1
Eŭgeno Onegin / Eugeniusz Oniegin — на эсперанта і польскай мовах

Эсперанта-польская кніга-білінгва

Aleksandr Sergejeviĉ Puŝkin

Eŭgeno Onegin

Aleksandr Siergiejewicz Puszkin

Eugeniusz Oniegin

El la rusa lingvo tradukis N.V. Nekrasov.

tłum. Leo Belmont

Pétri de vanité il avait encore plus de cette espèce d’orgueil qui fait avouer avec la même indifférence les bonnes comme les mauvaises actions, suite d’un sentiment de supériorité, peut-être imaginaire.
Tiré d’une lettre particulière.*

Pétri de vanité il avait encore plus de cette espèce d'orgueil, qui fait avouer avec la même indifférence les bonnes comme les mauvaises actions, suite d’un sentiment de supériorité, peut-être imaginaire.
Tiré d’une lettre particulière

Sen la intenco mondon tenti,
Nur kun la ŝat’ al amikec’,
Dezirus mi al vi prezenti
Donacon indan laŭ la dec’
Al via bela bonanimo
Plenplena de la sankta rev’
Kaj de la poezi-intimo,
Supera simplo, nobla dev’;
Do tamen kun favor’ sen limo
Akceptu donon de la muz’,
Ĉapitrojn gajajn, jen amarajn,
Jen idealajn, jen vulgarajn,
Senzorgan frukton de l’ amuz’,
De la maldorm’ en nokta denso,
De la inspira penlabor’,
Observojn de malvarma menso
Kaj notojn de malĝoja kor’.


Ĉapitro unua

Rozdział I

Rapidas vivi li kaj ĝuas kun rapid’.
Princo Vjazemskij*

I żyć się kwapi, i czuć się spieszy.Ks. Wiaziemski

I

I

«Nu, mia onklo agas sprite,
Tuj kiam ekmalsanis li,
Li min servigis senevite,
Elpensi li ne povas pli;
Ekzemplo estas tre instrua,
Sed, dio, kia trud’ enua
Nun flegi lin en ĉiu hor’
Sed eblo paŝon fari for!
Ho, kia fia hont-malico
Mortanton agrabligi jen,
Jen zorgi flate pri kusen’,
Kaj pri medikament’ laŭ vico
Kun pens’ sekreta sen afabl’:
Ho, kiam prenos vin diabl’!»

«Stryjaszek mój, poczciwiec sobie,
Gdy nie na żarty opadł z sił,
Szanować kazał się w chorobie;
To wcale niezły pomysł był!
Niejeden w ślady te się uda…
Lecz, Boże drogi, jakaż nuda
Przy chorym siedzieć noc i dzień,
Nie odstępować go jak cień!
Jakież nikczemne to kuglarstwo
Półtrupa bawić garścią słów,
Poprawiać mu poduszki znów,
Smutnie podawać mu lekarstwo,
Wzdychać i myśleć w duchu wraz:
Kiedyż cię diabli wezmą raz!»

II

II

Ĉi tiel pensis juna dando
Dum veturad’ en poŝta ĉar’,
Laŭ Zeŭsa* volo heredanto
De sia tuta parencar’.
Amikoj karaj de Ruslano*!
Hero’ de tiu ĉi romano
Senantaŭdire tie ĉi
Nun prezentiĝu antaŭ vi:
Onegin, mia bonamiko,
Naskiĝis ĉe la Nev-a* rand’,
Samkie eble vi, legant’,
Loĝante brilis kun efiko!
Min ankaŭ tie lulis sort’,
Sed malutilas min la nord’.

Mknąc śród zielonych niw kobierca,
Hulaka młody dumał tak,
Krewniaków wszystkich spadkobierca,
W czym widać woli Zeusa znak.
W kim miłość dla mnie żyje szczera,
Mego romansu bohatera
Temu bez wstępów, przedmów, fraz,
Przedstawić jestem gotów wraz:
Oniegin, mój przyjaciel dawny,
Na brzegach Newy ujrzał świat,
Gdzie może snujesz pasmo lat
Mój czytelniku, w świecie sławny!
Jam też tam lubił bawić wprzód,
Lecz szkodzi mi północny chłód.

III

III

Bonoficante noblafare
Per ŝuldoj vivis lia patr’
Kja pro tri baloj ĉiujare
Li bankrotiĝis super kadr’.
La sort’ Eŭgenon gardis ame:
Antaŭe vartis lin Madame,
Monsieur* ŝin anstataŭis for.
La knabo estis beltrezor’.
Monsieur l’Abbé, mizera franco,
Lin ne turmentis per scienc’,
Instruis iel sen tendenc’,
Ne tedis per morala ranco,
Riproĉis iom por konven’
Kaj akompanis dum promen’.

