201
Eŭgeno Onegin / Eugeniusz Oniegin — на эсперанта і польскай мовах. Старонка 3

Эсперанта-польская кніга-білінгва

Aleksandr Sergejeviĉ Puŝkin

Eŭgeno Onegin

Aleksandr Siergiejewicz Puszkin

Eugeniusz Oniegin

Kaj ĝi ektuŝos ies koron;
Kaj konservota de la sort’
Ne dronos eble en vaporon
La nun de mi kreata vort’;
Kaj eble (kia flatespero!)
Simplul’ estonta kun fiero
Al mia montros bildportret’
Kaj diros: estis la Poet’!
Akceptu dankojn do pasiajn,
De Aonidoj* amator’,
Vi, kies firma bonmemor’
Konservos flugajn verkojn miajn
Kaj kiu taŭzos laŭ stimul’
La laŭrojn de la maljunul’!

I może rym mój kogoś wzruszy
Łacniej niż dźwięk bojowych trąb
I głosu strof mych nie zagłuszy
Chłonąca wszystko Lety głąb!
Próżność mnie wabi na swe szlaki!
Marzę, że kiedyś nieuk jaki,
Widząc mój portret, w sercu dreszcz
Uczuwszy, rzeknie: «To był wieszcz!».
O, przyjmij słowo dziękczynienia
Ty, wielbicielu cichych Muz,
Który odwalisz czasu gruz,
Dobędziesz rym mój z zapomnienia,
Swoją życzliwą wzniesiesz dłoń,
Pogładzisz w laurach starca skroń!

Ĉapitro tria

Rozdział III

Elle était fille, elle était amoureŭse.
Malfilâtre*.

Elle était fille, elle était amoureuse.Malfilâtre

I

I

«Ĉu vi foriras jam al ie?»
— Eŭgen’, adiaŭ, iras mi.—
«Mi ne haltigas vin, sed kie
En la vesperoj estas vi?»
— En famili’ de Larin.— «Bele.
Sed kiel povas vi senсele
Perdadi tie tempon for?»
— Mi povas.— «Kia stranga mor’!
Mi antaŭvidas, kio estas:
Unue — ĉu ja pravas mi? —
Tre simpla rusa famili’,
Ĝi tre gastamas kaj honestas,
Dolĉaĵ’ el beroj kaj babil’
Pri pluvo, lino, brutazil’ …»

«Dokąd? Ot, gadaj do poety!» —
«Żegnaj, Oniegin; na mnie czas». —
«Nie trzymam cię, lecz powiedz, gdzie ty
Wieczory spędzasz? Powiedz raz…» —
«W Łarinów domu». — «O, litości
I nie znajdujesz w tym trudności;
Zabijać każdy wieczór tam?» —
«Ani troszeczkę». — «Obraz dam,
Że będzie wierny, przyznaj z góry!..
Prosta rodzina, ruski byt,
Dla gości uprzejmości szczyt,
Zwyczajem świętym: konfitury!
Temat do rozmów: len i mak,
Obora, bydło… Zgadłem wszak?»

II

II

— Ĉu estas tio ĉi malbona?
«Sed estas ja enu’, karul’!»
— Pli tedas via mond’ bontona;
Pli min allogas hejmangul’,
Mi tie povas… — «Jen liriko!
Sed ĉesu ja, pro di’, amiko.
Vi iras do: domaĝe, nu!
Sed tamen aŭdu, Lenskij; ĉu
Fillida-n* vian mi ekvidu,
Objekton de la larma flu’,
De rim’, de plum’ kaj tiel plu?
Prezentu min.» — Ĉu ŝerĉas vi do? —
«Ne.» — Bone. — «Kiam do?» — Eĉ nun.
Ni venus sen maloportun’.—

«Ba, ja nieszczęścia w tym nie widzę». —
«A nuda? Nuda? Czy to nic?…» —
«Modnego świata nienawidzę;
W tych prostych domach szczęsny widz
Odetchnąć zdoła…» — «Znów ekloga?!
Daj pokój liryce, dla Boga!
No jakże, jedziesz?… Ale, wiesz?
Czy ja bym nie mógł ujrzeć też
Filidy onej, co twojemu
Natchnieniu daje skrzydła, lot,
Łzy, rymy et cetera… Ot!
Przedstaw mnie jej!» — «Żartujesz!» — «Czemu?» —
«Więc dobrze». — «Kiedyż?» — «Choćby już.
Tam zawsze gościom radzi… Cóż?»

III

III

«Ni iru.» —
Ili ekveturis,
Alvenis; laŭ malnov-kutim’
Gastame ĉiuj ekkonkuris
Por servi ilin super lim’.
Jen rit’ konata de regalo:
Jen venas konfitaĵ-pokalo
Kaj sur tablet’ aperas tuj
Kun vakcinia akvo uj’.
[Nur manĝoj regas en kamparo.
La hejma knabinar’ sen ord’
Sin amasigis ĉe la pord’
Por gapi al la nov-najbaro.
Kaj laŭdis vir-amas’ en kort’
Ĉevalojn per kritika vort’.]*

«Jedziemy!» — Już druhowie lecą…
Przybyli… W domu radość, wrzask…
Stara gościnność, wyznam, nieco
Nużyła gościa zbytkiem łask.
Ot, uprzejmości masz tortury:
Niosą na spodkach konfitury,
W karafce borówkowy sok —
To ma umilać rozmów tok!
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .
. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

IV

IV

Al hejmo sur la voj’ ebena
Rapidas ili en reven’*
Kaj al konversacio jena
Ni kaŝaŭskultu sen konven’.
— Nu do, Onegin? Vi oscedas.—
«Kutimo, Lenskij».— Sed pli tedas
Al vi ĉi tio.— «Estas sam’.
Sed kampoj tre mallumas jam;
Hej! vi, Andrjuŝka*, pli rapide!
Ho, kia stulta estas lok’!
Cetere: Lárina sen mok’
Ja estas bonulin’ laŭvide.
Mi timas, ke la vakcini’
Ne ĝenu en stomak’ al mi.

Wracają… Księżyc srebrne plamy
Rzuca… oświetla bryczki ruch.
Tutaj ukradkiem podsłuchamy
Rozmowę naszych druhów dwóch…
«Cóż, Eugeniuszu? A, ty ziewasz?» —
«Nic, to mój zwyczaj». — «Czasem miewasz
Weselszą minę…» — «Nudy moc
Jednaka zawsze. Ależ noc!
Poganiaj konie, ej, Andriuszka!
Ot, głupia droga… A propos
W prostocie bywa powab… co?
Łarina miła jest staruszka.
Aj! Co to?… Tak dokucza bok…
Boję się: to z borówek sok!…

V

V

Sed kiu estas Tatiana?»
— Ŝi estas la malgajulin’
Kaj ŝi simile al Svetlana*
Sidigis ĉe fenestro sin.—
«Do ĉu vi amas la alian?»
— Sed kio? — «Se mi havus vian
Pasion, prenus sen hezit’
Ne ŝin mi por la vivdivid’.
Ĉar Olga, laŭ Van-Dijk — Madono*,
Vizaĝon havas kvazaŭ prun’
Samkiel tiu stulta lun’
Sur tiu stulta ĉielfono.»
Vladimir sek-replikis lin
Kaj plu silentis ĝis vojfin’.

A powiedz, która z nich Tatiana?» —
«Ta, co milcząca jako głaz,
Weszła posępna jak Świetlana…
Siedziała w kącie cały czas». —
«Tak?… A ty młodszej jesteś sługą?» —
«A co?» — «Ba, ja bym wybrał drugą,
Mając na czole Muzy znak.
Toć w twarzy Olgi życia brak;
To jest Madonna Wandykowa,
Kraśna i krągła… Otóż masz,
Jak ta księżyca głupia twarz,
Co się w ten głupi obłok chowa».
Włodzimierz sucho odrzekł coś
I zamilkł… Skrzypi bryczki oś…

VI

VI

Sed de Onegin la vizito
Ĉe Lárina persone mem
Impresis ĉiujn per subito
Kaj tuj fariĝis klaĉa tem’.
Konjekto sekvis post konjekto.
Kaj oni kredis en suspekto,
Ke edzo, laŭ kuranta fam’,
Por Tatiana pretas jam;
Eĉ iuj diris kun distingoj
Pri la edziĝa procedur’
Kelktempe prokrastita nur,
Ĉar ne troviĝis modaj ringoj.
Pri Lenskij laŭ malnov-decid’
Neniu emis al hezit’.

