101
Eŭgeno Onegin / Eugeniusz Oniegin — на эсперанта і польскай мовах. Старонка 2

Эсперанта-польская кніга-білінгва

Aleksandr Sergejeviĉ Puŝkin

Eŭgeno Onegin

Aleksandr Siergiejewicz Puszkin

Eugeniusz Oniegin

Onegin ankaŭ celis forte
Al fremdaj landoj kiel mi;
Sed baldaŭ estis de la sorto
Por longe disigitaj ni.
Ĉi tiam lia patro mortis.
Tuj al Onegin sin raportis
Avida kreditora band’.
Diverse en la samdemand’
Kondutas oni: sen inklino
Marĉandi en proces’, Eŭgen’
Heredon cedis sen ĉagren’;
Li ne bedaŭris pri l’ destino
Aŭ li jam revis en spekul’
Pri mort’ de l’ onklo-maljunul’.

Oniegin rad był ze mną jechać,
Wołał go w podróż serca głos,
Lecz musiał planów tych zaniechać;
Na długo nas rozłączył los.
Ojciec mu umarł w owym czasie,
Ku spadkobierczej zbiegł się kasie
Wnet wierzycieli chciwy tłum…
Ogłuszył go pretensji szum.
Eugeniusz nie mógł znieść procesów,
Ojcowski spadek oddał im,
Rad, że zawarli pokój z nim…
Może poprawę interesów
Przeczuł przez zmysł wewnętrzny swój;
Odgadł, że gaśnie stary wuj.

LII

LII

Subite lin atingis vere
De la administrist’ raport’,
Ke lia onklo lastafere
Lin vidi volas antaŭ mort’.
Informon tiun ĉi leginte,
Eŭgeno ĉion forlasinte
Rapidis tuj en poŝta ĉar’
Kaj jam oscedis en prepar’
Pro mono ludi aĉan scenon,
Enui en senvola streĉ’
(Komencis mi ĉi tiel eĉ);
Sed, alveninte la bienon,
La onklon trovis li sur tabl’
Meteblan jam al tera sabl’.

Wkrótce mu rządca przy raporcie
Doniósł, że wuj opuszcza świat
I że, w Letejskim stojąc porcie,
Pożegnać się z siostrzanem rad.
Eugeniusz smutną wieść wyczytał
Z wieczora, i gdy dzień zaświtał,
Już pędził od pocztowych wrót…
Jechał i ziewał, myśląc wprzód,
Że trzeba będzie chmurzyć czoło,
Wzdychać i rolę nudną grać,
Ażeby za to spadek brać!
Lecz nim w krewniaka wjechał sioło
(Tym otworzyłem romans swój),
Na katafalku leżał wuj.

LIII

LIII

La tuta domo estis plena
De la amikoj de l’ mortint’
Kaj amatoroj de l’ solena
Enterigad’ laŭ deca ind’.
Jen oni ĉion jam aranĝis.
Gastar’ kaj popoj’* drinkis, manĝis
Kaj poste grave iris for
Simile krazaŭ post labor’.
Eŭgen’ do estas posedanto
De la vilaĝ’, uzinoj, ter’,
Arbaroj, kvankam en la ver’
Li estis malŝparul’ en vanto,
Sed tre kontentis li kun ĝoj’
Pri sanĝ’ en la ĝisnuna voj’.

W sieni moc służby, domownicy;
Goście wkraczali w domu próg,
Pogrzebów wielcy miłośnicy,
Sąsiadów tłum — i druh, i wróg…
Popi i goście jedli, pili,
Potem do bryczek zawrócili,
Rozjechał się poważnie tłum;
I zamarł w domu zgiełk i szum…
Oniegin w wiejskim tym zakątku
Jest gospodarzem gruntów, wód,
Cegielni, lasów, on, co wprzód
Grosz trwonił, wrogiem był porządku!
Rad, że ma w życiu nowy wzór,
Że zmienił na coś stary tór.

LIV

LIV

Du tagojn al li ŝajnis nova
Kampar’ izola en kviet’,
Malvarmo en arbar’ senmova,
Sonor’ de milda riveret’;
En tria tag’ ĉi ĉio ĉesis,
Jam bosko, kamp’ ne interesis,
Sed eĉ dormigis lin sen far’;
Kaj jen konstatis li en klar’,
Ke en kampar’ enu’ identis
Eĉ malgraŭ manko de kartlud’,
Palacoj, baloj, bru’ en tut’.
Jam la hipoĥondri’ atendis
Kaj nepre sekvis ĉiam lin,
Samkiel ombro aŭ edzin’.

Przez dwa dni zdały mu się nowe
Strumienia szmery, wonność pól,
Wietrzyki, mknące przez dąbrowę,
I gwarem pszczół brzęczący ul.
Trzeciego dnia — las, śpiew ptaszęcy
Nie zajmowały go już więcej;
Sen nań napędzał polny kret,
Nużyło wzgórze: ujrzał wnet,
Że nuda na wsi gospodarzy,
Jak w mieście, chociaż nie ma tam
Balów i wierszy, kart i dam;
Chandra czyhała nań na straży
I biegła za nim w noc i w dzień
Jak wierna żona albo cień.

LV

LV

Naskiĝis mi por pac’ labora,
Por viv’ senbrua en kampar’:
Lir’ tie estas pli sonora,
Kreem’ pli viglas sen kompar’.
En la senkulpa viv’ sen ago
Mi vagas ĉe dezerta lago
En far niente* laŭ kutim’.
Ĉiumatene mi sen lim’
Por ĝu’ vekiĝas kaj libero:
Mi legas iom, dormas pli,
Ne kaptas flugan gloron mi.
Ĉu mi en ombro, sen afero
Pasigis ne laŭ tia sam’
La plej feliĉajn tagojn jam?

Lecz ja o wiosce myślę wdzięczniej.
Mnie był przeznaczon żywot ten;
Toć w ciszy lira śpiewa dźwięczniej
I barwniej błyszczy twórczy sen.
Szczęśliw niewinną wczasu porą
Nad puste chodziłbym jezioro;
Far niente — to mych marzeń szczyt!
I dziś mnie budzi każdy świt
Tylko na słodkie próżnowanie:
Niewiele czytam, wiele śpię,
Za sławą nie uganiam się,
Wspominam młodych dni zaranie,
Gdy na wsi dąb mnie cieniem krył…
Wtedym jedynie szczęśliw był!

LVI

LVI

Kampar’, libero, floroj, amo!
Fidelas kore mi al vi.
Mi ĉiam ĝojas pri malsamo
Jen ĉe Onegin, jen ĉe mi,
Por ke mokema min leganto
Aŭ tre malica eldonanto
De sensacioj sen konven’,
Min komparante kun Eŭgen’,
Ne diru poste, ke senhonte
Min mem mi montris en portret’
Je Byron, de l’ fier’ poet’*,
Eĉ malgraŭ tio, ke rakonti
Ja oni povas en poem’
Ne nur kaj nepre pri si mem.

Wsi, ciebie kocham sercem szczerem,
Ja kocham każdy polny kwiat!
Różnicę w sobie z bohaterem
Jam zawsze tu podkreślić rad,
Aby potwarczy jakiś krytyk,
Albo czytelnik, który przytyk
Rad będzie zrobić — chytry lis —
Sprawdzając tutaj każdy rys,
Nie drwił, rzucając w obieg zdanie,
Żem tu nabazgrał portret swój,
Jak Byron, wiodąc z światem bój…
Jak gdybyśmy nie byli w stanie
Znaleźć dla pieśni inną treść,
Tylko o sobie duby pleść!