Służąc chwalebnie i wytrwale,
Długami ojciec jego żył;
Co roku dawać zwykł trzy bale,
Aż go fortuna pchnęła w tył.
O Eugeniusza dbały losy:
Madame trefiła dziecka włosy,
Później Monsieur, z chłopięcia rad,
Był stróżem jego młodych lat.
Monsieur l’Abbé chłopczyka uczył,
Trud obracając w miły żart,
Nie dał mu czerpać z suchych kart
I morałami nie dokuczył.
Na figle — lekkie groźby miał
I do ogrodu z sobą brał.

IV

IV

Kaj kiam la fraŭlaĝo brava
Alvenis fine al Eŭgen’,
La tempo de sopiro rava,
Monsieur pelita estis jen.
Onegin estas nun libera;
Kombita laŭ la modo vera,
Vestita dande* kun orman’,
La mondon li ekvidis jam.
Li povis france tre perfekte
Babili laŭ diversa spec’,
Mazurkon dancis kun lertec’
Kaj riverencis belefekte:
La mondo ne bezonis pli
Kaj trovis, ke tre ĉarmas li.

A gdy w młodzieńczej burzy porę
Uciekły sny naiwne wstecz,
W czasie, gdy serce mocniej gore,
Monsieur wygnano z domu precz.
Oniegin pojął dar swobody,
Zaraz się ostrzygł według mody,
Jak dandy błysnął krojem szat
I po raz pierwszy wstąpił w świat.
Językiem Gallów mówił zręcznie
I łatwo listy pisał… Ba!
W mazurze robił lekkie pas,
Umiał się kłaniać nader wdzięcznie.
Czyż więcej trzeba?… Orzekł świat:
«Jest miły, mądry» — i był rad.

V

V

Ni ĉiuj lernis poiome
Pri io ajn kaj iel ajn.
Do per eduko aksiome
Ekbrili povas ni sen ŝajn’.
Onegin estis laŭ deklaro
De pretendema juĝantaro
Instruitulo, sed pedant’.
Talenton havis li en vant’
De babilad’ kun tono prava
Pritrakti ĉion kaj sen ĝen’
Kun la kompetentul-miel’
Silenti dum diskuto grava
Kaj sinjorinojn kun aklam’
Ridigi tuj per epigram’.

My wszyscy uczym się po trosze.
I to i owo pomnim z klas,
Więc wykształceniem — bardzo proszę! —
Potrafi błysnąć każdy z nas.
Oniegin — pedant (tak surowy
Rzekł areopag salonowy),
Prym uczonością swoją brał.
Jednak szczęśliwy talent miał:
Umiał w dyspucie, pijąc wino,
Trącić splątanych kwestii sznur,
A gdy poważny zawrzał spór,
Milczeć z uczoną znawcy miną,
Lub dam przychylny zyskać sąd
Przez niespodzianych żartów prąd.

VI

VI

La mod’ latinon jam fordonis,
Sed, verdirante pri Eŭgen’,
Latinon li iome konis
Por nura epigram-kompren’,
Por diri jen pri Juvenalo*,
En leterfino meti «vale»*
Kaj li memoris ankaŭ plu
El Eneido* versojn du.
Tro multe fosi li ne vervis
En la kronologia polv’
De l’ tera evolu-disvolv’:
Sed tre atente li konservis
En sia kapo sen erar’
Provizon de anekdotar’.

Klasycyzm zwietrzał dziś bezsprzecznie,
Więc zadowolić może wieść,
Że znał łacinę dostatecznie,
By epigrafów badać treść,
Wspomnieć Tacyty, Juwenale,
Na końcu listu dodać: Vale,
Pamiętał (lecz cóż wiecznie trwa?)
Z Enejdy… błędnie wiersz lub dwa!
Dziwacznej nie czuł on ochoty
Z dziejowych ksiąg, z papieru brył,
Chronologiczny strząsać pył,
Lecz dni zamierzchłych anegdoty
Od Romulusa po dziś dzień
Znał — i odtwarzał w kilka mgnień!

VII

VII

Ne posedante eĉ apenaŭ
Pasion de la versa kre’,
Li ne kapablis malgraŭ peno
Distingi jambon de ĥore’*,
Li estis ekonomiisto,
Insultis ĉiel kun insisto
Li pri Homer’ * kaj Teokrit’*
Sed legis li Adamon Smith*
Kaj povis juĝi laŭ deduktoj
Pri pliriĉiĝo de la ŝtat’,
Kaj kial restas la bonstat’
Sen or’, se estas krudproduktoj.
La patro ne komprenis lin:
Kaŭciis terojn li sen fin’.

