz słuszność! Pewnie nam pokażesz
Maski, kindżały z dawnych lat,
I odnowiwszy stary grat,
Myśl „nową” wskrzesić nam rozkażesz?
Czy tak, mój druhu?» — «Ale, ba!
Panowie, ody pisać trza!

XXXIII

XXXIII

«Laŭ modo de l’ potenc-epoko,
Laŭ la malnova manier’ …»
— Nur sole odojn ĝis sufoko!
Ne gravas; ĉu ne sam-afer’?
Memoru pri la satiriko!
Ĉu de la fremda kap’ liriko
Al vi pli plaĉas en kompar’
Ol nia larma rimular’? —
«Mizeras ja la elegio;
Malplena estas ĝia cel’;
Sed por la odo la akcel’
Tre noblas…» Mi kun ironio
Disputus, sed ne puŝu mi
Jarcentojn du al kolizi’.

Według poważnej starej mody,
Gdy żył potężny przodków ród…» —
«Co? Uroczyste same ody!
Czy się nie zlękniesz czasem ód?
Zważ, ody tworzył i satyryk!
Cudzego zdania chytry liryk
Mali dla ciebie większy wdzięk
Niż rymotwórców naszych jęk?» —
«Lecz treść elegii tchnie pustotą,
Jej cel jest marny! Ody pisz,
Bo oda wzniośle dąży wzwyż,
Szlachetny cel ma»… Mógłbym o to
Spór wzniecić, ale spokój dam;
Po co dwa wieki kłócić mam?

XXXIV

XXXIV

Ŝatante gloron, libermodon,
En ondoj de pensar’ sen fin’,
Vladimir verkus eĉ la odon,
Sed Olga ja ne legus ĝin.
Ĉu iam legis la poetoj
Al siaj koramatinetoj
Verkaĵojn siajn? Laŭ la fam’
Pli alta mankas dank’ por am’.
Kaj vere, feliĉega estas
L’ amanto, deklamante jen
Al la objekto de l’ ĉagren’
Revaĵojn de l’ pasi’ modesta.
Feliĉas li… dum eble mem
Ŝi pensas pri alia tem’.

Wielbiciel sławy i swobody,
Z myślą burzliwych pełną nut,
Włodzimierz byłby pisał ody,
Lecz Olga nie czytała ód.
Wieszczu! Czyś czytał swej uroczej
Elegię tkliwą, patrząc w oczy?
Wyższej nagrody nie zna wieszcz!
Tak mi mówiono… Szczęścia dreszcz
Wstrząsa skromnego wielbiciela,
Gdy Ona — słodki przedmiot ów
Miłości, rymów, westchnień, snów —
Uwagi swojej mu udziela!
Szczęsny… Choć ona — wierzcie mi —
Nie o tym myśli, albo śpi!

XXXV

XXXV

Sed mi de l’ revo harmonia
La fruktojn legas iam nur
Al vartistin’ maljuna mia;
Jen estas mia solplezur’.
Kaj ankaŭ post tagmanĝ’ enua
Anstataŭ regalaĵo plua
Okazan gaston iam mi
Sufokas for per tragedi’;
Aŭ (nun jam ŝerci mi ne celas)
Premate de angor’ kaj rim’,
Ĉe lag’ vagante en proksim’,
Sovaĝ-anasojn mi dispelas.
Aŭdinte kanton de l’ versord’,
Forflugas ili de la bord’.

Lecz ja, co Muzom złożę w dani
Owoce natchnień, marzeń kwiat,
Czytam jedynie starej niani,
Druhowi moich młodych lat.
Lub gdy znudzony, po obiedzie,
Przypadkiem sąsiad do mnie zjedzie,
Rwę go za połę za ten błąd,
Duszę tragedią, cisnąc w kąt;
Lub (tu żartować nie wypada),
Słuchając smętnej Muzy praw,
Kieruję kroki ponad staw,
Wystraszam dzikich kaczek stada:
Spędza je z brzegu nagły lęk,
Gdy słyszą słodkich strof mych dźwięk!