LVII

LVII

Mi atentigu: la poetoj
Tre ŝatas revi pri la am’.
Okazis iam, en sekretoj
Mi sonĝis; tiujn sonĝojn jam
La kor’ konservis en profundo;
Muz’ revivigis ilin nun do:
Kaj kantis mi pri ideal’,
Pri virgulin’ de monta val’,
Pri kaptitinoj de Salgiro*.
Amikoj miaj, nun de vi
Demandon ofte aŭdas mi:
«Pri kiu revas via liro?
Al kiu inter inamas’
Vi ĝin dediĉis kun emfaz’?

Lecz à propos: toć wszyscy wieszcze
Oddają snom miłosnym hołd…
Te sny niedawno snułem jeszcze,
Płacąc im w rymach znaczny żołd.
Muza, gdy drżały one we mnie,
Umiała zdobić je tajemnie
I opiewała «dziewę gór»,
Ideał piękna, cnoty wzór,
I niewolnice ze Salhiry.
Dziś, przyjaciele, po tym śnie!
Słyszę, jak chcecie pytać mnie:
«Po kim wzdychają struny liry?
Czyją dziś nosisz z damskich szarf?
Komuś poświęcił dźwięki harf?

LVIII

LVIII

«Rigardo kies, inspirante,
Jam rekompencis per kares’
Meditoplenan vian kanton?
Vi kiun benis per la vers’?»
Neniun, amikar’, je dio!
Mi spertis sen agrablo ia
Frenezalarmon de la am’.
Feliĉas, kiu kun la flam’
De l’ rimoj ligis ĝin: pliigis
Sanktaĵon li de l’ poezi’,
Sekvante post Petrarca*, li
La korturmentojn trankviligis,
Atingis ankaŭ li al glor’;
Sed mi mut-stultis pro amor’.

I dziś na jakiej cześć dziewoi
Z kadzideł twoich wzlata dym?
Kogoś ubóstwił w odzie swojej?
Którąś uwiecznił przez swój rym?»
Nikogo, bracia, ach, na Boga!
Ucichł miłości szał i trwoga…
Kto burzy uczuć spłacił dług,
Szczęśliw, gdy z nią połączyć mógł
Gorączkę rymów: On podwoił
Szaleństw poezji święty żar,
I Petrarkowy wznowił czar,
I sławą — serca ból ukoił!…
Ja, gdy mnie uczuć porwał wir,
Zgłupiałem i nie tknąłem lir.

LIX

LIX

La amo pasis, venis Muzo
Kaj pliklariĝis mia mens’.
Belsonojn serĉas mi por uzo
En lig’ kun sentoj kaj kun pens’;
Mi skribas kaj la kor’ ne ĝemas:
Kaj mia plum’ ne desegnemas
Forgese apud verskombin’
Piedojn, kapon de virin’;
Cindr’ estingita jam ne brulos,
Sopiras mi; sed mankas larm’.
Kaj baldaŭ la antaŭa varm’
Plu en la kor’ sin ne spegulos:
Do tiam verkos mi en fin’
Poemĉapitrojn dudek kvin.

Gdy miłość znikła, Muza — bliska,
Rozwiewa się mej myśli mrok,
Natchnienia źródło w sercu tryska
Płynie czarownych dźwięków tok.
Piszę… przestaje tęsknić dusza,
Pióro rysować nie przymusza
Obok przerwanej pieśni słów
Kobiecych nóżek, albo głów…
Zagasły popiół nie rozpłonie;
Nie płaczę już, choć tęsknię rad…
Lecz wkrótce, wkrótce, burzy ślad
W głębinach duszy mej zatonie.
Poemat pisać znajdę chęć…
Pieśni najmniej dwadzieścia pięć!

LX

LX

Jam pensis mi pri form’ de l’ plano
Kaj pri la nomo de l’ hero’;
Ĉapitr’ unua de l’ romano
Finita estas dume do:
Kontrolis ĉion mi severe;
Kontraŭoj multaj estas vere,
Ĉu mi korektu ilin nur?
Mi pagu ŝuldon al cenzur’,
Al ĵurnalistoj por formanĝo
La frukton donu mi de l’ rev’:
Do iru al la bord’ de Nev’*
La novnaskita verkaranĝo,
Tributon portu de la glor’:
Insultojn, klaĉojn pri l’ aŭtor’!

Mam plan już nawet, formę wierszy,
Wiem, jak bohater ma się zwać…
Tymczasem dość, że rozdział pierwszy
Tego romansu kończę snadź.
Przejrzałem wszystko to surowo,
Sprzeczności mnóstwo… Daję słowo!
Poprawiać nie chcę, choćbym mógł.
Cenzurze pragnę spłacić dług;
I dziennikarzom na rozdarcie
Pracownej myśli oddam nić:
Ku newskim brzegom zatem idź,
Dziecię mej duszy!… Spiesz na starcie
I sławy dań mi przynieś stąd:
Wymysły, hałas, krzywy sąd!

Ĉapitro dua

Rozdział II

O rus!
Hor.
O Rusj!*

O rus!
Horacy
O Ruś!

I

I

Bien’, loĝita de Eŭgeno,
Beleta estis angulet’;
Kontentus tie ĉi kun beno
La paca ĝuamik’ — poet’.
Sinjora domo izolita,
Per mont’ de ventoj forbarita,
Ĉe bordo staris de river’;
En malproksimo en liber’
Herbejoj floris, kampoj grenaj,
Vilaĝoj staris je najbar’,
Sur herboj paŝtis sin brutar’
Kaj ombre spiris la ĝardeno
Tre granda, vasta, densa plej,
De la Driadoj* rifuĝej’.

Był to czarowny kącik ziemi —
Ta Eugeniusza mego wieś…
Kto sny się poisz niewinnemi,
W ustronie takie serce nieś!
Dwór od chat gwarnych oddalony,
Górą od wiatrów zasłoniony,
Nad rzeką stał; daleko w krąg
Ciągnęły się dywany łąk,
Złociły w słońcu pola pszenne,
Migały wsie, błękitniał staw,
Stada błądziły pośród traw,
I rzucał gęsto cienie senne
Ogromny, zapuszczony sad,
Najmilszy smętnych Dryjad świat.

II

II

La domo estis konstruita
Laŭ spec’ de familikastel’:
Fortika, firma, bonkvalita
Laŭ gusto de l’ antikva bel’;
Tre altaj ĉambroj, salonetoj,
En gasta halo — ŝtoftapetoj,
Sur mur’ portretoj avaj jen,
Ornamkaheloj sur kamen’.
Nun malnoviĝis jam ĉi ĉio,
Ne scias mi, pro kiu kaŭz’:
Cetere kun la sama naŭz’
Eŭgen’ rilatis al ĉi tio,
Lin oscedigis laŭ egal’
Ĉu moda, ĉu antikva hal’.

Szanowny zamek był stawiany
Świetnie; dziś takich domów brak.
Komnaty ciche, mocne ściany,
Jak kazał mądry stary smak.
Salon z materii miał obicie,
Sufit wysoki należycie.
Carskich portretów wisiał rząd,
Piec z barwnych kafli zdobił kąt.
Wszystko to dawno wyszło z mody.
Czemu, doprawdy, nie wiem sam…
Zresztą, gdy prawdę mówić mam,
Oniegin w tym nie widział szkody:
Jednako ziewał, patrząc w dal,
Śród starych i śród modnych sal.