Śmiejąc się z wieszczów, co ofiarą
Rymów czczą Muzę w noc, bez lamp,
Nie mógł odróżnić żadną miarą,
Co to jest trochej, a co jamb,
Ganił Homera, Teokryta,
Lecz czytać zwykł Adama Smitha,
O ekonomii powziął sąd;
Więc rozumować umiał stąd,
Jak się wzbogacać państwo zdolne,
Jak ubożeje, albo jak
Szkód mu nie zrządzi złota brak,
Jeżeli ma produkty rolne,
Ojciec go pojąć nie mógł i…
Oddawał w zastaw wieś po wsi.

VIII

VIII

Pri pluaj de Eŭgeno konoj
Rakonti mankas temp’ al mi;
Sed kion konis li plej bone,
En kio estis li geni’,
Kja kio en junaĝo kara
Por li restadis senkompara
Sufero, ĝuo kaj labor’
Dum tuta tago en angor’,
Ĝi estis la scienco ami,
Pri kiu Naso* en poem’
Laŭdkantis kaj pro kio mem
Finigi devis plej senfame
Brilintan sian vivon li
En stepoj for de Itali’*.

Wszystko, co umiał mój Eugeniusz,
Opisać — byłby zbytni trud;
Lecz w czym okazał istny geniusz,
Co z wszystkich nauk poznał wprzód,
Co z młodu badał, co mu było
Rozkoszą, pracą, męką miłą,
Co zapełniało, niby w śnie,
Leniwo-tęskne jego dnie —
Ach, to nauka słodkich szałów,
Którą mistrz Nazon w pieśni wplótł,
Za co promienny życia wschód,
Opłacił kresem śród opałów,
Witając w stepach smutny skon,
Z dala od miłych włoskich stron.

IX

IX

[Ĉe ni turmentoj koraj fruas —
Ĉi tiu ĉarma trompa van’,
Nin ne natur’ pri am’ instruas,
Sed Staël aŭ plu Chateaubriand*.
La vivon scii ni avidas,
Ni en romanoj ĝin ekvidas;
Ekscias ni kun superflu’,
Sed kun neniu fakta ĝu’.
Antaŭirante la naturon,
Ni malutilas al feliĉ’,
Kaj tro malfrue sen sufiĉ’
La jun’ postsekvas amplezuron.
Onegin provis tion mem
Kun granda sperto ĝis ekstrem’.]*

……………………………………
……………………………………
……………………………………

X

X

Li frue povis hipokriti,
Ĵaluzi, logi per esper’,
Malkonvinkigi, kredagiti,
Lamenti kvazaŭ en sincer’,
Fiera ŝajni, antentema,
Jen kun indiferent’ ekstrema!
Jen kiom dolĉa plensilent’,
Jen kiom flama elokvent’,
En korleteroj stil’ facila!
Spirante je unika am’,
Li sin forgesi povus jam!
Rigardo lia estis brila,
Agora, sed en iu foj’
Prudente larma en malĝoj’!

Jak wcześnie umiał serca łudzić,
Zazdrościć, ogień w duszę tchnąć,
Zabijać wiarę albo budzić,
Zdawać się chmurnym, z żalu schnąć,
Udać pokorę lub namiętność,
Uwagę, dumę, obojętność…
Czasem wymowy lawą wrzał,
Czasem milcząco smutny stał.
W serdecznych listach był niedbały:
O jednym marząc, myśląc, śniąc,
Umiał się wyzbyć innych żądz.
Wzrok, to wstydliwy, to zuchwały,
Umiał wybuchnąć szału skrą
Albo posłuszną błysnąć łzą!

XI

XI

Li povis sin ŝajnigi nova,
Mirigi onin per ŝercad’,
Timigi per sufer’ bontrova,
Amuzi per agrabla flat’,
Minuton kapti de korsento
Kaj venki per pasia tento
La antaŭjuĝon de l’ virgaĝ’,
Senvol-kareson al vizaĝ’
Atendi, peti dolĉan ĝuon,
Aŭskulti batojn de la kor’,
Ŝin persekuti, hor’ post hor’,
Kaj jen atingi rendevuon
Kaj poste en izol’ ĉe si
Instrui ŝin pri la pasi’!

Gra uczuć zmienna czarowała;
Damy porywał ducha hart,
Gotowa rozpacz przerażała,
Dziewice bawił śmiały żart;
On serc zgadywał żywsze prądy
I młodocianych lat przesądy
Subtelnie niszczył; jak przez czar,
Wydzierał pierwszych wyznań dar;
I mimowolne rąk pieszczoty
Zdobywać umiał; mocą swą
Do rendez-vous mógł skusić «Ją»,
W sadzie, gdy miesiąc świeci złoty,
A kiedy przyszła, z szczęścia drżąc,
Morały prawił jej, jak ksiądz.