XXXVI. XXXVII

XXXVI. XXXVII

[Mi ĉie ilin peli penas…
Ĉasist’ celinta ĵus en van’
La poezion ekmalbenas,
Zorgante pri streĉita ĉan’.
Ja ĉiu ŝatas propran ĉason
Kaj por aliaj embarason:
Jen iu pafas el pafil’,
Jen iu versas sen trankvil’,
Jen iu muŝojn klak-bategas,
Jen iu ĝuas kun ekscit’,
Jen iu ĝojas pri milit’,
Jen iu reve mondon regas,
Jen iu drinkas ĝis ekdron’:
Kaj bon’ miksiĝas kun malbon’.]*

Sed kion do Onegin? Fratoj,
Mi petas vin pri pacienc’:
Li kiel estas okupata,
Priskribos mi en plena senc’.
Li vivis laŭ ermita moro;
Vekiĝis je la sepa horo
Kaj sin direktis en somer’
Al bord’ apuda de river’;
Imite al Leandro naĝis
Li trans ĉi tiu Helespont’*,
Plu kafon trinkis kun volont’,
Ĵurnalon iom interpaĝis
Kaj vestis sin… [Sed lia vest’
Tre stranga estis sen kontest’.

Surhavis li ĉemizon rusan
Kun larĝa silka tukozon’,
Tatar-kitelon vastkonusan,
Ĉapelon larĝan laŭ fason’
Tegmentaspekta. Vesto tia
Senmoraleca, senracia
Ĉagrenis tre laŭ ebla pov’
Al sinjorin’ el urbo Pskov
Nomata Durina kaj ankaŭ
Kun ŝi Mizinĉikov sinjor’.—
Eŭgeno tamen kun ignor’
Kutimojn siajn ĉiuflankajn
Ne ŝanĝis laŭ ilia plaĉ’, —
Pro tio lin ĉirkaŭis klaĉ’.]*

A cóż Oniegin?… — zapytacie,
Widząc, że Pegaz na bok mknie…
Jeśli cierpliwym będziesz, bracie,
Opiszę, jak przepędza dnie…
Żył jak pustelnik… Zerwał z światem;
O siódmej rano wstawał latem,
Wychodził na czczo… Wieś tę znam:
Pod górą rzeczka płynie tam…
Piewcę Gulnary naśladował,
Przepływał wpław Hellespont ów;
Potem do domu wracał znów,
Pił kawę, dziennik zły wertował,
Ubierał się. . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

XXXVIII. XXXIX

XXXVIII. XXXIX

Promen’, banad’, ombrum’ betula,
Legado, dormo — paradiz’,
De blankulino nigr-okula
En iu fojo freŝa kis’,
Ĉevalo bridon obeanta,
Tagmanĝo iom eleganta,
Silent’, izol’ laŭ korinklin’:
Jen vivo de Onegin sankta,
Kaj li ekĝuis ĝin sen sent’,
En la senzorga vivkontent’
La tagojn eĉ ne kalkulante
Kaj forgesinte urbon for
Kun fest-enu’ de ties mor’.

Przechadzki, książki, sen głęboki,
Strumyka szept, cienisty gaj,
Czasem dziewicy czarnookiej
Świeżutki całus (w to mi graj!),
Koń bystry, a wędzidłu korny.
Obiad zaprawdę dość wytworny,
Białego wina puchar i —
Samotność, luba cisza wsi:
Ot, cały żywot Oniegina!
Nieznacznie z ciszą tą się zżył,
Nie liczył dni, pogodny był…
W spokoju miłym zapomina
Przyjaciół, bale, newski gród
I nudę, co go gryzła wprzód.

XL

XL

Sed nia nord-somero estas
Karikatur’ je vintr’ en sud’,
Ĝi flugas: tio fama restas,
Eĉ se ni neus kun disput’.
Jam la ĉiel’ aŭtunon spiris,
La suno jam pli pale brilis,
Pli mallongiĝis taga daŭr’,
De la arbaro foliar’
Nudiĝis kun malgaj-susuro,
Sur kampoj kuŝis griz-nebul’,
Kun kri’ ansera triangul’
Al sudo flugis: la naturo
Regata estis de l’ aŭtun’;
Novembro komenciĝis nun.

Ale północne nasze lato,
Karykatura włoskich zim,
Mignie i znikło… Zgoda na to?…
Więc czemuż kryć się z sądem tym?
Już czuć w powietrzu tchy jesienne,
I słonko świeci mniej promienne,
I coraz krótszy dzienny czas
Cienisty, tajemniczy las
Z posępnym szmerem głąb obnaża;
Na pole pada mgła, śród chmur
Krzykliwych gęsi leci sznur
Het, na południe… I zagraża
Nuda, jesieni wierny stróż…
Listopad stał na progu już.