Ale wizyta Oniegina
U Łarinów sprawiła rum…
Domysł tkać przędzę swą poczyna,
Szepcze w sąsiedztwie swat i kum.
Wprawdzie po cichu i ukradkiem,
Plotka się karmi tym wypadkiem
(Wstrzymać pogłosek nie ma sił).
«On pewnie dla Tatiany był!»
W zaściankach szczerze zapewniano,
Że termin ślubu pewny — raz;
Po wtóre: zmienion, bo na czas
Obrączek ślubnych nie przysłano.
Mniej ich zajmował ślubny akt
Leńskiego — to był stary fakt!

VII

VII

Aŭskultis Tatiana tion
Domaĝe, tamen en sekret’
Ŝi havis strangan sugestion
Pripensi tion mem en pret’;
Kaj pens’ eniĝis en la koro;
Ŝi enamiĝis, venis horo.
Ekĝermis tiel en la ter’
Sub la printempa sun’ grener’.
Delonge ŝia kor-intimo
En la angoro kaj sopir’
Bezonis nutron en aspir’;
Delonge ŝia jun-animo
Premiĝis en vizia ŝajn’;
Atendis ŝi… eĉ iun ajn.

Tatiana z gniewem plotek słucha,
Lecz myśl ta jej nie puszcza z kleszcz
I mimo woli w głębi ducha
Dziwnej radości budzi dreszcz;
I w serce wpija się po trocha…
Czas przyszedł — i Tatiana kocha!
Tak ziarno pada w grunt, a wiew
Wiośniany ciepłem żywi siew.
Z dawna tęskniącej wyobraźni
Potrzebna była nowa treść;
Pieszczotę pragnie wziąć i nieść.
Zdradziecki poryw serce drażni
I młoda pierś jej nie chce schnąć…
Dusza czekała… kogo bądź!

VIII

VIII

Kaj jen jam estas. Ŝi ekvidis
Kaj diris ĝoje: estas li!
Ho ve! nun ĉio ekrapidis
En tag’ kaj sonĝo pli kaj pli
Kun la ide’ pri li; nun ĉio
Al ŝi kun forta emocio
Pri li insistas. Sen sukces’
Ŝin tedas vortoj de kares’
Kaj zorgopenoj de l’ servantoj.
Droninte en melankoli’,
La gastojn ne aŭskultas ŝi,
Koleras pro iliaj vantoj,
Pro ven’ ilia sen atend’
Kaj pro ilia ĝen-pretend’.

I doczekała się… I oczy
Rozwarła… Rzekła: oto on!
Ach, teraz myśl ją jedna tłoczy,
Rozbrzmiewa w sercu jeden ton;
W gorących snach go zawsze spotka,
Oddycha nim… Dziewica słodka,
Jego czarowną czuje moc
Dokoła siebie — dzień i noc.
Już szczebiot siostry jej dokuczył
I zbyt troskliwy służby wzrok,
I gadatliwych ludzi tłok…
Cień smutku lica jej obłóczył;
Klnie gości, milcząc jako głaz,
Za nagły przyjazd, długi wczas…

IX

IX

Nun ŝi romanon dolĉan legas
Kun kiom alta atentem’,
Kun kiom da soif’ trinkegas
Trompaĵon ŝi de ĝia tem’!
Kreaĵoj vigle vivigitaj
Per fort’ de revoj helspiritaj,
Amato de Julie Wolmar,
Malec Adel kaj de Linard*.]
Kaj Werter, suferul’ ribela*,
Kaj senkompara Grandison,
Nun nin lasanta sen impon’,
Ĉe nia revulino bela
Kuniĝis ĉiuj ili jen
En solpersono de Eŭgen’.

Z jaką uwagą teraz czyta
Czułych romansów świeży tom;
Czarownym zmyśleń tchem spowita,
Oddaje duszę złudnym snom!
Tatiano, szczęsną mocą marzeń
Ożywiasz tło książkowych zdarzeń:
Kochanek Julii Volmàr,
Matecque-Adèl i de Linar,
Werter, męczennik buntowniczy,
I niezrównany Grandison
(Nas tylko spać przymusza on) —
Budzą w twej duszy sen zwodniczy;
I z wszystkich jeden obraz tkasz:
W nim Oniegina widać twarz!

X

X

Sin imagante heroino
De l’ plej amata romanar’,
Clarissa, Julia, Delphina*,
En la silento de arbar’
Solece Tatiana vagas,
En libro serĉas kaj imagas
Ŝi proprajn revojn kun fervor’,
Produktojn de l’ tro plena kor’;
Alpropriginte kun korbato
La fremdajn sentojn de la libr’,
Parkere flustras ŝi kun vibr’
Leteron al hero’-amato…
Sed tiu ĉi hero-person’
Ja estis jam ne Grandison.

Zdając się sobie heroiną
Najukochańszych swoich ksiąg,
Klaryssą, Julią lub Delfiną,
Tatiana nie wypuszcza z rąk
Kart niebezpiecznych; błądząc w lesie,
Otwartą książkę w ręku niesie
I w niej znajduje, z szczęścia drżąc,
Odgłos snów swoich, tajnych żądz;
Wzdycha i sercem swym zabiera
Zachwytów, bólów cudzych świat
I w zapomnieniu szepcze w ślad
List do swojego bohatera…
A on… Ba, nie wiem, kim był on —
Wiem jedno: nie był Grandison!

XI

XI

Farinte gravmienon pian,
Malnov-aŭtor’ kun inda dec’
Heroon ĉiam faris sian
Ekzemplo de la perfektec’.
Li faris lin laŭ sia gusto
Persekutata pro maljusto,
Kun bonanimo, sprita saĝ’
Kaj kun alloga belvizaĝ’.
En flamo de pasio ĉasta
La ĉiam brava heroet’
Oferis ĉiam sin en pret’,
Kaj fine en ĉapitro lasta
Punata estis la malbon’,
La bon’ laŭdata per la kron’.

Płomiennych twórców przeszła era,
Co wszedłszy na podniosły tór,
W osobie swego bohatera
Doskonałości ryli wzór;
Ludzie ścigali go niesłusznie,
Choć wszystko czynił dobrodusznie,
Rozumem świecił, sercem żył
I jak Adonis piękny był.
Na krzyk o pomoc stawał w progu,
W zalety z każdą kartą rósł;
Już na ofiarę życie niósł,
Ale na szczęście — w epilogu
Zawsze skarana była złość,
A dobro miało nagród dość.

XII

XII

Kaj nun nebulas ĉiuj planoj,
Nin endormigas la moral’,
Kaj la malvirt’ eĉ en romanoj
Triumfas kiel ideal’.
Per trompoj de la muzo brita
Knabin’ nun estas venenita,
Kaj ŝi revadas kun admir’
Jen pri la pensemul’ Vampir’,
Jen pri Melmot, vagul’ inerta
Pri jud’ eterna, pri Korsar’
Aŭ jen pri misterul’ Sbogar*.
Pro Byron* per arbitro lerta
Fariĝis morna romantism’
Eĉ senespera egoism’.

A dziś padł tuman na umysły,
Rzuca nas w sen morałów ton;
Grzech i w romansie kult ma ścisły
I tam już święci tryumf on!
Ba! przy brytańskich Muz bajaniu,
Dziewczę się rzuca na posłaniu,
Nowe jej bóstwa burzą sen —
Melmoth, włóczęga chmurny ten,
Wampir, posępny i bezdźwięczny,
Złowrogi Korsarz, Wieczny Żyd,
Sbogar — tajemniczości szczyt!…
Lorda Byrona kaprys zręczny —
I egoizmu ciemny świat
Przyoblókł w romantyzmu kwiat.

XIII

XIII

Amikoj, kiu senc’ en tio?
Per vol’ ĉiela, en probabl’,
Min plu ne logos poezio,
Eniĝos nova min diabl’,
Ignore al minac’ de Phoebus*,
Per prozo verkojn mi ekstebos;
Romanon tiam pri malnov’
Maljuna verkos mi laŭ pov’.
Ne pentojn pri krim-ago iu
Severe pentros mi en ĝi,
Sed simple nur rakontos mi
Pri unu rusa familio,
Pri dolĉaj sonĝoj de l’ amlog’,
Pri moroj de l’ malnov-epok’.