XII

XII

Li frue lerte jam petolis
Kun spertulinoj de l’ ammor’,
Kaj kiam li ekstermi volis
Rivalojn iujn siajn for,
Ho, kiom pike li intrigis!
Ho, kiajn retojn li pretigis!
Sed vi, edzaro kun solid’,
Kun li amikis en konfid’:
Karesis lin jen edzo ruza,
Disĉiplo bona de Faublas*,
Jen maljunulo en okaz’
Aŭ jen kornoportant’ amuza,
Kontenta ĉiam pri l’ edzin,
Ŝatanta manĝon kaj mem sin.

Kokietki umiał on wytrawne
Zwodzić przez pochlebstw swoich szych,
Znajdował zawsze środki wprawne,
By konkurentów zgnębić swych.
Jakież im sieci stawiał skrycie!
Jak o nich mówił jadowicie!
A jednak mężów szczęsny ród
Śpiewał mu chwałę jakby z nut.
Ręce mu ściskał mąż sceptyczny,
Faublasa nieodrodny brat,
Starzec, co wszystkie zęby zjadł,
I rogonośca pompatyczny,
Który nie dojrzy żadnych plam
W żonie, w obiedzie, w sobie sam!

XIII. XIV

XIII. XIV

Tre lerte povis li altiri
Rigardon pian de vidvin’
Kaj ruĝaĝante (ekkonspiri)
Kun ŝi laŭ trafa celkombin’,
(Per ŝajna senlertec’) allogi
………………………………………
Per falsa fiedec’ kun art’
Kaj per senkulpa juna ard’.
Li sciis pri platona amo
Diskuti por prepar’ de min’
(Pupludi kun malsaĝulin’)
Kaj per subita epigramo
Eksplodkonsterni kaj en fin’
………………………………………*

[Ĉi tiel dorlotito lerta
Gardanto de grenejo, kat’
Ŝtelrampas jen al mus’ malsperta,
Jen sternas kuŝe sin en plat’,
Jen ekripozas, sin ne trudas,
Jen volvas sin, jen voston ludas,
Akrigas ungojn kun venen’
Kaj tuj la muson kaptas jen.
Ĉi tiel same lup’ malsata
Eliras iam el arbar’
Kaj vagas ĉirkaŭ la ŝafar’
Kun hundoj sen atent’ paŝtata.
Dorm’ regas. Tiam la bandit’
Ŝafidon kaptas en subit’.]*

……………………………………
……………………………………
……………………………………

XV

XV

Okazis ofte, en mateno
Leterojn legis li en lit’.
Ĉu la invitoj? Jes, almenaŭ
Al tri vesperoj la invit’.
Jen balo, jen infana festo.
Do kie preferindas esto?
Unue kien? Laŭ vok’
Sukcesu li en ĉiu lok’.
Sed nun en vesto de mateno,
En larĝa Bolivar-ĉapel’*
Onegin sen konkreta cel’
Bulvardon venas por promeno —
Ĝis fine vokos lin Brèguet*
Por la tagmanĝo jam en pret’.

Jeszcze jest w łóżku… List po liście
Niesie mu lokaj… Pismo pań…
Co, zaproszenie? Oczywiście…
W trzech domach wieczór… Liczą nań…
Tam raut, tam bal, tam uczta dzieci…
Kędyż swawolnik mój poleci?
Po cóż wybierać? Czasu dość.
Wszędzie się zjawi miły gość.
Tymczasem ranny strój dać każe;
Kładzie szeroki boliwar,
Amerykańskiej mody dar,
I chodzi długo po bulwarze,
Póki mu breget z piątą wraz
Nie dzwoni na obiadu czas.

XVI

XVI

Mallumas jam: glitveturilon
Eksidas li. «Veturu, hej!»
Arĝentas frostoneĝan brilon
Kolumo el kastora fel’.
Li venas al Talon*: kaj vere
Atendas tie lin Kaverin*.
Tuj korko flugas al plafon’,
Vin’ spruĉas kun ŝaŭmanta son’,
Jen antaŭ li roast-beef* freŝsanga
Kaj trufoj laŭ plej bona kart’
De l’ luksa franca kuirart’,
Strasburga kuko plej bonranga,
Fromaĝ’ Limburga en amas’
Kaj orkolora ananas’.

Do sani siada. Zmierzch już dobry…
«Jazda!» — zakrzyknie. Konie mkną…
Jego kołnierza świetne bobry
Mroźnego pyłu srebrem lśnią.
Do «Talon» droga niedaleka,
A tam Kaweryn już nań czeka.
Wszedł — wnet się rozległ korków huk,
Prysną szampańskich krople strug.
Już stoi przed nim roast beef krwawy
I trufle — zbytek młodych lat,
Francuskiej kuchni cenny kwiat;
Strasburski pasztet wiecznej sławy,
Ananas złoty pośród grusz
I ser limburski pachnie tuż.