III

III

En tiu ĉambro li ekloĝis,
Pli frue kie ĝia estr’
Mastrumistinon jen riproĉis,
Jen premis muŝojn sur fenestr’.
Tre simplis ĉio: kverka planko,
Kanap’ lanuga, tablo, ŝranko,
Neniu inkmakula mank’.
Eŭgen’ rigardis en la ŝrank’:
Spezlibron trovis li kun aro
Botela da diversa brand’,
Karafojn da pomakva frand’
Kun kalendar’ de l’ oka jaro;
Ja la mortinto dum labor’
Ceteron lasis en ignor’.

Penaty swe w tej izbie mieści,
Gdzie stary dziwak skromnie żył,
Z klucznicą darł się lat czterdzieści,
I placką zręcznie muchy bił.
Wszędzie tu stara prosta moda:
Miękka kanapa, stół, komoda…
Ni śladu z atramentu plam.
Oniegin w szafę zajrzał, tam
Znalazł wydatków rejestr… Za to
W kredensie, dzierżąc stałą straż,
Stał z nalewkami szereg flasz;
Przy nich kalendarz z dawną datą…
Starzec miał dużo spraw; do rąk
Nie brał więc nigdy innych ksiąg.

IV

IV

Soleca en bieno sia,
Nur por pasigi tempon for,
En la komenc’ Eŭgeno nia
Ekzorgis pri la nova mor’.
Saĝul’ en sia lok’ dezerta,
Li jugon de l’ servuto certa
Anstataŭigis per tribut’
Facila por plenum’ en tut’.
La kamparanoj ĝojis, tamen
Koleris la najbar’ pri li
Pro tim’ je malutil’ al si;
Ridetis la alia same;
Kaj fam’ ekkuris en cirkul’,
Ke estas li danĝer-strangul’.

Śród wielkich swoich dóbr samotny,
By w jakiś sposób spędzić czas,
Myślał mój druh (miał umysł lotny)
Nowy porządek wnieść tu wraz.
Nasz mędrzec dobre miał natchnienia:
Na czynsz pańszczyznę starą zmienia,
Na lekki czynsz… Odetchnął rab,
Za pana modli się tłum bab.
Za to skrzywiono się w sąsiedztwie:
Bardziej praktycznych panów ród
Wróży z reformy mnóstwo szkód.
Szepnął o myśli ktoś kalectwie.
Wszyscy rozpaczny czynią gest:
«To dziwak niebezpieczny jest!»

V

V

Komence oni lin vizitis,
Sed ĉar tra malantaŭa kort’
Kutime gastojn li evitis
Per rajdo for tuj laŭ raport’,
Ke jen sur voj’ alvenas ĉaro
De vizitanta lin najbaro, —
Do ĉiuj en ofendhumor’
Kun li rilatojn rompis for.
«Fuŝedukito, li frenezas,
Li estas framason’*, ne pli,
Nur ruĝan vinon drinkas li,
Por sinjorinoj ne komplezas;
Li diras sole ne aŭ jes.»
Jen estis ĉies finimpres’.

Wprzód każdy spieszył jak pochlebca…
Na przyjaźń z nim liczono snadź!
Lecz że dońskiego sobie źrebca
Przed tylną sień zalecał dać,
Kiedy na głównej drodze sioła
Zaturkotały tylko koła —
Więc dąsów stąd się zrodził huk
I… zmilkł na drodze bryczek stuk!
«Nasz sąsiad nieuk z pyszną miną!
Mason, nie może być dwóch zdań!
On nie całuje rączek pań!
Szklanką czerwone pija wino!
Krótko tnie swoje: „nie!” lub „tak!”».
Rzeczono w głos: »Zwyczajów brak!»

VI

VI

Ĉi tiam bienul’ alia
Vilaĝon sian venis mem,
Kaj inter najbararo sia
Li ankaŭ estis klaĉa tem’
Vladimir Lenskij laŭ la nomo
Kaj vere Göttingen-a* homo,
Belulo juna en komplet’,
De Kant* adepto kaj poet’,
Venigis li el Germanio
La fruktojn de scienca ver’:
Ribelajn revojn pri liber’,
Spiriton flaman, strangan iom,
Entuziasmon en parol’
Kaj nigrajn harojn ĝis la kol’.

Tak krążą plotki i pogłoski,
Aż znajdą nową rozmów oś…
Do swej rodzinnej wrócił wioski
W tym samym czasie jeszcze ktoś…
A zwał się on Włodzimierz Leński;
Był to duch iście gettyngeński,
Młodzieniec piękny… Chociaż wieszcz,
Kant w nim podziwu budził dreszcz.
Przywiózł z Germanii mnóstwo znamion:
Marzenia mgliste — wiedzy plon,
Entuzjastyczny mowy ton,
Kędziory czarne aż do ramion,
Ognistą duszę mknącą hen! —
I o wolności luby sen.

VII

VII

Ne jam velkintan pro malvarma
Malvirto de la granda mond’,
Karesis lin favoro ĉarma
De la fraŭlina bela rond’.
Li tre malspertis en sincero;
Plej bela lulis lin espero,
Kaj de la nova mondobril’
Lin junan logis kun facil’.
Amuzis li per dolĉa revo
La dubojn de la kornaiv’
Kaj estis celo de la viv’
Por li enigme loga devo;
Li ĝin cerbumis kun supoz’,
Ke ĝi miraklas en kaos’.

Jeszcze nie zwiędnął. Nie zdołała
Wciągnąć rozpusty chłodnej toń
Tej duszy, którą mu rozgrzała
Pieszczota dziewic, druha dłoń.
Serce, niewiedzą miłą tchnące,
Snuło nadzieje czarujące.
Świata nieznany blask i szum
Ponętą były młodych dum…
Dusza ta była jeszcze gładką,
Cień zwątpień nie padł na jej biel;
Śniącemu słodko życia cel
Nęcącą zdawał się zagadką.
Nie łamał głowy nad nią, wprzód
Podejrzewając wzniosły cud!

VIII

VIII

Li kredis, ke anim’ parenca
Kun li kuniĝos en finfin’,
Ke ĝi sopiras dekomence
Fidele atendante lin.
Li kredis, ke l’ amikoj vere
Defendi pretas lin sufere,
Ke man’ ilia en bezon’
Ne tremos kontraŭ la fripon’:
Ke estas sortoelektitaj
[Amikoj sanktaj de l’ homar’
Kaj ke ilia solidar’
Per lumradioj senevitaj
El alta kaj eterna font’
Feliĉon dotos al la mond’.]*

Wierzył, że duszę ma pokrewną,
Że ta tęsknocie płaci dań,
Że się połączy z nim na pewno,
Że każdej chwili czeka nań…
Że za cześć jego — wierzył z góry —
Przyjaciel pójdzie na tortury,
I że dłoń druha ani drgnie,
Kiedy w potwarcze łono tnie;
Wierzył, że są wybrańcy losu,
Którzy prowadzą cały lud
Do ideału jasnych wrót,
Że nieśmiertelny dźwięk ich głosu
Powoła ludzkość aż na szczyt,
Że przyjdzie wieczny szczęścia świt!