XLI

XLI

En griznebulo venas tago;
Rikolto finis en kampar’;
Al voj’ eliras por rab-ago
Malsata lupo jam sen bar’;
Sentante ĝin, ĉevalo time
Ekronkas — kaj de malproksime
La vojaĝant’ rapidas for;
Paŝtisto je maten-aŭror’
Ne pelas brutojn jam el stalo,
Kaj je tagmez’ al unu lok’
Ne sonas lia korna vok’
En idilia pastoralo;
Kantante en kaban’, fraŭlin’*
Kum keno* sidas nun dum ŝpin’.

Świt blady w mgłę się wdziera chłodną;
Na łąkach hałas pracy zmilkł
I wraz z wilczycą swoją głodną
Na drogę z lasu dąży wilk;
I już go poczuł koń podróżny,
Rozdyma chrapy; pan ostróżny,
Pędzi co tchu na górski szczyt!
Już pastuch, gdy nadejdzie świt,
Z chlewu wyganiać krów nie będzie,
Ani w południe jego róg
Nie zwoła ich na zakręt dróg;
W izbie, śpiewając, dziewa przędzie.
Przed nią zimowych nocy druh,
Łuczywo barwi kłębka ruch.

XLII

XLII

Kaj jam la frost’ en furiozo
Arĝentas inter kampa vast’ …
(Legant’ atendas rimon rozo;
Do li ĝin prenu sen prokrast’!)
Pli pure ol komfort-pargeto
Glacie brilas rivereto.
Per glit’ ĝojbando da bubar’
Glacion tranĉas kun krak-knar’*;
Por naĝo viransero peza
Per ruĝpiedoj venas jen,
Ekpaŝas sur glacieben’
Kaj glite falas; gajfreneza
Ekflirtas neĝo en aer’
Kaj stele falas al la ter’.

Lecz mróz już trzeszczy… Śnieżne burze
Pokryły srebrem całą wieś…
(Czytelnik czeka rymu: «róże»;
No, więc go żywo sobie weź!).
Jako posadzka woskowana —
Czyściej — lśni rzeka w lód odziana.
Krzykliwych chłopców drobny lud
Łyżwami zręcznie kraje lód.
Na kraśnych łapkach gąsior dąży,
Ot, chce po łonie płynąć wód,
Ostrożnie zsuwa się na lód,
Ślizga się, pada… Patrz, jak krąży
Wesołych śnieżnych płatków rój,
W mig tracąc kształt gwiaździsty swój.

XLIII

XLIII

En tia tempo fari kion?
Promeni? Tamen la kampar’
Ne povas veki simpation
Per sia nuda ordinar’.
Ĉu rajdi en la step’ severa?
Sed la ĉeval’, per hufo fera
Kroĉinte je glacia split’,
Ja povas fali en subit’,
Do oni sidu sub tegmento
Kaj legu Pradt* aŭ Walter Scott*.
Se ne, do zorgu pri speznot’,
Aŭ sidu, drinku; en silento
Vesper’ do pasos, morgaŭ — sam’,
Kaj tiel vintro pasos jam.

Co począć w głuszy w takim czasie?
Na spacer iść? Ach, stygnie krew,
Gdy przykry widok oczy pasie
Nagością monotonną drzew.
W surowym stepie jechać konno?
Z biedą się spotkasz nieuchronną:
Groźna podkowie śliska błoń,
Jeszcze ci nogę złamie koń!
Pod dach się kryj więc od zamieci!
Czytaj: ot, Pradt, ot, Walter Scott!
Nie chcesz? Rachunki sprawdzaj, ot!
Gniewaj się, pij — i wieczór zleci…
Nazajutrz wstąp na tenże szlak…
Pysznie ci zima zejdzie tak.

XLIV

XLIV

Samkiel Child-Harold, Onegin
Maldiligentis laŭ konsci’:
Post dorm’ rapidis li sin flegi
Per ban’ en kuvo kun glaci’,
Kaj poste hejme plenmedite
Li sola, per baston’ armite,
Du pilkojn ludas sur bilard’
Dum tuta tago kun hazard’.
Vespero fine sin altrenas:
Bilardo forgesitas jen,
Nun tablo pretas ĉe kamen’,
Eŭgen’ atendas: Lenskij venas
En triĉevala veturil’;
Do tuj tagmanĝon dum babil’!

Jako Childe Harold nieustannie
Oniegin duma… Próżniak zeń!
Rankiem w lodowej siędzie wannie,
A potem w domu cały dzień
W obrachowaniach pogrążony
I tępym kijem uzbrojony
W dwie kule na bilardzie gra…
Od rana ta zabawa trwa…
Nadchodzi wieczór… Wtedy z dłoni
Wypuszcza kij. (Ba, głód już czuł!)
Już przy kominku gotów stół…
Eugeniusz czeka… Trójką koni
Nadjeżdża Leński… «Otóż masz
Głodnego! Obiad podać każ!»