Lecz dla mnie nie jest to podnietą…
I jeśli przyjdzie taki kres,
Że ja przestanę być poetą,
Że wlezie we mnie nowy bies,
Że, chociaż zaklnie Feb ze zgrozy,
Poniżę się do skromnej prozy —
Romans na bardzo stary krój,
Zajmie wesoły zachód mój.
I nie nadludzkich łotrów zgraje,
Nie tajną mękę sumień tam,
Tylko po prostu skreślę wam
Ruskiej rodziny obyczaje,
Czułej miłości wabny świat,
Podania naszych dawnych lat.

XIV

XIV

Priskribos simplajn mi rakontojn
De l’ patr’ aŭ onklo-maljunul’,
De la infanoj amrenkontojn
Ĉe tiliaro en angul’;
Turmentojn de ĵaluz’ malĝoja,
Plorlarmojn dum disiĝo voja,
Malpacon novan kaj en fin’
Mi geedzigos lin kaj ŝin…
Mi rememoros kun inklino
Parolojn de l’ sopira am’,
Ĉi tiujn, kiujn iam jam
Ĉe la pied’ de l’ amatino
Mi havis mem sur mia lang’
Kaj kiujn lasis mi en flank’.

Wskrzeszę postacie zaginione,
Ojcowskich rozmów prosty typ,
Dzieci spotkania umówione
U źródła, gdzieś pod cieniem lip;
Błędnej zazdrości udręczenia,
Rozłąki łzy, łzy pogodzenia
I kłótnie znów… A w końcu prób,
Pojadę z wami na ich ślub…
Przypomnę ton porywający
Wyrazów, które tonąc w łzach,
Szeptałem sam w minionych dniach,
U czarodziejki stóp klęczący —
Pieszczotnych, słodkich słówek rój,
Od których odwykł język mój!

XV

XV

Ho, mia kara Tatiana!
Kun vi nun larmojn verŝas mi,
Al manoj de l’ modul’ tirana
Fordonis vian sorton vi.
Pereos, kara, vi; antaŭe
Vi tamen al la ĝuo rave
Aspiras nun kun blindesper’,
Ekscias vi pri vivmister’,
Venenon trinkas vi de l’ ĝuoj,
Vin persekutas la revar’:
Imagas ĉie vi en klar’
Azilojn por amrendevuoj;
Kaj ĉie restas per vizi’
Tentulo via antaŭ vi.

Lecz teraz zajmie mnie Tatiana!
Ty płaczesz?… Spójrz, ja płaczę też!
W szpony modnego dziś tyrana
Całe swe życie oddać chcesz…
Przepadniesz, miła! Chociaż za to
Blask marzeń będzie ci zapłatą
I w sferę uczuć wyższy wzlot,
I czarujących marzeń splot,
I pragnień rozkosz, snów trucizna…
Ot, marzy ci się cały czas,
Że on za tobą idzie w las —
Podejdzie zaraz, miłość wyzna…
Gdziekolwiek niesiesz lekki krok,
Tam kusiciela widzisz wzrok.

XVI

XVI

Pro amsopiro Tatiana
Por distro iras al ĝarden’,
Kaj en maldiligent’ malsana
Ne plu ŝi volas paŝi jen.
La brust’ altiĝas, flamo stranga
Aperas en la ruĝo vanga,
Spir’ reteniĝas kvazaŭ bul’,
Bru’ en orel’, bril’ en okul’.
Alvenas nokto; ĉirkaŭpasas
La lun’ ĉielon en deĵor’
Kaj najtingal’ en paca hor’
Sonorajn sonojn jam ellasas.
Kaj Tatiana movas sin
Kaj diras al la vartistin’:

Tęsknota serce biednej toczy…
Do parku idzie, zrywa liść.
Wtem nieruchome chyli oczy
I nie ma siły naprzód iść…
Wzniesiona pierś, opadłe ręce,
Na licach nagłe lśnią rumieńce,
Z pobladłych warg ulata jęk
I w oczach blask i w uszach dźwięk.
Nastanie noc; na niebie czaty
Obchodzi miesiąc; w srebrnej mgle
Wywodzi słowik trele swe
I leją woń jaśminu kwiaty.
Tatiana czuwa… snu jej brak
I z nianią w mroku szepcze tak:

XVII

XVII

«Vartinjo, dormo ne influas!
Sufoko premas ĝis malpov’.»
— Vi kion, Tanjo? — «Mi enuas,
Al mi rakontu pri malnov’.»
— Pri kio, Tanjo! Mi pli frue
Konservis en memoro plue
Fabelojn multajn sen kompar’
Pri la fraŭlinoj kaj fear’;
Sed nun forgesis mi en fin’ ja
Eĉ kion sciis, Tanjo. Jes,
Malbona estas la forges’!
Maljun’ alvenis… — «Vartistinjo,
Rakontu tamen sen kaŝem’,
Ĉu iam ajn vi amis mem?»

«Tu duszno, nianiu! Spać mi trudno!
Otwórz tam okno, bliżej siądź!» —
«Co tobie, Taniu?» — «Tak mi nudno!
Opowiedz mi cokolwiek bądź!» —
«Ba, o czym, Taniu? Dawniej zawdy
Sporo i prawdy i nieprawdy
Chowałam w głowie, że aż strach! —
O duchach złych, dziewiczych snach…
A dzisiaj ciemna jestem, Taniu:
Już nie pamiętam dzisiaj nic…
Ot, spróchniał do cna stary rydz!
Skręciło mnie…» «Opowiedz, nianiu,
Jako za starych było lat?
Czy znałaś ty kochania kwiat?»

XVIII

XVIII

— Nu, kion, Tanjo! Pri la amo
Nenion tiam aŭdis ni;
Ĉar bopatrin’ pro tio sama
Inferon montrus tuj al mi.—
«Sed kiel edziniĝo via?..»
— Laŭ dia volo. Vanja* mia
Pli juna estis eĉ ol mi,
Dum havis jarojn mi dek tri.
Marĉandis min dum du semajnoj
Ĉe la gepatroj svatistin’,
La patro fine benis min.
Ploregis mi pro timoŝajnoj;
Min oni veis plore plej
Kaj forkondukis al preĝej’.

«Ot, gadasz, Taniu! W nasze lata
Nam się nie marzył taki kwiat;
Nieboszczka świekra z tego świata
Wygnałaby na tamten świat». —
«Więc jak na ślub skłoniono nianię?» —
«Jak Bóg przykazał… Zesłał Wanię…
Mnie wyszedł już trzynasty rok,
On młodszy był, więc poszło w skok.
Niedziele dwie chodziła swatka,
A gdy zamknięto za nią drzwi,
Pobłogosławił ojciec mi,
Płakałam z strachu, ze mną matka…
Rozpletli warkocz; w cerkiew, bacz,
Ze śpiewem wiedli, a ja w płacz…

XIX

XIX

Jen mi en fremda hejm’ martiras…
Sed vi eĉ ne aŭskultas min…—
«Ah, vartistinjo, mi sopiras,
Min naŭzas, kara vartistin’:
Mi plori, mi ploregi pretas!..»
— Infano, ja vi malsanetas;
Pardonu vin kaj savu di’!
Ĉu per la sankta akvo mi
Aspergu vin ke vi ne ardu?
Ja tuta brulas vi en flam’ …—
«Mi ne malsanas… estas am’.»
— Infano mia, di’ vin gardu! —
Kaj la fraŭlinon en malsan’
Krucsignis ŝi per sia man’.

I w obcą wzięli mnie rodzinę…
Lecz ty nie słuchasz?… Nudna rzecz?…» —
«Ach nianiu, nianiu! Patrz, ja ginę!
Ciągle o jednym myślę precz!
Ciągle do płaczu jestem skora!…» —
«Kochanie moje, jesteś chora.
Zmiłuj się Panie, pomóż nam!
Czego chcesz, Taniu, zaraz dam…
Chcesz? Świętą wodą cię pokropię…
Ty masz gorączkę…» — «To nie znak
Choroby, nianiu!… Kocham tak!» —
«Zmiłuj się, Panie. Złe wnet stropię!»
I niania, dziewczę ustrzec chcąc,
Żegna je starą ręką, drżąc.