XVII

XVII

Ankoraŭ la soifo petas
Surverŝi grason da kotlet’
Per vino, sed sonore ĵetas
Brèguet* anoncon pri balet’.
De la teatro leĝdonanto
Kaj malkonstanta adoranto
De l’ bela aktorina kast’,
De l’ kulisar’ honora gast’,
Onegin flugis la teatron,
En kiu laŭ libera ŝat’
Aplaŭdas ĉiu entrechat*,
Prifajfas Fedron, Kleopatron,
Moinon* vokas nur kun em’
Ke oni aŭdu pli lin mem.

Jeszcze przy winie rad gawędzić
(Kotlet był nader tłusty snadź),
Lecz do teatru musi pędzić,
Gdzie nowy balet mają dać.
Surowy sceny prawodawca,
Aktorek krasy wielki znawca,
Niestały druh baletu diw,
Zakulisowych badacz niw,
Oniegin znalazł się w teatrze,
Gdzie byle krytyk — chytry lis —
Za entrechat wyć gotów: «bis!»,
A sykać Fedrze, Kleopatrze,
Moinę wołać, sprawiać szum,
Aby go tylko słyszał tłum.

XVIII

XVIII

Ho, sorĉa lando! Kun efiko
De l’ vip’ satira regis ĝin
Fonvizin*, de l’ liber’ amiko,
Kaj la imitemul’ Knjaĵnin*;
Ĉi tie Ozerov* revidis
Popolaplaŭdon kaj dividis
Ĝin kun Semjónova*, kun ŝi;
Katenin* plantis tie ĉi
Genion altan de Corneille*;
Komediaron Ŝaĥovskój*
Prezentis en ne unu foj’,
Kaj Didelot* gloriĝis bele:
Ĉi tie ankaŭ sen domaĝ’
Traflugis mia juna aĝ’.

Czarowny kraj! Tam niegdyś wolny
Fonwizin wzniósł satyry miecz;
Tam Kniaźnin, naśladowca zdolny,
Niejedną cenną dał nam rzecz;
Ozierow tam zachwytów słowo
Z młodziutką dzielił Siemionową,
Od tłumów zbierał brawa, łzy;
Katienin tam, w północne mgły,
Z Zachodu przyniósł blask Kornela;
Szachowski wniósł tam dowcip swój
I swych komedii gwarny rój;
Tam Didlot myśl swą w tańce wciela;
Tam, tam kulisów chłodził cień
Młodości mej gorący dzień.

XIX

XIX

Diinoj miaj! Nun vi kie?
Aŭskultu vi al mia plend’:
Ĉu samas vi, aŭ la aliaj
Vin anstataŭis sen pretend’?
Ĉu nian rusan Terpsiĥoron*
Revidos mi en fluga ard’?
Aŭ ne retrovos la rigard’
Konatojn sur la scen’ enua?
Kaj senreviĝe per lornet’
Ĉu mi al fremda societ’
Rigardos sen resento ĝua,
Oscedos mi en ŝajna blind’
Kaj rememoros pri pasint’?

Boginie moje! Czy słyszycie
Ten tęskny liry mojej dźwięk?
Czy ruch gwiazd nowych po orbicie
Zastąpić zdoła dawnych wdzięk?
Jam zawsze patrzeć na was skory,
Lecz czy rosyjskiej Terpsychory
Zobaczę pełny ducha lot?
Lub zrozpaczonych oczu grot
Zmierzy ku obcej, nudnej scenie,
Przez szkło lornety przejdzie wzdłuż
Tych obojętnych rzędów lóż…
I pierś podniesie mi westchnienie?…
Ziewając wśród wesołych scen,
Będę wspominał pierzchły sen!

XX

XX

Pleniĝi la teatr’ komencas;
Parter’, loĝioj brilas jen;
Kaj paradiz’ malpaciencas,
Sed jam leviĝas la kurten’.
En brilo, preskaŭ diafana,
Laŭ sorĉa arĉo akompana,
Ĉirkaŭumite de nimfar’
Istómina* nun sen kompar’
Kun eta al la planko tuŝo
Turniĝas, sed en salta flug’
Ŝi jen simile al lanug’
Ekŝvebas de Eola* buŝo.
Ŝi volvas kaj disvolvas sin
Kaj batas per pied’ en klin’.