XLV

XLV

Jen de Clicquot aŭ de Moëtte*
Benita vin’ kun ĝua cel’
Sur tablo antaŭ la poeto
Metita estas en botel’.
Ĝi brilas kiel Hipokreno*;
Per sia ŝaŭmo kaj sereno
(Per tio kaj per tio ĉi)
Ĝi ĉiam ravis min: por ĝi
Mi ofte lastan lepton* pagis,
Ĉu vi memoras, amikar’?
Pro ĝia sorĉa flua klar’
Stultaĵojn multajn ni imagis,
Kaj kiom da diskutoj kaj
Poemoj, ŝercoj, sonĝoj, gaj’!

Za stołem siada mój poeta,
A słowo już zmienione w czyn:
Wdowy Cliquot, albo Moëta
Błogosławiony niosą płyn;
W zmarzniętej pieni się butelce…
Niegdyś i moją duszę wielce
Nęciło grą swą wino to:
Koledzy! Wszakże za Cliquot
Puszczałem ongi resztki monet;
Pomnicie: z tych czarownych strug
Powstawał miłych bredni huk,
Mnóstwo i żartów i canzonet.
Niespodziewanie świetnych słów,
Zajadłych sporów, słodkich snów!

XLVI

XLVI

Sed tamen ĝi stomakon mian
Perfidas per la ŝaŭm’ kun bru’,
Kaj tial mi Bordeaux* racian
Pli multe jam preferas plu.
Mi al Aï jam ne kapablas;
Ĝi kvazaŭ amatin’ afablas
Brilanta, pika kiel spic’
Kaj senenhava kun kapric’ …
Sed vi, Bordeaux, similas male
Je plej fidela kamarad’,
En malfeliĉ’, en vea stat’
Servanta ĉiam plej lojale.
Plej longe tial vivu do,
Amiko nia, vi, Bordeaux!

Lecz dzisiaj zdradzasz mój żołądek
Swą gwarną pianą, o, Cliquot!
Zmieniając dawny uczt porządek,
Rozsądne wolę dziś bordeaux.
Ai mi szkodzi nawet szklanka…
Ai — druhowie! — to kochanka,
Błyszcząca, wietrzna, zmiennych cech:
Kapryśna, w pusty wpada śmiech!
Lecz ty, bordeaux, ty jesteś druhem
I towarzyszem w każdy czas,
Co w smutku zwykł pocieszać nas.
Wspomagać w położeniu kruchem,
Miłą gawędą pieścić słuch…
Niech żyje nam bordeaux, nasz druh!

XLVII

XLVII

Fajr’ estingiĝis; cindro blua
Tremetas sur la karba or’;
Per nevidebla strio flua
Leviĝas supren la vapor’,
Kamen’ varmecon dolĉan spiras.
El pipoj fum’ al tub’ sin tiras.
Pokalo ŝaŭmas sur la tabl’.
Vesper’ ekregas kun afabl’ …
(Mi emas en amika grupo
Al la amika vinpokal’
En temp’ nomata laŭ skandal’
La tempo inter hund’ kaj lupo;
Pro kio, strangas por kompren’).
L’ amikoj nun parolas jen:

Przygasa ogień… Popiół biały
Powleka złoty węgla blask;
Ciepło przepełnia pokój cały,
W kominku ustał iskier trzask…
Wzlatują z fajek dymu wstęgi,
Wokół butelek tworzą kręgi…
I spuszcza się wieczorny zmrok…
(Ach, przy kieliszku gawęd tok,
Łgarstw przyjacielskich miła chwilka,
Zwłaszcza o zmierzchu urok ma,
Gdy ta niepewna pora trwa,
«Pora pomiędzy psa i wilka»;
Ten termin — mój obraża słuch).
Lecz słuchaj mych przyjaciół dwóch:

XLVIII

XLVIII

«Nu, kiel fartas Olga via?
Kaj Tatiana? Diru vi!»
— Pli verŝu al pokalo mia…
Sufiĉas do… La famili’
Bonfartas, sendas ĝi saluton.
Ah, kiom Olga floras tuta
Nuntempe, kia bela bust’!
Animo kia!.. Laŭ la just’
Vi devas ilin nun viziti;
Vi juĝu mem: dufoje nur
Vi estis kaj kun malplezur’
Vi kvazaŭ penas jam eviti.
Sed… preskaŭ mi forgesis min:
Al fest’ invitas ili vin.—

«A cóż sąsiadki? Co Tatiana?
I co się dzieje z Olgą twą?» —
«Dolej mi wina… Dzisiaj z rana
Byłem tam. Wszyscy zdrowi są.
Panny pokłonić się kazały…
Jak plecy Oli wyładniały!
Co to za dusza! Kiedyś bądź
Zajedziem do nich. Proszę, sądź:
Dwa razy tylko tam zajrzałeś —
Gościnnie cię przyjęto tam,
A ty — czy słusznie, rozważ sam —
Już nosa im nie pokazałeś…
Ależ… to osioł ze mnie!… Wszak
Proszony jesteś!» — «Ja?» — «A tak!