XX

XX

«Mi amas», — flustris je ripeto
Ŝi al la vartistin’, en flam’.
— Sed vi malsanas, infaneto.—
«Ho, lasu, estas vera am’.»
Kaj intertempe luno lumis
Kaj ĝia lumo palbrilumis
Al Tatiana en malklar’
Kun diskombita kapharar’,
Al la gutaro plora larma
Kaj al kun nia heroin’
Sidanta griza vartistin’
En kapotuk’ kaj vesto varma; —
Kaj ĉio dormis pace nun
Sub inspiranta revojn lun’.

«Ja kocham! Modlić się nie pora!
Mnie nie pomoże krzyża znak!» —
«O nie, kochanie! jesteś chora!» —
«Daj pokój, nianiu! Kocham tak!»
A tu księżyca popielaty
Blask się zakradał do komnaty,
Srebrzył na oczach ślady ros
I rozpuszczony ciemny włos;
I w siwych włosów lśnił promyku,
Który spod chustki starej zbiegł;
I tak Tatianę blask ten strzegł
I starą w ciepłym kaftaniku…
I tak ta srebrna cisza drga,
A w niej się chwieją cienie dwa.

XXI

XXI

Kaj malproksime for promenis
Nun Tatiana per la kor’ …
Ide’ al ŝi subite venis…
«Nun iru, vartistinjo, for.
Alportu plumon kun papero,
Alŝovu tablon; mi laŭ vero
Ekkuŝos baldaŭ. Iru nun.»
Jen solas ŝi. En lum’ de l’ lun’
Nun Tatiana skribas ame,
Kaj regas en la pens’ Eŭgen’,
Kaj la leter’ sincera jen
Per am’ senkulpa spiras flame.
Jen la leteron finis ŝi…
Por kiu, Tatiana, ĝi?

Tatiana milczy, głowę ściska,
Patrzy w promienia srebrną nić…
Wtem nowa myśl w jej duszy błyska…
«Zostaw mnie samą, nianiu… Idź…
Wprzód papier, pióro dasz mi może;
Stół przysuń. Wnet się spać położę.
Idź teraz!»… W ciszy skrzypną drzwi.
Tatiana sama. Miesiąc lśni…
Pisze nad stołem pochylona,
Wciśnięta we framugi kąt,
I nierozważnych liter rząd
Wchłania jej miłość… Blask już kona…
Za oknem słychać wiatru świst.
Skończyła. Komu poślesz list?

XXII

XXII

Mi konis la fierulinojn,
Malvarmajn, purajn kiel neĝ’,
Neadmoneblajn belulinojn,
Nekompreneblajn mense eĉ;
Mi miris pri la moda hirto
Kaj pri ilia stranga virto,
Kaj mi evitis ilin nur,
Legante ĉiam kun terur’
Sur frunt’ ilia l’ aksiomon:
Esperon lasu por ĉiam*.
Por ili malfeliĉas am’,
Timigi ili ŝatas homon.
Vi eble vidis sur Nev-bord’*
Ulinojn de simila ord’.

Znałem piękności niedostępne,
Chłodne i czyste, jako śnieg,
Nieubłagane, nieprzestępne,
Których nie pojmie nigdy człek.
Dziwiąc się pysze, modnej pono,
Jam przed ich cnotą przyrodzoną —
Wyznaję — uciekł… Miałem sen:
Zda się, żem czytał napis ten
Ponad ich brwiami — napis piekła:
«Nadziei tu na wieki zbądź!»
Bo grzechem dla nich — miłość tchnąć,
Odstraszać ludzi — rozkosz wściekła.
Nad Newą nie wypadłoż wam
Spotykać mnóstwo takich dam?

XXIII

XXIII

Aliajn strangulinojn vidis
En mas’ da adorantoj mi,
Indiferente kiuj ridis
Pri laŭd’ aŭ vokoj al pasi’.
Konstatis mi kun miro vera,
Ke ili per kondut’ severa,
Puŝante amon mildan for,
Relogi povis ĝin al kor’,
Almenaŭ per kompato ceda;
Almenaŭ iam en parol’
Sentiĝis kvazaŭ pli da mol’,
Kaj kun blindiĝo facilkreda
Amanto juna en konstant’
Rekuris post la kara vant’.

Znałem i inne, ach, ponętne,
O ustach pełnych mroźnych tez,
Egoistycznie-obojętne
Dla westchnień, hołdów i dla łez.
Cóż kapryśnice wywołały?
To, że wielbiciel ich nieśmiały
Uciekał od surowych słów.
Lecz te umiały przecie znów
Pociągnąć go choć iskrą żalu;
Przynajmniej czasem mowy dźwięk
Słodyczą drgnął, cokolwiek miękł…
I na następnym zaraz balu
Szaleniec zapominał skarg
I biegł w przepaści łamać kark.

XXIV

XXIV

Do ĉu pli kulpas Tatiana?
Ke ŝi en sia simpla dev’
Ne scias pri trompaĵ’ rikana
Kaj fidas al la bela rev’?
Ke amas ŝi sen art-prezento,
Obee nur al sia sento,
Ke tiom ŝi konfidas tro,
Naturdotite riĉe do
Per fantazio ribelama,
Per vigla volo kaj raci’,
Originala memkonsci’
Kaj per subtila koro flama?
Ĉu ne pardonus vi al ŝi
Facilpensemon de l’ pasi’?

Czyliż winniejszą jest Tatiana?
Czemu? — Że nie wie, co to kłam?
Że w blasku marzeń rozkochana
Nie widzi na swym słońcu plam?
Że sztukę ma w miłości za nic,
Że w zaufaniu nie zna granic,
Że ją porywa uczuć głos,
Że ją obdarzył władny los
Umysłem lotnym, wolą żywą,
Burzliwym wyobraźni tchem,
Nieco dziwacznym myśli tłem,
Sercem ognistym, duszą tkliwą?…
Któż by kamieniem rzucić śmiał
Za lekkomyślny uczuć szał?

XXV

XXV

Koketulin’ sen varm’ rezonas.
Sed Tatiana sen ĉikan’
Al amo tute sin fordonas
Samkiel la naivinfan’.
Ŝi ne parolas: mi prokrastu,
Amprezon tiel mi balastu;
Pli certe kaptu mi per ret’,
Komence mi per esperet’
La egoismon piku, plue
Turmentu koron mi per ruz’
Kaj fine tiklu per ĵaluz’;
Ĉar pro plezura plen’ enue
Kaptito ruza el katen’
Elgliti povas ja sen pen’.

Tylko kokietka chłodno sądzi.
Tatiana szczerze kocha snadź,
Jak dziecię sobą już nie rządzi;
Miłości życie pragnie dać!
Nie umie liczyć tak: odłożę —
Wartość miłości tym pomnożę.
Pewniej go schwytam w swoją sieć.
Trzeba więc plan ostrożny mieć:
Wprzód niepewności zmęczę noszą,
Ambicję kolnę, w serce jad
Zapuszczę, struję widmem zdrad…
Inaczej, nudząc się rozkoszą,
Niewolnik nędzny, chytry wąż,
Gotów jest rwać kajdany wciąż.

XXVI

XXVI

Ankoraŭ estas embaraso:
Honoron karan de l’ patruj’
Savante, mi ne preterlasu
Traduki la leteron tuj.
Ĉar rusan lingvon Tanjo pekis.
Gazetojn niajn ŝi ne legis
Kaj la gepatran lingvon nur
Parolis sen facila pur’,
Kaj la leteron skribis france…
Do kion! mi ripetas jam:
Ĝis nun la sinjorina am’
Ne servis ruse sin bonŝance,
Ĝis nun do nia lingvo-moŝt’
Ne kutimiĝis por la post’.

Jeszcze mam trudność: chcąc ratować
Ojczystej ziemi drogą cześć,
By list Tatiany zacytować,
Muszę… przełożyć jego treść!
Ojczysty język słabo znała,
Dzienników naszych nie czytała;
By oddać płomień swoich snów,
Nie chciała długo szukać słów;
A więc — pisała po francusku…
Z przekąsem precz!… Sprawdziłem sam,
Że dotąd miłość naszych dam
Nie oświadczała się po rusku.
Pocztowa proza — otóż masz! —
Nie dba o dumny język nasz.