Już teatr pełny; błyszczą loże,
Wre parter; hałas z górnych sfer:
Paradyz czekać już nie może…
Wreszcie kurtyny słychać szmer.
Patrz, Istomina, jak królewna
Albo bogini lśniąca, wiewna.
Na czele nimf, z szelestem szarf,
Posłuszna dźwiękom skrzypiec, arf,
Śród scenicznego dąży pola;
Stąpa… nie tyka ziemi krok…
Unosi nóżkę… jeden skok!
Jak puch ulata z ust Eola,
Kibić się wije, niby wąż,
I nóżka nóżkę bije wciąż…

XXI

XXI

Aplaŭdas ĉiuj. Ĉimomente
Onegin venas tra l’ parter’,
Per bilornet’ indiferente
Rigardas li al barier’
De nekonataj sinjorinoj;
Observis ĉion li kun klinoj
Al konatar’ en ĉiu flank’;
Kaj malkontente tre pri mank’
En ĉio, li kun granda distro
Rigardon ĵetis al la scen’,
Returnis sin, oscedis jen
Kaj diris: «Decas reregistro;
Min tolerigas la balet’
Eĉ Didelot jam estas ted’!»*

Oklaski grzmią… Oniegin wchodzi,
Po nogach stąpa widzom… Siadł.
Po lożach krzywym okiem wodzi,
Obcym mu zdał się damski świat.
Obejrzał wszystkich piętr krawędzie,
W szatach i twarzach znalazł wszędzie
Błąd jakiś lub fałszywy ton;
Mężczyznom oddał z wszystkich stron
Ukłony; potem ledwie raczył
Na scenę spojrzeć; już ma dość;
Ziewając, myśli: «Bierze złość,
Że tego nikt nie przeinaczył…
Balet już na mnie nudą tchnie,
Ba, i Didlot już znudził mnie».

XXII

XXII

Ankoraŭ drakoj figrimacaj
Sur sceno saltas kun brusibl’;
Ankoraŭ la lakeoj lacaj
Sur peltoj dormas en vestibl’,
Ankoraŭ daŭras nazpurigo,
Tusad’, aplaŭdoj, bis-instigo;
Ankoraŭ brilas la lantern’
En la ekstero kaj intern’;
Ankoraŭ la ĉevaloj batas
Per huf’ en trem’ pro frosta vent’,
Kaj ĉirkaŭ fajro en atend’
La kuĉerar’* interdebatas;
Sed for Onegin iris jam
Al hejmo por novornam’.

Chóry aniołów, czartów, cieni
Jeszcze na scenie w pląsach mkną;
Jeszcze lokaje umęczeni
Przy futrach u podjazdów śpią;
Jeszcze w teatrze wrzask nie ścicha,
Tłum klaszcze, syka, kaszle, kicha;
Jeszcze i w gmachu, i u drzwi
Szereg latarni jasno lśni;
Znudzone i zziębnięte konie
Przy dyszlach niecierpliwie drżą;
Stangreci panów swoich klną,
Bijąc w skostniałe swoje dłonie —
A już Oniegin jest u wrót;
Przebrać się każe kaprys mód.

XXIII

XXIII

Ĉu estas ĝuste prezentebla
Izola kabinet-angul’,
En kiu inter lukso mebla
Sin vestas nia modemul’?
Ja ĉio, kion vantacele
Londono vendas bagatele
Kaj portas trans la Balta mar’
Al ni por sebo kaj lignar’,
Kaj ĉio, kion en Parizo
Malsata gusto kun util’
Inventas por amuza stil’,
Por lukso kaj por modkaprico,
Ĉi ĉio estis ĉe l’ alkov’
De l’ dekokjara filozof’.

Trudno wam obraz dać dokładny,
Tej dziwnej szatni oddać świat,
Gdzie wychowanek mód przykładny
Zajął się zmianą swoich szat.
Wszystko, czym Londyn pedantyczny
Spieszy nakarmić kaprys liczny
I przez bałtyckiej fali grzbiet
Za las i sadło zwozi wnet;
Wszystko, co smak Paryża głodny
(Praktyczne zyski ciągnąc stąd),
Znalazł, by zabaw wzmagać prąd,
By zadowalać zbytek modny —
Wszystko to, młody ceniąc szał,
Ów młody mędrzec tutaj miał…

XXIV

XXIV

Sukcen’ sur pip’ Konstantinopla,
sur tablo — bronzo, porcelan’,
Kaj la plezur’ de l’ sento nobla —
Parfum’ en vitra diafan’;
Kombiloj, segiletoj ŝtalaj,
Tondiloj kurbaj kaj normalaj,
Kaj tridek specoj de brosar’
Por ungo, dento kaj por har’.
Rousseau* (ni diru preterpase)
Ne eldivenis, kial Grimm*
Dum lia veno sen estim’
Purigis ungojn siajn lase*.];
La defendanto de l’ liber’
Ne justis do pri la afer’.