XLIX

XLIX

«Ĉu min?» — Jes, estos en sabato
Nomtag’ de Tatiana. Vin
Inviti estis mi petata
De Olga kaj de la patrin’.—
«Sed tie estos embaraso
Pro plej diversa homamaso…» —
— Ho, ne, neniu, certas mi!
Nur estos propra famili’.
Do venu kaj komplezon faru.
Nu, kion? — «Bone.» — Dankon do!
Kaj li toastis tuje pro
La najbarino senkompara
Kaj poste rebabilis jam
Pri Olga: estas ja la am’!

W sobotę Tani imieniny,
Ola i matka proszą cię;
Odmówić nie ma wszak przyczyny…
Pojedziesz, prawda?» — «Zlituj się!
Tam kupa gości, wiem to z góry,
A przy tym moc hałastry, której…» —
«Nikt, tylko swoi, dobrze wiem!
Zaręczyć mogę słowem swem.
Pojedziesz, proszę!» — «Zgoda!» — «Dzięki!
Jaki ty dobry!» — Mówiąc to,
Do góry kielich wzniósł z Cliquot,
Wychylił go za Olgi wdzięki
I o nich jął rozprawiać znów.
Ba, miłość nie zna innych słów!

L

L

Li ĝojis. Estis difinita
Post du semajnoj jam la tag’.
Sekreto de l’ geedza lito
Kaj dolĉa kron’ de l’ ama pag’
Atendis liajn jam ekstazojn.
De Himene’* malĝoj-okazojn
Kaj vicon de l ’osceda pun’
Neniam sonĝis li ĝis nun,
Dum ni konstatas plej ĉagrene
En familia vivo nur
Lacigajn bildojn sen plezur’
Laŭ teda stil’ de Lafontaine*
Ho, Lenskij, estis en naiv’
Naskita li por tia viv’.

Był wesół… Toć za dwa tygodnie
Szczęśliwy termin wypaść miał…
Czekał na żar, co nie ochłodnie,
Na szczęście, na zachwytów szał,
Na małżeńskiego łoża tajnię…
Nigdy nie sądził, że zwyczajnie
Hymen przynosi troski nam,
Żal, poziewanie, chłód i kram…
Gdy domowego życia scena
Wrogom Hymenu wróży swąd
Albo obrazków nudnych rząd,
Romans w rodzaju Lafontaine’a,
Mój biedny Leński o niej śnił:
Dla tego życia zrodzon był!

LI

LI

Amata estis li… almenaŭ
Li kredis tion en feliĉ’.
Feliĉas, kiu kredas plene,
Venkinte menson en sufiĉ’,
En dolĉ’ ripozas emocia,
Samkiel vagabond’ ebria
Aŭ kiel papili’ en kor’
De la printempa bela flor’;
Sed ja mizeras, kiu vidas
Antaŭon kun plej sobra nuk’
Kaj ĉiujn vortojn en traduk’
Malamas, fias kaj malfidas,
Kaj kies kor’ pro vivospert’
Malvarmas sen konscioperd’!

On był kochany… albo sądził,
Że jest kochany… Szczęścia dość!
Szczęśliwy, kto się wiarą rządził,
Kto zdusił chłodną myśli złość,
Nie wstrzymał słodkich marzeń w biegu,
Jako podróżny na noclegu
Spojony, w śnie nie słyszał burz,
Lub motyl ssący nektar z róż…
Lecz biada temu, co przewidzi
Już z góry wszystko, zimny jest,
Kto każde słowo, każdy gest,
Za treść wewnętrzną nienawidzi,
Śród mroźnych życia zastygł burz:
Zapomnieć się nie zdoła już!

Ĉapitro kvina

Rozdział V

Ho, ne sciu pri inkub’
Vi, Svetlana mia!

Ĵukovskij*.

O, Świetlano moja,
Bogdajbyś nie znała
Onych strasznych snów.