XXVII

XXVII

Ke sinjorinoj ruse legu
Instigas oni. Kia van’!
Ho, ĉu mi ilin imagegu
Kun «Boncelanto»* en la man’!
Mi citu vin, poetoj miaj;
Ja ĉiuj amobjektoj viaj,
Al kiuj dolĉe kun peket’
Vi verkis versojn en sekret’,
Al kiuj vi la koron ligis,
Ja ili ĉiuj kun penem’
La rusan lingvon uzis mem
Kaj ofte ĉarme ĝin kripligis;
Kaj fremdan lingvon laŭ natur’
Al si proprigis ili nur.

Wiem: chcą nauczyć nasze panie
Po rusku czytać… Oto bąk!
Toć ja im wyrwać byłbym w stanie
«Błagonamierennego« z rąk!
Na was powołam się, o wieszcze!
Wszak prawda? Te, co natchnień dreszcze
Budziły w was, u czyich stóp
Gorzeliście jak ognia słup,
Składając świetnych rymów tyle —
Czuły na sobie ostry szpon,
Chcąc trafić w ruskiej mowy ton,
Swój język przekręcały mile,
Do francuskiego miały gust:
Ten, jak ojczysty, brzmiał z ich ust.

XXVIII

XXVIII

Ne lasu dio, ke en balo
Aŭ sur peron’ renkontu mi
En kufo aŭ en flava ŝalo
Saĝulon de l’ akademi’!
Samkiel sen ridet’ la buŝo,
Sen gramatik-erara fuŝo
Ne plaĉas rusa stil’ al mi.
Tre eble nov-generaci’
De belulinoj simpatie
Laŭ la gazeta vokinstig’
Lernigos nin pri gramatik’;
Uzataj estos versoj ĉie:
Sed mi… ĉu nepras mia pov’?
Fidelos mi al la malnov’.

Strzeż Boże spotkać gdzieś na balu,
Gdzie z gawęd wzlata czad i dym,
Seminarzystę w żółtym szalu,
Akademika w czepku pstrym.
Jak bez uśmiechu buzi ślicznej,
Tak bez pomyłki gramatycznej
Nie mogę ruskiej mowy znieść!
Lecz oto, słyszę, idzie wieść,
Że nowe niewiast pokolenie
Wypieści ruskim wierszem słuch
I gramatyczny stworzy ruch,
Błagania gazet mając w cenie!
Lecz ja… Ach, to nie moja rzecz!
Z wiernością będę patrzył wstecz…

XXIX

XXIX

La erarplena maniero
De fuŝa tia ĉi parol’
En mi ja ĉiam kun sincero
Kortremon vekos eĉ sen vol’;
Mi penti tion ne kapablas,
Por mi gallismoj plaĉ-afablas,
Samkiel junaj pekoj kaj
De Bogdanóviĉ* versa gaj’.
Sufiĉas tamen. Min atendas
Leter’ de mia belulin’;
Mi donis vorton, sed mi ĝin
Rifuzi preskaŭ jam pretendas.
Mi scias: jam ne modas pli
La dolĉa plumo de Parny*.

Niedbale słodka paplanina,
Źle wymawianych słówek żar,
Co wszelkich reguł zapomina —
Zawsze mieć będą dla mnie czar.
Sił do pokuty nie nabędę
I galicyzmy kochać będę:
Bogdanowicza wiersze wszak
I stare grzeszki kocham tak.
Lecz dość! Tatiany listem oto
Dawno przyrzekłem zająć was…
Ba! Rad bym słowo cofnąć wraz:
Coś mi nie pilno z tą robotą!
Wiem, nowa moda dzisiaj drwi
Z westchnień i piór à la Parni!

XXX

XXX

Kantisto de sopir’, festenoj*!
Se ĉitieus via est’,
Karul’, mi tedus vin sen ĝenoj
Per unu peto sen modest’:
Ke metu vi sur sorĉajn kordojn
La fremdajn alilingvajn vortojn
De la pasia junulin’.
Vi kie estas? Montru vin:
Al vi mi cedas propravole…
Sed inter rokoj ie for,
Sen rev’ pri laŭdoj en la kor’,
Sub finna firmamento sole
Li ie promenigas sin
Kaj tute li ne aŭdas min.

O Uczt śpiewaku z duszą smętną
Gdybyś tu teraz ze mną był,
Prośbą bym znużył cię natrętną;
Ja bym cię błagał z całych sił,
Byś na czarowne swoje dźwięki
Przełożył mej dziewicy jęki,
Co w obcej mowie słodko brzmią…
Gdzie jesteś? Przybądź! — Oto są
Me prawa — oddam je z pokłonem.
Nie słyszy!… Pośród smutnych skał,
On, który poklask ongi brał,
Dziś błądzi z sercem wyziębionem…
W fińskiego nieba patrząc dal,
Nie wie, że druha toczy żal!

XXXI

XXXI

Jen la leter’ de Tatiana;
Plej sankte mi konservas ĝin,
Mi legas gin kun sent’ humana
Kaj emas legi plu sen fin’.
Al ŝi instigis kiu tian
Dolĉecon kaj sinceron ŝian,
Absurdon belan de l’ amor’,
Frenezkonfeson de la kor’
Ĉi tiom logan, sed danĝeran?
Mi ne komprenas. Tamen jen
Traduko pala, nur kun pen’
Farita el la bildo vera,
Samkiel ludo de Freischütz*
Per man’ nesperta de novic’.

Leży przede mną list Tatiany,
Świętości strzegę tej… Z tych słów
Czar wieje zawsze niespodziany…
Czytam go… Schowam… Czytam znów…
Kto włożył w pióro jej tę żałość
I taką słodką słów niedbałość?
Skąd ten naiwnych westchnień plon
I ten szalony wezwań ton,
Co tchnąc słabością, moc posiada?
Ja nie wiem!… Oto puszczam w świat
Niezręczny przekład, pełny wad…
Żywego pędzla kopia blada,
Melodia Strzelca, tylko że
W nieśmiałej uczennicy grze!

Letero de Tatiana al Onegin
Al vi mi skribas — kion plue?
Ĉu mi kapablas diri pli?
Mi scias, per ignor’ instrue
Nun puni min ja rajtas vi.
Sed vi, havante nobl-influe
Almenaŭ guton da kompat’,
Ne lasos min en tia stat’.
Komence volis mi silenti;
Vi kredu min: pri mia hont’
Vi scius el neniu font’,
Se povus mi esperon senti,
Ke iufoje la destin’
Al mi permesus vidi vin,
Por aŭdi viajn nur rakontojn,
Respondi vin kaj en imag’
Mediti nokte kaj en tag’,
Reatendante novrenkontojn.
Sed vi solemas laŭ la fam’;
Kampar’ vin tedas senkutime,
Kaj ni… ni estas sen ornam’,
Sed vin ni ĝojas simplanime.
Por kio vi vizitis nin?
En la vilaĝo forgesita
Ja mi neniam konus vin,
Ne premus min turment’ incita.
Dolorojn de l’ sufer’ spirita
Kvietigonte en finfin’,
Mi edzon trovus laŭ inklino,
Fidela estus mi edzino
Kaj virtoplena bonpatrin’.
Alia vir’!.. Ho, ne, neniam
Al li la koron donus mi!
Difinis la ĉiel’ al mi jam:
Mi apartenas nur al vi;
Viv’ mia estis garantio
De l’ nepra inter ni renkont’;
Mi scias, vin alsendis dio,
Vi estas mia protektont’ …
En sonĝoj vi al mi aperis,
Senvide jam mi amis vin,
Rigardo via pikis min,
Voĉ’ via en anim’ sinceris
Delonge… ne, ne sonĝo pli!
Apenaŭ venis vi, mi tuje
Rekonis vin kaj flam’ alflue
Min kaptis, pensis mi: jen li!
Ĉu do ne vero! vi min benis:
Vi sugestiis en silent’,
Dum malriĉulojn mi subtenis
Aŭ per preĝad’ dolĉigi penis
Angoron de l’ animturment’?
Kaj ĝuste en momento tiu
Ĉu ja ne vi do, kar-vizio,
Rapid-aperis en aer’
Kaj klinis vin al mi kun tremo?
Ĉu ja ne vi kun karesemo
Parolojn flustris de l’ esper’?
Vi kiu estas: ĉu kerubo,
Ĉu tentofeo? Mian dubon
Ĉiuokaze solvu for.
Ja eble vana estas ĉio,
Trompaĵo de l’ nesperta kor’!
Kaj destinitas tutalio…
Ajn io estu! Kun konfid’
Al vi mi sorton mian donas,
Mi ploras antaŭ via vid’
Kaj pri defendo vin admonas…
Imagu: estas mi en sol’,
Neniu konas min komprene,
La menso velkas sensubtene
Kaj mi pereas sen konsol’.
Mi vokas kun espero ŝata:
Vivigu kredon de la kor’,
Aŭ rompu mian sonĝon for
Per — ve — riproĉo meritata!
Finata la letero!.. Ĝin
Ne lasas legi honto mia…
Sed mi al vi konfidas min,
Fidante al honoro via…