Bursztyn na fajkach Carogrodu;
Tu porcelana, ówdzie brąz,
W krysztale rżniętym z róż ogrodu
Wonnych ekstraktów fiolet, pąs;
Grzebyczki i pilniki różne,
Nożyczki krzywe i podłużne;
I dla paznokci, i dla ust
Kilka dziesiątków szczotek… Gust
Kazał tak… Tu zauważę:
Drwi Rousseau, że poważny Grimm,
Kiedy rozmawiał ongi z nim,
Paznokcie czyścił w dysput żarze!
Obrońca praw — zapewniam was —
Nie miał słuszności na ten raz.

XXV

XXV

Ja oni povas saĝa esti
Kaj zorgi pri la unga pur’:
Ĉu la epokon vanprotesti?
La mor’ devigas laŭ natur’.
Ĉadajev* — bis, Eŭgeno mia
Pro timo je mallaŭdo ia,
Pri vestoj estis verpedant’
Kaj kion nun ni nomas — dand’.
Tri horojn sidis li almenaŭ
Ĉe spegular’ atente plej,
Kaj iris li el la vestej’
Smilie je Venus’* serena,
Vestita sin en vira vest’
Kaj direktanta sin al fest’.

Boć można dzielnym być człowiekiem
I o paznokci piękność dbać:
Po co wojować próżno z wiekiem?
Obyczaj jest tyranem snadź.
Eugeniusz mój, Kaweryn wtóry,
W stroju pedantem był z natury,
Przytyków świata nie mógł znieść —
Wolał, że «frantem» zwie go wieść.
Przez trzy godziny się przebiera,
Między lustrami spędza czas…
Lecz kiedy wyszedł, każdy wraz
Rzekłby: to wietrzna jest Wenera,
Kiedy włożywszy lekki strój,
W maskaradowy spieszy bój!

XXVI

XXVI

Scivolon vian okupinte
Per lastamoda tualet’,
Priskribi dece ĝin kaj inde
Al vi mi povus tuj en pret’;
Kuraĝa estus tio certe,
Kaj mi priskribi povas lerte,
Sed pantalono, frak’, jaket’
En rusa mankas dialekt’;
Kaj vidas mi kaj pardonpetas,
Ke eĉ sen tiu ĉi babil’
Malriĉa mia lingva stil’
Per fremdaj vortoj abundetas,
Eĉ kvankam helpis min en kon’
L’ Akademia leksikon’*.].

Tu, skoro Muza moja splata
Na cześć toalet — rymów rój,
Dla uczonego rad bym świata
Opisać ściśle jego strój!
Ten temat byłby smacznym kąskiem
(Opis jest moim obowiązkiem),
Lecz «pantalony» albo «frak» —
Po rusku takich słówek brak!
A i tak, nie śmiem się zapierać
(Spostrzegam to od kilku chwil),
Że mój ubogi mógłby styl
Tych barbaryzmów mniej zawierać;
Toć jam, gdym ongi «mores» znał,
Akademicki słownik brał!

XXVII

XXVII

Nun taskon havas ni alian:
Ni do rapidu al la bal’,
Al kiu jam kaleŝon sian
Onegin turnis laŭ egal’.
Jen, dum domar’ sen lum’ trankvilas,
En longa vic’ tra dorma strat’
Lanternoj de kaleŝoj brilas
Kaj per agrabla briletad’
Sur neĝo hele disradias;
En lampiona ilumin’
Tre luksa domo montras sin;
En la fenestroj ombroj strias,
Profiloj glitas en malklar’
De l’ sinjorinoj kaj dandar’.

Zresztą i Muza stawia veto,
Daje mi nowy temat: bal.
Oniegin jedzie tam karetą,
Zdyszane konie pędzą w dal.
W ulicy sennej leżą śniegi,
Ściemniałych domów śpią szeregi.
Tam się wyciągnął karet rząd,
Z podwójnych latarń światła prąd
Na śnieg tęczowym blaskiem pada.
Oto wspaniały lśni się gmach,
Mnóstwo kagańców błyszczy w mgłach,
Na szybach cieniów drży gromada.
Profile główek snują tam:
Figury modnych panów, dam…

XXVIII

XXVIII

Heroo nia eĉ ne haltis
Kaj kiel sago tra la pord’
Marmorajn ŝtupojn li transsaltis,
Glatigis harojn por bonord’,
Eniris. Halo estas plena;
Muziko lacas jam apenaŭ;
Mazurkon oni dancas nun;
Ĉirkaŭe — bru’, maloportun’;
Sonoras spron’ kavalirgarda
Kaj piedeto de fraŭlin’
Facile flugas, sekvas ĝin
Kun flamo tentaspir’ rigarda
Kaj dum blekad’ de violon’
De modedzin’ ĵaluzadmon’.