IX

IX

Indigno nobla kaj kompato,
Por ĉies bono pura am’
Kaj de la gloro dolĉa ŝato
Tre frue lin agitis jam.
Kun lir’ vojaĝis li vivlote;
Sub la ĉiel’ de Schiller*, Goethe*
Pro ties flama poezi’
Ardiĝis en animo li;
Kaj la belarton li de Muzoj
Ne profanigis, feliĉul’;
En kant’ konservis sen makul’
Plej altajn sentojn li sen ruzoj,
Impetojn de la virga rev’
Kaj ĉarmon en supera lev’.

Ta miłość, co przed dobrem klęka,
Nienawiść złego, święty gniew
I ona sławy słodka męka —
Wcześnie wzburzyły jego krew.
Niebo Goethego i Schillera
Jaśniało nad nim; atmosfera
Ich pieśni wlała w duszę szał…
Wówczas płomienną lirę brał,
Podniosłą Muzę przywoływał.
Szczęśliwych natchnień był w nim splot,
Nigdy nie spadał jego lot;
On w pieśniach dumnie zachowywał
Dziewiczych snów naiwny żar,
Powagę i prostoty czar.

X

X

Li kantis amon kaj destinon
Kaj klara estis lia kant’
Samkiel pensoj de knabino,
Samkiel sonĝo de infan’,
Samkiel luno en ĉielo,
Diino de sekreta belo;
Li kantis pri sopir’ sen lim’,
Pri io kaj pri malproksim’,
Pri rozoj romantik-motivaj,
Pri foraj landoj en silent’,
En kiuj longe pro turment’
Verŝiĝis liaj larmoj vivaj;
Li kantis pri la vivdomaĝ’
En nure dekokjara aĝ’.

Miłość dobywał z duszy swojej,
A tak był czystym jego tren,
Jako niewinnej myśl dziewoi,
Jako dziecięcia słodki sen,
Jakoby Diana w nieb pustyni,
Westchnień, tajemnic, snów bogini.
Nieokreślony śpiewał żal,
Nieznane «coś» i mglistą dal,
Opiewał róże romantyczne,
Rozłąki ból, daleki kraj,
Gdzie cicho w kwiatach stąpa Maj,
Gdzie płyną dziewic łzy mistyczne…
Śpiewał, że pobladł życia kwiat,
A nie miał… osiemnastu lat!

XI

XI

En la dezerto, kie sole
Eŭgen’ kompreni povis lin,
Al la najbaroj senbonvole
Rilatis li kaj sen inklin’;
Li fuĝis for de bru’ ilia.
La babilad’ konversacia
Pri fojnfalĉado, vinprepar’,
Pri hundoj kaj pri parencar’
Neniel brilis tute certe
Per sento aŭ per poezi’,
Nek per spritec’ aŭ per raci’,
Nek per la art’ kunvivi lerte;
Sed de l’ edzinoj fuŝbabil’
Eĉ estis malpli sen util’.

W pustyni, gdzie Eugeniusz jeden
Cenę talentu jego znał,
Sąsiedzkich uczt banalny Eden
Słaby dla niego urok miał.
Leński od gwarnej zbiegł zabawy…
Nie dziw! Rozsądna treść rozprawy
O porze żniw, o węchu psim,
O wódce, nie budziła w nim
Zajęcia; w szczerej tej spowiedzi —
Przez dowcip, polot, albo smak,
Lub nieco żywszych uczuć znak,
Nie uderzyli go sąsiedzi;
A zaś ich miłych szczebiot żon
Niósł jeszcze słabszy myśli plon.

XII

XII

Tre bela, riĉa, Lenskij estis
Traktata ĉie je fianĉ’;
Kutim’ kampara tia restis
Kaj ĉiu lin kun sia branĉ’ —
Kun la filino antaŭsvatis;
Apenaŭ venis li, debatis
Jam tuj la tuta societ’
Pri vivenu’ sen edzinet’;
Dum tetrinkad’ ĉe samovaro*
Al Dunja* oni por kompren’
Flustretas: «Dunja, vidu jen!»
En fin’ aperas jam gitaro,
Kaj ŝi ekpepas (mia di’!):
«Palacon venu vi al mi!»*

W pięknym młodzieńcu konkurenta
Czuł zabiegliwych matek chór…
Działa zasada na wsi święta:
Już wszystkie mamy dla swych cór
Śniły w nim zdobycz; próg przestąpi,
Już mu rozmowa nie poskąpi —
Niby to dalszą snując nić —
Żalów: «Jak źle bez żony żyć!».
Na stole stanie wnet herbatka;
Na samowaru baczyć kran
Ma Dunia… «Duniu, pić chce pan!»
Tu jej gitarę poda matka
I już (o, Boże) słychać pisk:
«O przyjdź, gdzie złoty słonka błysk»…

XIII

XIII

Sed Lenskij, ne volante certe
Sin katenigi per edziĝ’,
Deziris kun Onegin sperta
Interkoniĝi kun prestiĝ’.
Kuniĝis ili: ŝton’ kaj ondo,
Glaci’ kaj flam’, proz’ kaj versrondo
Diferenciĝas ja ne pli
Ol kiom ili inter si.
Komence ili ne komunis,
Sed poste plaĉis kaj en fin’
En ĉiu tag’ renkontis sin
Kaj baldaŭ ambaŭ ĉiam kunis.
Jen tiel ĉi amika par’
Formiĝis pro nenionfar’.

Jego — hymenu węzeł drażni,
Nie nęci jeszcze mirtu liść,
On marzy tylko o przyjaźni;
Do Oniegina woli iść.
Zeszli się. Dziwna!… Lód z płomieniem,
Proza z poezją, wiatr z kamieniem
Mniej różnic mają, niż ci dwaj…
Każdy, jak w obcy wchodząc kraj,
Niepewność odczuł w pierwszej chwili;
Potem nęciła różność ta,
Potem zjeżdżali się co dnia —
Nierozłączeni wkrótce byli!
Niejeden z nas (ja pierwszy snadź)
Tak sobie serce gotów dać.

XIV

XIV

Sed ni eĉ tion ĉi ne scias;
Sen antaŭjuĝa amikem’
Ni ĉiujn nuloj opinias
Kaj la unuoj nur nin mem;
Ni celas al Napoleonoj*,
Dupiedulaj milionoj
Por ni nur estas instrument’,
Por ni ridindas vera sent’.
Sed estis ja Eŭgen’ pli bona;
Kaj kvankam li kun malestim’
Rilatis al la homa ŝim’,
Regulo mankas unutona:
Li iujn traktis kun estim’
Kaj ŝatis senton en intim’.

Coraz jest rzadszą przyjaźń szczera!
Wszelkie przesądy zniszczył czas:
Dzisiaj we wszystkich widzim zera,
Chcąc, by jednostką zwano nas.
Każdy chce być Napoleonem
I jak narzędziem, tak milionem
Dwunogich stworzeń rządzić rad.
Śmieje się dzisiaj z uczuć świat!
Eugeniusz w nowych praw porządku
Znośniejszym był od wielu; znał
On ludzi, wzgardę dla nich miał,
Lecz (nie ma reguł bez wyjątku)
Umiał niektórym oddać cześć,
Szanował szczerą serca treść!

XV

XV

Aŭskultis li kun bonrideto:
De Lenskij flamparola ard’,
Nefirma opinikonkreto
Kaj inspirplena brulrigard’, —
Ĉi ĉio por Onegin novis
Kaj li malvarman vorton provis
Haltigi ĉiam en la buŝ’,
Kaj pensis li: ja estus fuŝ’
Malhelpi al la ĝoj’ minuta;
La tempo venos ja sen mi;
Kaj dume vivu reve li
Kun kred’ al bono absoluta;
Indulgu ni al juna aĝ’
Junec-deliron en la saĝ’.