Żukowski

I

I

Aŭtuna daŭris la vetero
Tro longe dum ĉi tiu jar’;
Necesis jam de l’ vintr’ apero,
Sed neĝis nur en januar’
La trian nokte. Vekis frue
Sin Tatiana kaj korĝue
Ekvidis ŝi subite jam
Tra vitr’ en prujna belornam’
La korton sub blankec-tavolo,
Barilojn, arbojn en arĝent’,
La viglajn pigojn sur tegment’
Kaj montojn kun tapiŝo mola,
Sternita kun brilec’ sen mank’, —
Kaj ĉio helis en la blank’.

Jesień w tym roku długo trwała,
Jak gdyby czasu zwolniał bieg…
Natura zimy wyglądała;
Dopiero w styczniu upadł śnieg,
Trzeciego w nocy… Już z posłania,
Ocknąwszy się, spostrzega Tania
Przez okno — pobielały dwór,
Parkan z przeciwka, dachów sznur,
Gałęzie sosen srebrem kryte,
Na szybach w kształcie haftu szron,
Na śniegu gwarne roje wron,
Miękkim kobiercem opowite
Błyszczące grzbiety bliskich wzgórz…
Dokoła wszystko w bieli już!

II

II

Jam vintro!.. Kamparan’ veturas
En glita ĉar’ kun granda ĝoj’,
Sentante neĝon, iel kuras
Ĉevalo lia sur la voj’;
Fosante sulkojn en lanugo,
Trakuras droŝk’ en preskaŭ flugo;
Kuĉero* sidas kun impon’
En pelto kaj en ruĝa zon’.
Jen bub’ en korto ludas; sidas
Hundet’ en lia glitĉaret’;
Ĉevalon li imitas, sed
Jam fingron li frostigis; ridas
Li kun dolor’, kaj la patrin’
Avertas tra fenestro lin.

Zima!… Włościanin, tryumfując,
Saniami pierwszy znaczy ślad;
Kobyłka, śnieg pod stopą czując,
Kłusem przebiega mimo chat;
Pryskając wokół śnieżnym puchem,
Kibitka śmiga żwawym ruchem;
Stangret na kozioł żywo wlazł,
Lśni na kożuchu kraśny pas…
Patrz, na folwarku biega malec,
W saneczki z drzewa wsadził psa,
Sam przy nich konia dzielnie gra;
Swawolnik już odmroził palec.
Choć ból doskwiera, mknie co tchu,
A matka z okna grozi mu…

III

III

Sed eble bildoj tiaspecaj
Al vi ne plaĉas, ho, legant’:
Ja ili estas sennoblecaj;
En ili mankas elegant’.
Benita per inspir’ facile,
Unuan neĝon luksastile
Kim ĉiuj ĝojoj en komplet’
Alia pentris ja poet’*.].
Li certe logus vin, mi diras,
Pentrante flame en versar’
Sekret-promenojn en glitĉar’;
Sed mi konkuri ne deziras
Almenaŭ dume lin, nek vin,
Poeto de l’ Finnlandanin’*.]!

Lecz… wy wolicie temat inny,
Nie tych obrazów prostych rząd;
To wszystko jest natury gminnej,
Niewiele wdzięku bije stąd.
Już inny wieszcz, Apollinową
Obdarzon łaską, cudną mową
Wam odmalował pierwszy śnieg,
Wszystko o cudach zimy rzekł…
Przejażdżki w saniach tajemnicze
Umiał w ognisty zamknąć rym
I pewnie was czarował nim…
Z nim walczyć — sobie dziś nie życzę,
Ani wymieniać z tobą strzał,
Śpiewaku Edy z fińskich skał!

IV

IV

La rusan vintron Tatiana
(Rusin’ estante en anim’,
Eĉ sen kompren’ laŭ mor’ infana)
Profunde amis super lim’.
Ŝi prujnon ŝatis kaj trankvilon
Dum frosta tag’ kaj rozobrilon
De l’ neĝoj en aŭrora klar’,
Kaj la vesperojn de l’ novjar’.
Malnova tradici’ solenis
En la bieno: pri la sort’
Servistinar’ de l’ tuta kort’
Por la fraŭlinoj sorĉdivenis
Kun ĉiujara antaŭdir’
Je la fianĉo-oficir’.