List Tatiany do Oniegina
«Piszę do Pana — czegóż więcej?
To jedno zdradza serca stan.
Czy wydrwisz zapał ten dziewczęcy?
Czy mnie ukarzesz wzgardą Pan?
O nie! — W to wierzę najgoręcej,
Że mi litości podasz znak,
Że nie zostawisz Pan mnie tak…
A jam z początku milczeć chciała…
Wierzaj: mojego serca ran
Nigdy byś nie mógł dojrzeć Pan,
Gdybym nadzieję słabą miała,
Że z rzadka, choć w tygodniu raz,
Poświęcisz nam swój drogi czas!
Że głos usłyszę Twój przelotem,
Rzucę Ci słówko, aby potem
O jednym myśleć dzień i noc
Aż przyjdziesz znów — tchnąć w serce moc!
Lecz powiadają, żeś odludek;
Nudzi Cię głuchy, wiejski świat;
Więc Pana, ach, nasz skromny sad
Nie znęci wonią niezabudek…
Dlaczegoś Pan odwiedził nas?
W tym zapomnianym kątku świata
Nigdy by mi nie odkrył czas,
Jak mocno serce w pierś kołata…
I burzę słów niedoświadczoną
Czas by uciszył — w życia śnie;
Ktoś by do serca przypadł pono,
Cnotliwą matką, wierną żoną
Mogłabym zostać — kto to wie?
Inny!… Nie zmusi cały świat.
Bym mu oddała duszę swoją!
Na Wyższej Radzie wyrok padł,
To wola nieba: jestem Twoją!…
Cały mój żywot był zadatkiem
Spotkania naszych krewnych dusz;
Bóg mi nie zesłał Cię przypadkiem,
Do grobu Tyś mój anioł stróż….
Z dawna mi sen Cię ukazywał
I z niewidzianym łączył los;
I cudny wzrok Twój mnie porywał
I w duszy cudny dźwięczał głos!
Lecz nie!… To nie był tylko sen!
Gdyś wszedł, jam Ciebie wnet poznała.
Jam zapłonęła, osłupiała
I w myśli rzekłam: Oto ten!
Wszak prawda? Muszę głos twój znać…
To Ty mówiłeś ze mną w ciszy,
Gdy szłam biednemu pomoc dać,
Gdy się modliłam, klęcząc w niszy,
By w serce słodki pokój wlać!
Czyś to nie Ty śród groźnych mgnień,
Gdy nocą wzrok mój się wysilał,
Wstępował w mgłę, jak miły cień,
Nad mym wezgłowiem się pochylał?
Nie twójże głos brzmiał dźwiękiem cytry,
Szeptał, że przejdzie pora burz?…
Kto jesteś?… Czyś kusiciel chytry,
Czy dobrotliwy anioł stróż?
Rozstrzygnij trwożne te zwątpienia…
Może to wszystko jeden błąd,
Okrutny błąd niedoświadczenia…
I innym będzie Boży Sąd!
Wszystko mi jedno!… Cały los
Składam w tej chwili w Twoje ręce,
Ku Tobie z prośbą wznoszę głos:
Ulżyj głębokiej mojej męce;
Zrozumiej tylko: jestem sama,
Nikt tu nie zajrzy w moją duszę,
Mój umysł cierpi tu katusze,
Dokąd się zwróci — wszędzie tama…
Czyliż w milczeniu zginąć muszę?
Czekam na Ciebie w strugach łez…
Ożyw mnie jednym oka rzutem,
Albo złudzeniom połóż kres
I zasłużonym raź wyrzutem!
Kończę!… I strach i wstyd mnie dręczy…
Nie śmiem odczytać tego w głos…
Za Ciebie honor Twój mi ręczy,
Śmiało powierzam Ci mój los!»…

XXXII

XXXII

Nun Tatiana finon strekas;
Tremetas la leter’ en man’;
Oblato rozkolora sekas
Sur ŝia inflamita lang’.
Al ŝultro ŝi la kapon metis
Kaj la ĉemizo forfaletis
De ŝia bela ŝultro nun.
Sed jam radio de la lun’
Forestingiĝas. Tra vaporo
Kampar’ klariĝas, riveret’.
Paŝtisto vekas per kornet’
Vilaĝon en matena horo.
Leviĝis ĉiuj jam en fru’,
Por Tatiana sen influ’.

Tatiana wzdycha przy stoliku;
Raz po raz list w jej dłoni drgnie,
Na rozpalonym jej języku
Opłatek czerwonawy schnie.
Opada głowa ociężała
I zsuwa się koszulka biała
Z prześlicznych ramion… Płynie czas,
Promień księżyca całkiem zgasł,
Przez mgłę poczyna jaśnieć niwa;
Świt idzie na strumyka próg
I w fali drży… Pastuszy róg
Ze snu mieszkańca wsi wyrywa.
Już dzień… Obudził wszystkich blask.
Tatiana nie wie, że już brzask;

XXXIII

XXXIII

Ŝi la matenon ne rimarkas,
Ŝi sidas kline sen trankvil’,
Kaj la leteron ŝi ne markas
Per gravurita sigelil’.
Sed jen sen bru’ per molpaŝado
Alportas teon sur la plado
Filipjevna* — maljunulin’:
«Jam temp’, infano, levu vin:
Sed, belulino, vi jam pretas!
Ho, mia frubirdeto, vi!
Hieraŭ tiom timis mi!
Sed, dank’ al dio, vi sanetas!
La noktangoro flugis for
Kaj vi aspektas kiel flor’.»

Nie wie, że słonko jasno błyska…
Znużona, snem żelaznym śpi,
Pieczątkę rytą w palcach ściska…
Lecz oto cicho skrzypią drzwi;
To stara niania… Już przy pracy!
Herbatę wnosi jej na tacy
I woła: «Taniu! Wstawać czas!
Ba! Uprzedziła wszystkich nas!
Moja gołąbka już gotowa!
O, ranne ptaszę… Wczora tak
Bałam się, że ci czegoś brak…
Zły wieczór!… Dzięki Bogu, zdrowa!
Po takiej nocy choćby ślad!
Gdzie tam! Tak świeża, kieby kwiat!».

XXXIV

XXXIV

— Ah, vartistinjo, servon faru.—
«Ordonu, mia karulin’.»
— Ho, ne suspektu… ne eraru…
Ja estas… ne rifuzu min.—
«Al vi mi ĵuras antaŭ dio.»
— Do sendu kun leter’ ĉi tiu
Vi nepon vian tuj… al O…
Al la najbar’ … instigu do,
Ke diru li neniun vorton,
Ke li neniel nomu min…—
«Al kiu tamen, karulin’?
Diveni mi ne havas forton.
Ekzistas multa najbarar’,
Eĉ nombri ĝin min ĝenas bar’.»

«Ach, nianiu!… prośba… mam życzenie…» —
«Kochanie moje, tylko każ». —
«Ach, nie myśl tylko… Podejrzenie…
Zrobisz to, prawda?» — «Otóż masz!
Nie wierzą mi… Przysięgam przecie…» —
«Niech z listem tym twój wnuk w sekrecie
Idzie do O… No, wiesz już kto?
Nasz sąsiad… Lecz zapowiedz to:
Nikomu niech nie mówi słowa,
Niechaj nie powie, list ten skąd…» —
«Komu, kochanie?… Zrobię błąd,
Tak zesłabiała moja głowa,
Sąsiadów różnych wkoło huk…
Kto by to wszystkich pomnieć mógł?»