Z uśmiechem słuchał on poetę:
Ognisty młodych sądów skok,
Myśl, za doświadczeń mknąca metę,
I ten natchniony wiecznie wzrok —
Wszystko to było dlań tak nowem;
A więc mrożącym swoim słowem
Nie chciał tej młodej duszy truć…
Myślał: «Toć głupio szczęście psuć,
I tak trwa ono krótką chwilę,
Życie otworzy oczy mu;
Tymczasem, szczęśliw z swego snu,
Niechajże wierzy dobra sile!
Wybacz gorączce młodych lat
Młodzieńczy żar i złudzeń kwiat».

XVI

XVI

Disput’ pri ĉio, malkonsentoj
Instigis ilin al rezon’;
Kontraktoj de antikvaj gentoj,
Sciencofruktoj, bon’, malbon’,
Jarcenta superstiĉo forta,
Fatalo de la viv’ postmorta,
La vivo kaj la sort’ en tut’,
Subiĝis ĉio al diskut’.
En flam’ debata la poeto
Forgese legis kun talent’
Poemojn nordajn po fragment’;
Kaj lin kun pardonema preto
Aŭskultis kun atent’ Eŭgen’,
Eĉ kvankam ofte sen kompren’.

Wszystko ich wlokło do rozmowy,
Budziło myśl, wzniecało spór:
Umarłych plemion szlak dziejowy,
Trwałych przesądów chiński mur,
Gra losu często niedorzeczna,
I tajemnica grobu wieczna,
I zło, i dobro, prawda, błąd —
Wszystko podpadło pod ich sąd.
Leński, w dyspucie zapalczywy,
Zapomni się, bywało, tak,
Że głosi ustęp z szwedzkich sag,
A mój Eugeniusz pobłażliwy,
Chociaż bywała ciemną treść,
Wyrażał mu uwagą cześć.

XVII

XVII

Diskutis tamen plej pikpinte
Ermitoj niaj pri la am’.
Potencon ĝian forskuinte,
Onegin ĝin pricitis jam
Kun spir’ nevola de bedaŭro:
Feliĉas, kiu post la daŭro
De I’ amsufer’ ĝin lasis for;
Sed pli feliĉas, kies kor’
Ne sciis ĝin, kaj kiu ruze
Per disa viv’ mutigis ĝin
Kaj eĉ oscedis kun edzin’
Kaj kun amikoj senĵaluze,
Kaj kapitalon de l’ av-ras’
Ne fidis al malica as’*!

Lecz częściej dwaj anachoreci
Brali za treść — miłości świat;
Wyrwawszy się z jej władczej sieci,
Oniegin mówił o niej rad —
Z westchnieniem, z żalem mimowolnym.
Szczęśliw, kto był do tego zdolnym,
Że w burzę wszedłszy, uszedł tuż;
Szczęśliwszy ten, co nie znał burz,
Co miłość ziębił przez rozstanie,
Ból przez szyderstwo; szczędził sił,
Ziewając, kawkę z żoną pił,
Zazdrości w sercu tłumił granie,
Nie stawiał, aby chłodzić krew,
Majątku — na waleta tref!

XVIII

XVIII

En tempo, kiam ni atingos
Al la trankvila saĝa pac’,
Flam’ de pasioj sin estingos
Kaj ni konstatos en sagac’
Ridindon de ĉi tiuj sentoj,
Impetoj kaj malfruaj pentoj, —
Humiligitaj ne sen pen’,
Ni ŝatos aŭdi kun ĉagren’
Ribelon fremdan de l’ pasioj,
Ĝi estas por la kor’ incit’;
Maljuna same invalid’
Volonte turnas aŭdon sian,
Solul’ lasita, al rakont’
En mez’ de junbravula rond’.

Gdy nas rozsądek pod sztandary
Powoła swe, gdy w ciszy czas
Zgasną namiętnych pragnień żary,
Kiedy już tylko bawi nas
Kapryśna żądza swym oddechem,
Kiedy z spóźnionym serca echem
Walcząc, tłumimy krwi swej ruch,
Wówczas nam jeszcze pieści słuch
Cudzej miłości powieść słodka,
W głębinach duszy ryjąc znak.
Ach, inwalida stary tak,
Kiedy wąsaczów młodych spotka,
Słyszy w swej chacie armat ryk,
O nowe boje pytać zwykł.

XIX

XIX

Kaj ankaŭ la junaĝ’ nenion
Kapablas teni en sekret’:
Ĉagrenon, ĝojon, simpation
Malkaŝi povas ĝi en pret’.
Je am’ estante invalido,
Onegin grave kun solido
Aŭskultis, kiel kun sincer’
Sin montris la poet’ en ver’;
Konfidoplenan korkonscion
Nudigis li tre simple jen,
Eŭgen’ eksciis tuj sen pen’
De lia amo historion,
Abundan je diversa sent’,
Al ni ne nova por atend’.

Ale i młodość błąd milutki
Posiada: nie ukryje nic;
Nienawiść, miłość, radość, smutki
Wygada wnet z rumieńcem lic.
Oniegin, niby inwalida
W kochaniu, bada, jak się wyda
Leńskiego miłość; ten był rad
Otworzyć przed nim serca świat,
Wybranki swej przymiotów dowieść.
Eugeniusz przeto poznał wnet
Szczegółów moc od a do zet,
Całą miłości młodą powieść —
Ocean uczuć… Wyznać mam?
Nie było nic nowego tam!

XX

XX

Ah, amis li ĝis tia limo,
Ne restis kia nun en pur’;
Ĉi tiel la poetanimo
Ankoraŭ povas ami nur:
Konstante unu nur sopiro,
Kutima unu nur deziro,
Kutima unu nur dolor’!
Nek malproksim-restado for,
Nek longa temp’ da pacienco,
Nek horoj da servad’ al Muz’,
Nek alilanda mir-amuz’,
Nek gaja bruo, nek scienco
Eĉ iom aliigis lin,
Benitan de virgec-destin’.

Włodzimierz kochał… Ach, niestety,
Dzisiaj miłości takiej brak!
Tylko szalony duch poety
Jeszcze skazany kochać tak!
Wszędzie i zawsze myśl jedyna,
Pełna jej każda jest godzina,
Jedno marzenie, jeden żal!
Ani ziębiąca zwykle dal,
Ani rozłąki długie lata,
Nauki chłód i Muzy dar
I cudzoziemskich dziewoj czar,
Gwar uczt, wrażenia barwne świata—
Nic nie zmieniło duszy tej,
Którą za młodu oddał Jej!

XXI

XXI

En la knabaĝo, dum ne konis
Ankoraŭ korturmentojn li,
Al Olga ĉiam li patronis
En la infana idili’;
Li ĉiam ŝin ĉe bosk’ apuda
Kunulis dum amuzo luda,
Kaj la najbaroj-patroj jam
Kunsvatis ilin por ĉiam’.
En la kampar’, sub ombr-vualo,
En senkulpeco sen skrupul’,
Sub la gepatra zorg-okul’
Ŝi floris kvazaŭ bel-konvalo
En herb’ kaŝita sub foli’
For de abel’ aŭ papili’.