Tania — że ruską duszę miała —
Rosyjskiej zimy chłodny wdzięk
Całą swą duszą ukochała…
(Wyjaśnić, za co — byłby sęk!)
Kochała sanek polot śliski,
W zorzy różowe śniegu błyski,
Sosny na mrozie skrzący wierzch,
Wieczorów grudnia długi zmierzch.
Dom cały święcił zwyczaj miły:
W zmroku służebnych huczał głos;
Wróżyć panienkom przyszły los
Z kuchni, z folwarków się schodziły:
Przepowiadały im co rok
Wojskowych mężów bliski krok!

V

V

Kaj kredis Tatiana artojn
De la popola superstiĉ’
Kaj strangajn sonĝojn, kaj ludkartojn,
Kaj lunsorĉadon pri feliĉ’.
La signoj ŝin malkvietigis;
Objektoj ĉiuj ŝin instigis
Pri io pensi kun mister’,
Ŝi antaŭsentis en sincer’.
Se kato sur la forno sidis
Kaj murmurante lavis sin:
Do tio estis certa sign’
Pri ven’ de gastoj. Se ŝi vidis
La duonlunon en ĉiel’
De ŝi maldekstre sen ’akcel’, —

Tania w prostocie słucha służby,
Wierzy w znaczenie wieszczych słów,
W kabałę z kart, w księżyca wróżby,
W przesądy, w głos proroczych snów.
I różne złe ją trwożą znaki;
Wypadek, przedmiot lada jaki
Ma dla niej tajemniczy wiew;
Przeczucie w żyłach ścina krew.
Kot z zalotnością na kominie,
Miaucząc, łapkami mordkę mył:
To dla niej znak niemylny był,
Że goście jadą. Wtem wypłynie
Dwurogiej Luny młoda twarz
Na lewym niebie — otóż masz:

VI

VI

Ŝi tremis, paliĝante plie.
Se stel’ falanta kun rapid’
Sur la ĉlelo flugis strie
Kaj diseriĝis, — dum la vid’
Tuj Tanjo kun ekscita koro,
Dum flugis tiu stel’ ankoraŭ,
Pri sia flustris kordezir’.
Se ekrenkontis ŝi dum ir’
Monaĥon nigran eksubite,
Aŭ se lepor’ en iu foj’
Trakuris antaŭ ŝi sur voj’,
Ŝi konsterniĝis kaj hezite
Kun antaŭsento kaj ĉagren’
Atendis malfeliĉon jen.

Tatiana zbladła i zadrżała!
A kiedy, złoty kreśląc szlak,
Przez ciemne niebo przeleciała
Gwiazdka, spadając — na ten znak,
Tatiana spieszy szepnąć właśnie,
Dopóki gwiazdka nie zagaśnie,
Życzenie serca… Znaków złych
Ustrzec się chce: gdy czarny mnich
Przeszedł jej drogę albo zając
Mignął przed okiem pośród pól,
Uczuwa w sercu strach i ból,
Na miejscu stoi, już dumając,
Jaki ją rychło spotka cios,
Jaki ją czeka smutny los…

VII

VII

Sed iun ĉarmon kun admiro
Ŝi ĝuis eĉ en la terur’:
Kun la inklin’ al kontraŭdiro
Nin kreis tiel la natur’.
Novjaro venis. Ĝoj’ sen baro!
Divenas sorton knabinaro,
Por kiu sen bedaŭra tim’
De l’ tuta vivo malproksim’
Antaŭas hele kaj serene;
Divenas eĉ grizulinar’
Ĉe tomb’ en okulvitra par’,
Perdinte ĉion senrevene;
Sed tutegale: la esper’
Allogas ilin per malver’.

Cóż? Tajny urok grozy siła
Posiada… Tanię nęci strach…
Natura tak nas utworzyła,
Z sprzeczności wznosząc życia gmach!…
Nastały Świątki. Toż uciecha!
Młodość wróżenia nie zaniecha,
Choć nie zna, wietrzna, co to żal,
Choć przed jej okiem życia dal
Ciągnie się jasna… Z nią ochotnie
Przez okulary wróży też
Starość, grobowych bliska leż,
Straciwszy wszystko niepowrotnie!
Nadzieja wszędzie bierze prym;
Bełkotem dziecka kłamie im!

VIII

VIII

Rigardas Tanjo scivolame
Dronigon de fandita vaks’;
Misteran ion strangorname
Al ŝi rakontas ĝia mas’*;
El plad’ per akvo plenigita
Prenatas ringoj intermite;
Kaj ringon ŝi el tiu kvant’
Ricevas dum sekvanta kant’:
«La riĉaj kamparanoj oron
Al si ŝovelas tie ĉi;
Por kiu nun ekkantas ni,
Ricevos tiu bonon, gloron!»
De l’ kant’ malgajas melodi’;
Katin fraŭlinojn logas pli*.