XXXV

XXXV

— Vartinjo, vi do ne sagacas! —
«Jes, mia kara, venis blind’,
Maljuna cerbo mia lacas;
Sed mi sagacis en pasint’;
Jes, iam la sinjoran volon…»
— Vartinjo, ree vi la solon?
Ĉu min koncernas via kler’?
Ja temas nun pri la leter’,
Ĝi por Onegin.— «Nu, laŭpove.
Vi ne koleru min, anim’.
Ja vi min scias laŭ kutim’ …
Sed kial palas vi denove?»
— Ne grave, estas ĉiam sam’.
Do sendu nepon vian jam.—

«Czyli nie możesz zgadnąć, nianiu?» —
«Kochanie moje, nie wiem, kto!…
U starej rozum stępiał, Taniu…
A dawniej bystra byłam, ho!
Pan rzeknie słówko, ja już skora…» —
«Ach, nianiu, nianiu, czy to pora
O starych czasach teraz pleść?…
No, widzisz, list ten trzeba nieść
Do Oniegina». — «Tera jasno!…
Nie gniewaj się, gołąbku mój.
Ja stara… A sąsiadów rój.
Ot, znów ci liczka, Taniu, gasną!…» —
«Idź, nic mi nie jest!» — «Dałby Bóg» —
«Idź i niech zaraz spieszy wnuk».

XXXVI

XXXVI

Sed pasis tag’, atendo vana.
De l’ tag’ alia venis ond’.
Ombrece pala Tatiana
Atendas: kiam do respond’?
De Olga la fianĉ’ aperas.
«Ĉu via kamarad’ aferas?»
Lin ekdemandas la mastrin’:
«Li tute jam forgesis nin.»
Sin Tatiana streĉinstigis.
— Hodiaŭ venus li en cert’, —
Respondis Lenskij en avert’: —
Sed eble poŝto lin haltigis.—
Kaj Tatiana klinis sin,
Riproĉis kvazaŭ iu ŝin.

Dzień minął. Nie ma odpowiedzi…
Nastaje drugi… Nic i nic!
Od świtu Tania, milcząc, siedzi
I trwoży dom bladością lic.
Do Olgi Leński przybył. Oto
Matka jej pyta go: «A co to,
Druh pański już zapomniał nas?».
Tatiana drgnęła… «Ach, w sam raz
Spytała pani… Dziś przyjedzie —
Rzekł Leński. — Ze mną jechać chciał,
Ale robotę z pocztą miał
I pewnie będzie po obiedzie».
Tatiana oczy spuszcza w dół,
Jakby wyrzutem ktoś ją kłuł.

XXXVII

XXXVII

Vesper’ proksimis; sur la tablo
Brilante siblis samovar’,
Sub te-kruĉeto kun afablo
Buliĝis la vapor’ en klar’;
Sub lerta man’ de Olga bela
Al tasoj per striet’ malhela
Te’ aromanta fluis mem.
Knabeto servis ŝin kun krem’.
Ĉe la fenestro Tatiana
Starante kun sopir’ sen pov’
Sur vitron spiris per la blov’
Kaj sur nebulo diafana
Desegnis ŝi per fingr’ en ve’
Literojn karajn O kaj E.

Był zmierzch… Na stole blask rozlewał
Samowar, kipiąc. Jego war
Chińskie czajnika dno rozgrzewał…
Wkoło się snuły kłęby par.
Olga pospiesza wnet z posługą;
Do filiżanek ciemną strugą
Leje się płyn, wydając woń…
Chłopak śmietankę poda doń.
Tatiana stoi cicho, dysze
Na szyby okna ust swych tchem,
I coś, porwana słodkim snem,
Prześlicznym swym paluszkiem pisze;
I widać na omglonym szkle
Luby monogram: «O» i «E».

XXXVIII

XXXVIII

Sed doloregis enanime,
Reteni larmojn mankis fort’.
Subite rajdo!.. jam proksime!
Kaj jen ĝi estas en la kort’.
Eŭgeno! «Ah!» kaj tuj eksaltas
For Tatiana kaj ne haltas
Ŝi en la korto kaj ĝarden’,
Ŝi flugas, flugas for sen pen’
Rigardi posten; plej rapide
Ŝi kuris trans bedar’, pontet’,
Tra lag-aleo kaj bosket’,
Siringojn rompis ŝi senvide
Kaj fine en izola lok’
Sur benkon jen en spirsufok’

Drży Tania, że ją zdradzą szpetnie
Ślady na twarzy łzawych smug.
Wtem tętent… Krew się w żyłach zetnie.
Już bliżej… Ścichło… Zdąża w próg
Eugeniusz. «Ach!» i jako łania,
Przez drugą sień ucieka Tania,
A z sieni na dwór, potem w sad…
Wzdłuż ogrodowych biegnie krat,
Głowy na chwilę nie odwraca,
Obiegła mostki, bagna skraj,
Aleję do jeziora, gaj;
Bzy łamie i do sadu wraca,
Po klombach depce i bez tchu
Ku małej ławce spieszy. Tu —

XXXIX

XXXIX

Ŝi falls…
«Tie ĉi Eŭgeno!
Ho, dio! kion pensis li!»
Konservas ŝia kor’ apenaŭ
Esperon de l’ koremoci’;
Ŝi tremas kaj ardante spiras,
Kaj provas aŭdi: ĉu li iras?
Servistinar’ en la ĝarden’
Kolektis berojn tiam jen
Kaj kantis laŭ ordono ĥore
(Ordon’ farita kun la cel’,
Ke berojn mastrajn for en ŝtel’
Ne manĝu buŝoj dumlabore,
Sed pri kantad’ okupu sin:
Sprit’ de l’ kampara origin’!).
Kanto de la knabinoj
Amikinoj, knabinar’,
Belulinoj sen kompar’,
Ludu vi, knabinoj, jen,
Karulinoj, dum promen’!
Rondokanton kantu vi
Laŭ intima melodi’,
Kaj per kanto logu for
Vi junulon al la ĥor’.
Kiam venos li tra lim’,
Logu ni lin al proksim’,
Tuj diskuru ni en fin’,
Per ĉerizoj ŝutu lin,
Per ĉerizoj, framboj per
Kaj per ruĝa riba ber’,
Por ne plu li venu jam
Aŭdi kantojn pri la am’,
Por ne vidu li sen bar’
Ludojn de la knabinar’.

Upada.
«On! Eugeniusz w domu!
List czytał! Jak mnie sądzi zeń?!»
I serce pełne męki, sromu,
Kryje nadziei mglistej cień.
Drży cała… cała żarem dyszy.
Czeka czy idzie?… Nic nie słyszy.
W sadzie służące pośród grząd
Zbierały wiśnie. Parku kąt
Rozbrzmiewał pieśnią nakazaną
(Nakaz ten cel osiągnąć mógł,
Że pańskich jagód usty sług —
Chciwymi usty nie zjadano;
Bo usta musiał zająć śpiew…
I na wsi dowcip rzuca siew).
Pieśń dziewcząt
«Hej, dziewice, krasawice,
Gołąbeczki, kochaneczki,
Rozigrajcie się,
Rozbiegajcie się!
Zaśpiewajcie pieśń
Ulubioną swą!
Oto chłopca wraz
Zwabcie pieśnią tą…
Ledwie zwabim go,
Z dala ujrzym go,
Rozbiegniemy się,
Zarzucimy go —
Zarzucimy wiśnią,
Wiśnią i maliną,
Czerwonymi porzeczkami
Zarzucimy ino!
Nie chodź, chłopcze, podsłuchiwać
Piosnki tajemnicze!
Nie chodź, chłopcze, podpatrywać
Nasze gry dziewicze».

XL

XL

Kantadas ili; sed apenaŭ
Aŭdante kanton kun sonor’,
Atendas Tatiana pene,
Ke trankviliĝu ŝia kor’,
Ke malpli flamu ŝiaj vangoj.
La koro tamen batas, ankaŭ
La vangoj restas en la flam’
Kaj eĉ pli hele brulas jam.
Simile papilio brilas
Kaj svingas per flugil’ kun frap’,
Kaptite de lerneja knab’;
Lepor’ simile maltrankvilas,
Vidante je subit’ en klar’
Ĉasiston inter arbustar’.