Chłopięciem był, a już niewinne
Serce uderzył Olgi wdzięk
I na zabawy jej dziecinne
Patrzył z zachwytem, czując lęk…
Z wolna się zbliżył; w cieniach gaju,
Dzieci bawiły się, jak w raju…
Widząc krzepnący związek ten,
Matki o ślubie snuły sen.
W ustroniu, w cienie brzóz spowita,
W oczach rodziców szczęściem drżąc
I niewinności czarem tchnąc,
Jako konwalia kwitła skryta,
Której przez traw zielony gąszcz
Nie dojrzał motyl, ani chrząszcz.

XXII

XXII

Al la poeto ŝi ja donis
Unuan sonĝon de l’ inspir’,
Kun la ide’ pri ŝi eksonis
Unua ĝem’ de lia lir’.
Adiaŭ, ludoj facilpensaj!
Al li ekplaĉis boskoj densaj,
Soleco kaj silento nun,
Kaj nokto, kaj stelar’, kaj lun’, —
La lun’, ĉiela lampiono,
Al kiu iam en vesper’
Dediĉis ni kun la sincer’
Sopirojn, larmojn, amadmonon…
Sed nun en ĝi ni vidas nur
Lanternon bonan de l’ natur’.

Tak pierwsze sny, zachwyty pierwsze
Dała Leńskiemu Olga… Wnet
Począł pisywać czułe wiersze,
Zabrzmiał elegią jego flet.
Żegnajcież gry dzieciństwa złote!
Pokochał ciszę i tęsknotę,
Samotność, gwiazdy, nocny czas
I tajemniczy gęsty las,
I lunę, cudną lampę nieba,
Której składaliśmy i my
Westchnienia nocne i te łzy,
Co je wypłakać z serca trzeba…
Dziś! — myślim, że jej świetlna gra
Latarki blask zastąpić ma!

XXIII

XXIII

Konstante milda, obeema
Kaj gaja kiel la maten’,
Tre simpla kiel viv’ poema,
Kaj ĉarma kiel kisa ben’,
Kun la okuloj bluĉielaj,
Rideto, bukloj line helaj,
Kun movoj, voĉo kaj statur’,
Jen Olga… tamen prenu nur
Romanon ĉiun, sendispute
Portreton ŝian trovos vi:
Tre ĉarmas ĝi; ĝin amis mi,
Sed tedis ĝi al mi jam tute.
Permesu do okupi min
Pri la pliaĝa nun fratin’.

Zawsze posłuszna, skromna zawsze,
Wesoła zawsze, jako świt,
Miła, jak słówka najłaskawsze,
Prosta, jak młody wieszcza byt;
Oczka błękitne jak niebiosy,
Uśmieszek, w płowych loczkach włosy,
Leciutka kibić, ustek mak —
Wszystko to w Oldze… Ale wszak
Łacno jej portret odnajdziecie:
Dość pierwszy lepszy romans wziąć.
Sam mogłem ongi przy nim schnąć
Z miłości, lecz mnie znudził przecie.
Więc, czytelniku, skończmy z nim —
O starszej siostrze składam rym!

XXIV

XXIV

Ŝi havis nomon Tatiana*.
Unue do sen ironi’
La dolĉajn paĝojn de l’ romano
Per tia nom’ sanktigu ni.
Nu kion? Estas ĝi sonora,
Sed scias mi, ke en memoro
Ĝi vekas bildon de malnov’
Aŭ de servistinej’. Kun pov’
Konfesi, ni konstatu: mankas
Pri nomoj bona gust’ al ni
(Eĉ sen parol’ pri poezi’);
Por la klereco ni ne dankas,
De ĝi nur restis la influ’
De afektem’, — nenio plu.

Jej siostra zwała się Tatianą…
Znajdziecie w tym zuchwały żart,
Żem śmiał wprowadzić takie miano
Do romansowych czułych kart…
Lecz wszakże mile dźwięczy w rymie;
Więc cóż, że razi was to imię
Czeladnej izby starym tchem…
Jeżeli chcecie, wyznać śmiem,
Że u nas mało smaku wszędzie,
Jak w mianach, które nosi lud
(Że już nie wspomnę naszych ód)…
Z postępem iść nam trudno będzie!
Ba, od oświaty — z pudrem lic
Wzięliśmy pozę — więcej nic!

XXV

XXV

Do ŝi nomiĝis Tatiana.
Nek per beleco de l’ fratin’,
Nek per freŝeco ties sana
Atenton tirus ŝi sur sin.
Tre silentema kaj amara,
Timema kiel cerv’ arbara,
En sia propra famili’
Knabino fremda ŝajnis ŝi.
Ŝi karesemi ne aspiris
Al la gepatroj kun volont’.
Infano, en infana rond’
Ŝi ludi, salti ne deziris,
Kaj ofte sidis ŝi sen plend’
Ĉe la fenestro en silent’.

A zatem zwano ją Tatianą…
Nie wiem, w czym był jej wdzięku klucz.
Świeżością siostry swej rumianą
Nie mogłaby pociągnąć ócz.
Dzika, milcząca, zbyt wrażliwa,
Jak łania leśna bojaźliwa,
Choć ją otaczał krewnych świat,
Rosła w nim, jako obcy kwiat.
Nie lubi pieszczot… Ojciec, matka
Nie mogli czytać w duszy tej,
Choć dziecię — nie pociąga jej
Dzieci bawiących się gromadka.
I czasem w oknie cały dzień
Siedzi milcząca jako cień.

XXVI

XXVI

Plej multe ŝi pensemon amis
De post plej frua sia jar’
Kaj ĝi per rev’ al ŝi ornamis
La vivenuon de l’ kampar’.
Fingraro ŝia ne laboris
Per la kudrilo; kaj ne floris
Brodita silka filigran’
Sur blanka tol’ sub ŝia man’.
Jen signo de regem’ kutima:
Infan’, ludante per la pup’,
Preparas sin por ekokup’
De la posten’ en ord’ reĝima
De l’ mondo kaj edukas ĝin
Laŭ lecionoj de l’ patrin’.

Zaduma była od kołyski
Żywiołem jej, przyjaznym tchem,
Wczas wiejski, zawsze nudy bliski,
Barwiła jej ciekawym snem.
Jej delikatnej ręki palce
Nie znały igły; z nudą w walce
Nie zwykła do rąk kanwy brać,
By w nią jedwabiem życie wlać.
Gdy się w dziewczątku budzi władza,
Posłuszną lalkę pragnie mieć;
W konwenansową zmierza sieć,
Gdy lalkę żartem w świat wprowadza…
Dziewczynki lalkom z taktem dam
Prawią morały swoich mam.

XXVII

XXVII

Sed pupon, eĉ en aĝ’ infana,
Neniam prenis laŭ la plaĉ’
Kaj ne babilis Tatiana
Kun ĝi pri mod’ aŭ urba klaĉ’.
Ne logis ŝin infanpetolo,
Sed mirrakontoj de l’ popolo
En vintra temp’, en nokta hor’
Konvenis pli al ŝia kor’.
Kaj kiam sur herbej’ kunvenis
Laŭ voko de la vartistin’
Infanoj por la ludkombin’,
Ŝi tute ĝin ne partoprenis,
Enuis ŝi ĉe gaja rid’,
Ĉe luda bru’ kaj kurrapid’.