Ciekawym okiem Tania bada,
Jak mieni się, topniejąc, wosk;
Przedziwny jego kształt powiada,
Czy czekać uciech, czyli trosk.
W naczynie z wodą kładzie rączki,
Szuka pod pieśni takt obrączki,
Wyjęła swoją… Biedna drży,
Bo właśnie motyw stary brzmi:
«A tam to chłopy są bogate,
A złota, srebra mają w bród…
Komu śpiewamy, temu cud
Przyniesie szczęście!»… Przecie stratę
Wróży ten motyw… Sercu dziew
O kotku z kotką milszy śpiew.

IX

IX

La nokto frostas; klare bluas
La firmamento; en konkord’
Stelaro en silento fluas…
Jen Tatiana al la kort’
Eliras en facilkostumo;
Spegulon kontraŭ la lunlumo
Ŝi tenas, sed en tiu nun
Nur tremas la malgaja lun’ …
Jen… neĝ’ ekkrakas… ies iro;
Al la iranto la fraŭlin’
Rapidas kaj ŝalmvoĉe lin
Demandas: «Vian nomon diru!»*
Rigardas li kaj je l’ propon’
Respondas jene: Agaton’.

Noc mroźna… Niebo jasne, czyste…
Gwiazdy, odwieczny pełniąc lot,
Płyną poważne, uroczyste.
Tania wybiega na dwór… Ot!
Lusterkiem w drżącej ręce błyśnie;
Pierś wpół odkrytą drugą ciśnie,
Patrzy w lusterko… W lustrze masz
Tylko miesiąca smutną twarz!
Pst!… Śnieg zaskrzypiał… Ba, wędrowiec!
Na palcach dziewczę biegnie wnet
I pyta głosem, co jak flet
Rozbrzmiewa słodki: «Proszę, powiedz,
Jak twoje imię?». Na to on
Spojrzy i mruknie: «A-ga-fon!».

X

X

Ĉar volis Tanjo sorĉon fari
Laŭ manier’ efika plej,
Ordonis tablon ŝi prepari
Por du personoj en banej’;
Sed jen ektimis Tatiana…
Kaj — pro ekpenso pri Svetlana*
Ektimis ankaŭ mi… sen pov’
Kun Tanjo sorĉi laŭ malnov’.
Do senvestiĝis Tatiana
Kaj sin kuŝigis en la lit’.
Supere ŝvebas Lel-spirit’*
Kaj sub kusen’ lanugolana
Ripozas ŝia spegulet’.
Nun Tanjo dormas en kviet’.

Tatiana, według rady niani,
Nocą chce wróżb rozplątać nić;
Przeto cichaczem każe w bani
Na dwie osoby stolik kryć.
Lecz straszno robi się Tatianie…
Ja sam — ach, na myśl o Świetlanie,
Drżę również!… Strachu działa moc…
Nie będziem z Tanią wróżyć w noc!
Jedwabny pasek Tania zdjęła,
Już się w posłania rzuca biel.
Nad piękną główką krąży Lel.
A pod poduszkę, nim usnęła,
Włożyła lustro z drżeniem rąk…
Śpi Tania… Cisza legła w krąg.

XI

XI

Kaj sonĝon Tatiana miras.
Ŝi sonĝas, kvazaŭ ŝi en sol’
Sur vasta neĝa kampo iras,
Kovrita per mallum-tavol’;
Jen antaŭ ŝi en neĝamasoj
Bruŝaŭmas per la ondomasoj
Bolanta kaj de vintra vent’
Ne kunforĝita flutorent’;
Du stangoj per glaci’ gluitaj,
Tremanta, pereiga pont’
Jen kuŝas trans la flua ond’:
Kaj antaŭ tiu vojo glita
Kun dub’ pri ĝia taŭga uz’
Ŝi kvazaŭ haltis en konfuz’.

I dziwny sen się śni Tatianie…
Zdaje się jej, że idzie w dal,
Idzie po śnieżnej wciąż polanie…
Wokoło mgła, a w sercu żal…
Patrz! W rowie przed nią się przewala
Potoku ciemnosiwa fala;
Nieskuty zimą wartki bieg,
Szumiąc, unosi z brzegów śnieg…
Dwie żerdzie, lodem słabo zbite,
Tworzą przez potok zgubny most…
Tania ku niemu dąży wprost,
Lecz zatrzymała oczy wryte:
Iść nie śmie… drży pod stopą żerdź…
A z głębin, zda się, patrzy śmierć…

XII

XII

Рэклама