Śpiewają… Tania mimo woli
Wsłuchuje się w ich dźwięczną pieśń:
I czeka na to, że powoli
Ucichnie drżąca serca cieśń,
Że twarz ochłonie rozpalona,
Że się ukoi pierś wzburzona.
Lecz nie pomaga parku chłód…
Bardziej goreje twarz niż wprzód.
Tak, różnobarwnym skrzydłem drgając,
Biedny motylek pragnie zbiec,
A psotnik go nie przestał wlec;
Tak w oziminie drży ów zając
I głębiej chowa ciało w rów,
Widząc przez krzaki błyski luf!

XLI

XLI

Sed fine pene ŝi ekspiris
Kaj de la benko levis sin;
Sed ĵus apenaŭ si ekiris
Sur la aleo, antaŭ ŝin
Eŭgen’ ekstaris en subito
Simila al minac-spirito,
Kaj kvazaŭ bruligite jen
Ŝi haltis preskaŭ jam en sven’.
Sed sekvon de rakont’ ĉi tiu
Hodiaŭ, kara kompani’,
Rakonti ne kapablas mi;
Post longa parolado mia
Ripozi devas mi sen ŝajn’:
Mi finos poste iam ajn.

Wreszcie Tatiana lżej oddycha…
Wstaje, przez mały idzie most…
Lecz do alei ledwie z cicha
Skręciła — patrzy: przed nią wprost
Eugeniusz!… Idzie, błyszcząc wzrokiem,
Jak groźny cień, ogromnym krokiem.
Jakby się na nią ognia skry
Sypnęły… Stoi… Cała drży.
Lecz co się stało tam z wieczora,
Jaki spotkania skutek był,
Opisać nie mam dzisiaj sił;
Po długiej mowie wytchnąć pora,
Na spacer iść… Dość plecy giąć…
Dokończę później jakoś bądź!

Ĉapitro kvara

Rozdział IV

La morale est dans la nature des choses.
Necker*.

La morale est dans la nature des choses.
Necker

I. II. III. IV. V. VI

I, II, III, IV, V, VI

VII

VII

Ju malpli amas ni virinon,
Des pli al ŝi ni plaĉas tre,
Kaj des pli baldaŭ vivdestinon
Ni ŝian tiras al pere’.
Malvirto en epok’ iama
Gloriĝis kiel arto ama,
Trumpetis ĉie ĝi pri si
Kaj ĝuojn donis sen pasi’.
Sed tiu ĉi amuzo grava
Ja pli konvenas sen kompar’
Al la maljuna simiar’
De la laŭdita tempo ava:
Kun pufperukoj pasis for
De la Lovelace-oj vanta glor’.

Im mniej rozkochasz się w kobiecie,
Tym łatwiej się podobasz jej,
Pewniej ku zgubnej ciągniesz mecie
I w sieć ponętną pchasz ją lżej.
Rozpusta zimna w dawne wiosny
Z sztuki chlubiła się miłosnej,
Trąbiła wciąż, że sprawia cud,
Bo rozkosz czerpie, dając chłód;
Ale poważna ta zabawa —
Małp starych godna, których stek
Stworzył sławetny dziadów wiek.
Dziś Lowelasów zblakła sława;
Z pudrem wspaniałych peruk wraz
Pogrzebał ją zwycięski czas!

VIII

VIII

Enue estas hipokriti,
Diverse diri pri la sam’,
Penege kun gravec’ agiti
Pri kio ĉiuj certas jam,
Aŭskulti kontraŭdirojn samajn,
Ekstermi antaŭjuĝojn amajn,
Pri kiuj eĉ ne ĝenis sin
La dektrijara junknabin’!
Al kiu do ne tedus petoj,
Ĵurado kaj trompad’ sen ĉes’,
Leteroj sur folioj ses,
Ĉikanoj, larmoj, braceletoj,
De l’ onklinar’ admon’ pri dec’
Kaj de l’ edzar’ pezamikec’!

Kogóż nie znudzi — wiecznie kłamać,
Tych samych słów spożywać wikt,
Albo poglądy takie łamać,
Których nie głosi serio nikt;
Jedne zarzuty słyszeć wiecznie,
Niszczyć przesądy niedorzecznie,
Których nie zdążył wetchnąć świat
W dziewczę, co ma… trzynaście lat!
Kogóż nie znużą klątwy, groźby,
Pierścionki, łzy, żałosny ton,
Listy, co mają dziesięć stron,
Zdrady, ploteczki, kłamstwa, prośby,
Nagłe stawanie matek w drzwiach
I ciężka przyjaźń mężów, ach!

IX

IX

Eŭgen’ meditis tiel mia.
Li estis jam en juna aĝ’
Viktimo de la viv’ pasia
Kaj de la vant-erar’ sen saĝ’.
Tro dorlotite per kutimo,
Jen ravigate super limo,
Jen sen iluziiĝ’ en tut’,
Jen aspirante kun akut’,
Sentante de l’ sukcesoj tedon,
Aŭd-atentante en intim’
Eternan flustron de l’ anim’,
Kovrante per ridet’ oscedon,
Ĉi tiel li en efektiv’
Ok jarojn perdis de la viv’.

Tak drwił Eugeniusz mój z przeszłości…
On, co ofiarą z młodu był
Nieokiełznanych namiętności
I burz, co w oczy miecą pył…
Życiem próżniaczym wypieszczony,
Jakąś drobnostką w mig olśniony,
Rozczarowany inną wnet,
Palony żądzą tête-à-tête,
Tryumfem łatwym szybko psuty,
Wzrok topiąc w ciemny serca grunt,
Aby tam dostrzec wieczny bunt,
Ziewanie kryjąc w śmiechu nuty —
Oto jak, niszcząc życia kwiat,
Zmarnował osiem młodych lat!

X

X

Ne plu li belulinojn amis,
Nur amindumis iom ajn;
Rifuz’ — li konsolite samis;
Perfid’ — ripozis li kun gajn’.
Li serĉis ilin nur apenaŭ
Kaj forlasadis sen ĉagreno
Kaj eĉ sen rememor’ en last’.
Simile pacanima gast’
Alvenas por vespera visto*,
Li sidas ĝis finiĝas lud’:
Li hejmen iras sen diskut’
Kaj dormas laŭ kutim-ekzisto
Kaj eĉ ne scias mem laŭ ver’,
Nun kien iri en vesper’.

Więc już na schadzki nie pospieszał,
Leniwie nogi na nie wlókł;
Odmówią — szybko się pocieszał,
Zdradzą — był rad, że wytchnąć mógł.
Szałem żywota nie zakłócał,
Bez żalu damę serca rzucał;
Miłość znużyła go i złość!
Tak obojętny jedzie gość
Na wieczór, skrócić czas przy wiście;
Siadł… gra się kończy… wstaje wnet…
Wraca, w sypialni progi wszedł
I tam zasypia oczywiście,
A gdy gwar ranka przerwie sen,
Nie wie, gdzie spędzi wieczór ten.

XI

XI

Sed, ricevinte la leteron,
Onegin estis en anim’
Tre kortuŝita per sincero
De la knabina revesprim’;
Li rememoris Tatiana-n,
Aspekton ŝian diafanan
Kaj li ekdronis per spirit’
En dolĉa revo kaj medit’.
Malnovaj sentoj eble ŝlime
Lin ekposedis por minut’;
Sed ne deziris li kun krud’
Senkulpan koron trompi krime.
Nun ni transiĝu al ĝarden’,
Ŝi kie lin renkontis jen.

Lecz otrzymawszy liścik Tani,
Wzruszony mój bohater był;
Z tych uczuć, co w nim żyły raniej,
Jak gdyby naraz strząsnął pył.
W myśli stanęła mu dziewica,
Jej bladość, piękne smutkiem lica.
W niewinny i bezgrzeszny sen
Już go pogrąża obraz ten.
Ogień jej listu w serce wchłania,
Czuje w nim stary, znany ton…
Lecz nie wyzyska przecie on
Duszy niewinnej zaufania.
A teraz lećmy w sad co tchu:
Na niespodziane rendez-vous.

XII

XII

Рэклама