Ale w dziecinne nawet lata
Tatiana lalkę rzuca w kąt…
I z nią o modach, plotkach świata,
Nie toczy rozmów. Widać stąd,
Że są jej obce figle dziecka;
Strasznych powieści treść zdradziecka,
Zimą, gdy mroki rzuca noc,
Ma nad jej sercem większą moc.
A kiedy niania na spacerze
Zbierze dla Olgi dzieci rząd
I poprowadzi w parku kąt —
Ona udziału w grach nie bierze.
Gwar ślepej babki, wietrzny śmiech —
Nie budzą w jej serduszku ech.

XXVIII

XXVIII

Ŝi satis ofte sur balkono
Renkonti venon de l’ aŭror’,
Dum sur la pala blua fono
Stelaro malaperas for,
Terrand’ heliĝas en silento,
Ekblovas frumatena vento
Kaj venas malrapide tag’.
En vintro, kiam nokt’ en vag’
Pli daŭre terduonon tenas
Kaj la malvigla orient’
Pli longedaŭre en silent’
Sub la nebula luno svenas,
El lito en kutima hor’
Ŝi kun kandelo iris for.

Tatiana lubi na balkonie
Uprzedzać złoty jutrzni brzask,
Kiedy na bladym niebios łonie
Stopniowo gaśnie gwiazdek blask,
Kiedy na skraju ziemi dnieje,
I poseł ranka, wietrzyk, wieje,
I z wolna zdąża jasny dzień.
A zimą, kiedy nocny cień
Oblecze wszystko czarną smugą,
Gdy cała ziemia ciężko śni
I mglisty miesiąc blado lśni
I wschód ociąga się przydługo,
Już nie potrafi w łóżku zwlec,
Ubiera się przy blasku świec.

XXIX

XXIX

Ekŝatis paĝojn ŝi romanajn
Kaj frue jam ekamis tro
La emociajn trompojn vanajn
De Richardson* kaj de Rousseau.
La patro ŝia estis brava
Bonulo de l’ epok’ antaŭa;
Ne vidis, ne legante mem,
Danĝeron li en la legem’
Kaj librojn traktis je ludilo,
Ne zorgis, kiu libro jen
Sekrete dormas sub kusen’
Ĉe la filino en trankvilo.
Kaj la edzino sen opon’
Favoris mem al Richardson.

Romanse ją zajęły właśnie;
One to dla niej wszystkim są!
Ją czarowały z młodu baśnie
I Richardsona, i Rousseau.
Ojciec jej był poczciwiec sobie,
Dość zapóźniony w zeszłej dobie,
Nie widział w druku szkodnych plam.
Prawda, nie czytał nigdy sam,
Ale w powagę ksiąg nie wierzy,
Nie daje ceny wieszczym snom,
Nie dba więc, jaki tajny tom
Pod poduszeczką córki leży.
A jego żona… Czyżbym śnił?
Richardson dla niej bóstwem był!

XXX

XXX

Ne car ŝi legis la aferon,
Favoris ŝi al Richardson,
Ne ĉar donacis ŝi preferon
Pli ol Lovelace al Grandison*.(Lovelace — prononcu: Lovlés).];
Sed iam la princin’ Alina,
En Moskvo ŝia bonkuzino,
Pri ili informetis ŝin.
Ŝi estis tiam fianĉin’,
Sed tiel estis pro devigo;
Alia logis ŝin person’,
En kiu menso, kor’ kaj ton’
Al ŝi pli plaĉis sen instigo;
Kaj Grandison do tiu ĉi
Serĝento estis de gvardi’.

Tak! Uwielbiała Richardsona —
Nie, aby miała z dzieł go znać,
Lub że stawiała Grandisona
Nad Lowelasa wyżej snadź,
Lecz ongi księżna Paulinka,
Słynna moskiewska jej kuzynka,
Mówiła właśnie o nim wciąż…
A wtedy jej obecny mąż
Był narzeczonym… wbrew jej chęci!
Bo inny ktoś, czyj piękny wąs
Na jej twarzyczce budził pąs,
Daleko mocniej tkwił w pamięci.
Ów Grandison… ba! graczem był,
Lecz mundur gwardii na nim lśnił.

XXXI

XXXI

Ŝin oni vestis kun atento
Laŭ deca modo kun ornam’;
Sed sen demandi pri konsento
Ŝin oni edzinigis jam.
Kaj por ŝin distri el domaĝo,
Tre baldaŭ ŝia edz’ kun saĝo
Ŝin veturigis al kampar’,
Kaj ŝi ĉi tie kun amar’
Komence ploris kaj lamentis
Ĝis preskaŭ de l’ edzec’ eksplod’;
Sed poste en mastrum-klopod’
Ŝi kutimiĝis kaj kontentis.
La kutimiĝon donis di’:
Feliĉon anstataŭas ĝi*.

Oboje byli dziećmi mody;
W snach go widziała u swych stóp;
Ale się nikt nie pytał młodej,
Kiedy wieziono ją na ślub…
By ją rozłączyć z wspomnień zmorą,
Rozsądny mąż wyjechał skoro
Na wieś. Tu obcych ludzi gwar
Z początku wzmógł tęsknoty żar;
Rozwód — to było jej marzenie
We łzach, w nerwowych splotach rąk…
Lecz w gospodarstwa wszedłszy krąg,
Znalazła wkrótce ukojenie.
Przyzwyczajenie Bóg dał sam,
Aby zastąpić szczęście nam.

XXXII

XXXII

La kutimiĝo vere sava
Dolĉigis pezon de l’ ĉagren’;
Kaj baldaŭ eltrovaĵo grava
Ŝin ekkonsolis jam en plen’.
Ŝi dum ripozo kaj afero
Sekreton de regmaniero
Je sia edzo trovis nun, —
Kaj ĉio iĝis oportun’.
Ŝi la laborojn administris,
Saligis fungojn por sezon’,
Rekrutojn varbis per ordon’,
Sen edzo spezojn ŝi registris,
Sabate iris al banej’
Kaj servistinojn batis plej.

Przywykła… Lżejsze było życie…
Powszedniość sny daleko gna.
Aż tu zrobiła raz odkrycie,
Co pocieszyło ją do cna.
Zakwitła w myśli świeża płonka:
Jak pod pantofel wziąć małżonka,
Jak stworzyć samodzierżczy rząd!
I zawiał w domu nowy prąd:
Jeździ codziennie na roboty,
Łby goli, grzybów wielki kosz
Soli na zimę, liczy grosz,
Odwiedza łaźnię co soboty.
Służebne bije, wpadłszy w złość…
Mąż milczał… To dla męża dość!

XXXIII

XXXIII

Antaŭe en album’ fraŭlina
Ŝi skribis pri tre dolĉa tem’,
Praskovja-n nomis ŝi Paŭlina
Kaj parolemis kun kantem’;
Korseto ŝia estis danca,
Kaj rusan N laŭ tono franca
Prononci penis ŝi tra naz’;
Sed ĉio restis en forpas’:
Korset’, album’, princin’, Paŭlina,
Sentimentala verskajer’
Foriĝis — kaj en reaper’
Akulka iĝis el Selina*,
Kaj fine ŝi per vat-tavol’
La kufon stebis por la mol’.

Kiedyś w albumy z czułą miną
Pisała, biorąc z palca krew,
Praskowję zwała Pauliną
Naśladowała mową śpiew.
O wiotką kibić bardzo dbała,
I «n» rosyjskie wymawiała
Zawsze z francuska, więc przez nos…
Teraz ją mocno zmienił los!
Album i księżna Paulina,
Gorset i kajet czułych słów
Poszły w niepamięć — oto znów
Akulką wabi się Celina.
Pani na głowie czepek ma,
O watowany szlafrok dba.

XXXIV

XXXIV

Sed ŝin la edzo amis kore,
Ne bridis ŝin en klopodad’,
Li ĉion fidis bonhumore
Kaj manĝis, trinkis en ĥalat’*.
Trankvile pasis vivo lia;
Vespere rondo familia
Kunvenis iam de najbar’
Kaj neĝenema amikar’
Por babileti, por bedaŭri
Kun bona rid’ aŭ kun ĉagren’.
La tempo pasas; Olga jen
Sendata estas te-prepari;
Jen jam vesper’, jen dormohor’,
Kaj la gastar’ veturas for.

Ale mąż kochał ją bez miary,
W szlafroku łaził, jadł i pił,
Na żonę patrzał, pełen wiary,
Że czyni wszystko wedle sił.
Życie płynęło tempem skorem;
Zajrzał czasami w dom wieczorem
Sąsiad; z nim żona, kilka cór.
Wesoła plotka, drobny spór
Skracają chwile do wieczerzy;
Bez ceremonii biegnie czas,
Olga herbatą służy wraz;
Wreszcie godzina snu uderzy,
Odjeżdża gość ku swoim wsiom…
I w ciszy tonie stary dom.

XXXV

XXXV

En sia paca viv’ konservis
Kutimojn ili de malnov’
Kaj grasajn rusajn flanojn servis
Dum karnaval’ laŭ sia pov’,
Dum jar’ dufoje en kapelon
Pent-iris, ŝatis karuselon,
Dancadon rondan kun la ĥor’;
En Triunuo-tag’* dum hor’
De meso, kiam la popolo
Aŭskultas ĝin kun oscedem’,
Larmetis ankaŭ ili mem;
Trinkadis kvason* laŭ bonvolo
Kaj regaligis dum manĝad’
La gastojn laŭ la ranga grad’.

Stare zwyczaje, stare gusta
Regulowały każdy czyn:
Gdy «maślanica» przyszła tłusta,
Na stole ruski leżał blin;
Dwa razy w roku post — niewiele!
Lubili krągłe karuzele,
Za stołem pieśni, chłopski chór…
A w «Trójcy dzień», gdy ludzi sznur
Do cerkwi ciągnął, przy mszy ziewał,
Czuli, jak serce w łonie drży,
Roniąc na wierzby łezki trzy…
Dom cały kwasem się zalewał.
W ucztach gość nie znał, co to szwank:
Noszono dania wedle rang.

XXXVI

XXXVI

Vivinte laŭ ĉi tiu ordo,
Jen ili venis ĝis maljun’,
Kaj fine antaŭ ĉerka pordo
La edzo prezentiĝis nun.
Li mortis antaŭ ol siestis,
Kaj pli ol iu ajn li estis
Plor-bedaŭrita de l’ najbar’,
De la edzin’ kaj infanar’.
Simplulo estis li en vero,
Sur lia tomba ŝton’ kun traf’
Ĉi tiel tekstas epitaf:
Dimitrij Larin, brigadero*,
Sklav’ de Sinjor’, laŭ dia grac’
Ripozas tie ĉi en pac’.

I tak starzeli się oboje,
Aż oto wreszcie cichy grób
Przed mężem rozwarł swe podwoje,
Każąc mu zawrzeć z niebem ślub.
Umarł w godzinę po obiedzie…
Tyś go opłakał, cny sąsiedzie,
Wy, wierna żono, córy dwie —
A szczerą prawdą żal wasz tchnie!
Bo człek był prosty, pan wyborny,
I gdzie proch jego legł — na znak
Grobowy pomnik głosi tak:
«Śpi Dmitrij Łarin, grzesznik korny,
Hospodni rab, brygadier… Tu
Zażywa wiecznej ciszy snu».

XXXVII

XXXVII

Al la penatoj redonite,
La pacan tombon de l’ najbar’
Vladimir Lenskij tuj vizite
Rehonorigis kun amar’;
Malĝojis longe li enkore.
«Poor Yorick!»* diris li angore:
«Min sur la brakoj tenis li.
Kaj kiom ofte lian mi
Lud-uzis Oĉakov-medalon*!
Kun Olga li svatigis min,
Li revis kunaj vidi nin…»
Kaj tuj surtomban madrigalon
Vladimir nia verkis jen
En plej sincera korĉagren’.

Leńskiemu po powrocie pilno
Było na drogie groby iść,
Sąsiada płytę nadmogilną
Westchnieniem uczcić, przybrać w liść.
«Poor Yorick» westchnął Leński smutnie,
«Śmierć mi wydarła go okrutnie!
On mnie na ręce często brał…
Pomnę mą radość, gdy mi dał
Do gier swój medal oczakowski!
On obrał mnie dla Olgi swej,
Myśląc: «Doczekamż chwili tej?»…
I Leński, pełny szczerej troski,
Nad tym kamieniem chyląc grzbiet,
Madrygał prochom stworzył wnet.

XXXVIII

XXXVIII

Kaj ankaŭ honorigis same
Li la gepatran cindron nun
Kun plor’ malĝoje kaj fil-ame…
Ho ve! Ĉi tiel en aŭtun’
Sur sulkoj de la viv’ potenca
Laŭ stranga volo providenca
Generacioj ĝermas nur
Kaj falas for post la matur’ …
Ĉi tiel nia juna gento
Elkreskas bole kun aplomb’
Kaj avojn premas al la tomb’.
Kaj venos ankaŭ la momento —
Kaj niaj nepoj en bonhor’
Nin el la mond’ elpremos for!

Nowy wiersz pisze dla pamiątki;
Ojca i matki, tnąc w łzach,
Uczcił śmiertelne drogie szczątki…
Na wielkim życia łanie, ach!
Z woli tajemnej zarządzenia,
Chwilowym żniwem pokolenia
Wschodzą, dojrzeją i wnet mrą…
A śladem już je inne prą.
Tak samo nasze wietrzne plemię
Rośnie i kipi, z życiem ślub
Zawiera, pcha pradziadów w grób.
Lecz przyjdzie czas, rozewrze ziemię
I wnuki nasze z biegiem lat
Wycisną nas na tamten świat!

XXXIX

XXXIX

Do ĝuu dume nunan horon,
Facilan vivon, amikar’!
Mi scias ĝian malvaloron
Kaj forignorus ĝin sen bar’;
Mi plu fantomojn ne rigardas,
Sed iufoje antaŭgardas
Min la esper’ en efektiv’:
Mi min ne volas de la viv’
Sen postesigno for malligi.
Mi vivas, verkas ne por laŭd’;
Sed ŝajne tra la monda aŭd’
Mi volus iom min famigi,
Por memorigu por rekon’
Pri mi almenaŭ unu son’.

Ba! Niech wam dni w uciechach biegą,
Nim śmierć nie zwali na was płyt!
Rozumiem marność życia tego
I mało cenię ziemski byt!
Mnie już blask życia nie owieje…
Lecz jeszcze jedną tkam nadzieję,
Jeszcze mnie jednym trzyma świat:
Chcę tu zostawić jakiś ślad.
Zgon byłby bezeń nazbyt smutny,
Więc żyję, piszę — pochwał dym
Nie nęci mnie! Lecz celem mym —
Zaznaczyć żywot swój pokutny,
By kiedyś o mnie śród tych stron
Przypomniał choć jedyny ton!

XL

XL

Рэклама