Eugeniusz mknie przed gmach pochopnie…
Wysiadł… szwajcara minął już,
Na marmurowe wbiega stopnie,
Po włosach dłonią gładzi wzdłuż…
Wchodzi… Tłum w sali pląsa szybki,
Ledwie nadążyć mogą skrzypki…
Ognisty mazur długo trwa…
Gwar i ciasnota… Gości ćma…
Kawalerzysty ostróg brzęki
I trenów szelest… Nóżki pań…
Za nimi biegną, niby dań,
Spojrzenia pełne ognia, męki…
I głuszy skrzypiec ostry ton
Zazdrosne szepty młodych żon.

XXIX

XXIX

En tagoj de l’ dezir’ kaj ĝojo
Pro bal’ mi estis en eksces’:
Ĉar mankas pli konvena vojo
Por korespondo kaj konfes’.
Ho, vi, geedzoj respektindaj!
Por ke vi ne fariĝu blindaj,
Jen miaj servoj kaj avert’:
Utilos ili ja en cert’.
Vi ankaŭ, patrinetoj gravaj,
Filinojn gardu de l’ danĝer’:
Lornetojn tenu kun sever’!
Se ne… do di’ vin tiam savu!
Mi tial skribas tion ĉi,
Ĉar longe jam ne pekas mi.

W wesołe dni mych młodych wierzeń,
Jakże mnie bawił każdy bal!
Wyborne miejsce to dla zwierzeń:
Tam wręczasz listy śród tych sal!
O wy, szanowni, cni mężowie,
Proszę przysłuchać się mej mowie:
Tutaj usłużność moją znać;
Ja wam przestrogę chciałbym dać!
I wy, o mamy, śpiące może,
Śledźcie swych córek każdy krok,
Wspomóżcie binoklami wzrok —
Ach, bo inaczej… O, broń Boże!
Ja to dlatego piszę wam,
Że dawno już nie grzeszę sam!

XXX

XXX

Ve, por amuzoj dum la balo
Mi perdis multe da vivjun’!
Sed se ne falus la moralo,
La balojn amus mi ĝis nun.
Mi amas la frezenan junon,
La brilon, gajon, denson, kunon,
Ornamojn de l’ sinjorinar’,
Iliajn piedetojn, ĉar
Tra l’ land’ vi dube trovos ĉarmajn
De l’ inpiedoj parojn tri.
Ha, longe ne forgesis mi
Du piedetojn!… Jam malvarma,
Mi ilin memoradas plu
Kun kordoloro kaj enu’.

Ach, na zabawy, na widziadła,
Jam dużo życia stracił już,
Gdyby moralność nie upadła,
Nie wyrzekłbym się świata burz!
Lubię ja młodość, szał i tłumy,
Wymyślne stroje, blaski, szumy,
Damy w koronkach, w tiulu mgłach,
Lubię ich nóżki — tylko, ach!
Czyliż się znajdą w Rosji całej
Trzy pary zgrabnych damskich nóg?
Długom pamiętać jeno mógł
Dwie nóżki!… Smutny i zbolały,
Ja wciąż je pomnę… nawet w śnie
One to dręczą serce me.

XXXI

XXXI

Do ĉu forgesos mi nenie
Vin eĉ en plej dezerta land’?
Ha, piedetoj! Nun vi kie?
Nun kie paŝas via pland’?
Luldorlotitaj oriente,
Sur norda neĝo evidente
Ne lasis postesignojn vi:
Vi ŝatis tuŝi kun graci’
Al mol’ tapiŝa vian iron.
Ĉu antaŭlonge per vi nur
Mi forgesadis kun plezur’
L’ ekzilon* kaj al glor’ aspiron?
La junfeliĉo flugis for —
Nur restas signo en la kor’!

Próżnom zapomnieć chciał je nieraz!
Szaleńca nie uleczył czas!
Ach, nóżki, nóżki, gdzie wy teraz,
Jaka dziś ziemia pieści was?
W rozkoszy wschodniej tonąc stale,
Nie zostawiły śladów wcale
Na smutnym śniegu naszych stref;
Dywan i wiatru wziął je wiew…
Ach, kiedym tylko spojrzał na nie,
Zapominałem wszystko wnet:
Pragnienie sławy, jarzmo bied,
I kraj rodzinny i wygnanie…
Lecz znikło szczęście młodych lat,
Jako wśród traw wasz lekki ślad.

XXXII

XXXII

Bust’ de Diano*, vang’ de Floro*
Belegas, kara amikar’!
Sed la pied’ de Terpsiĥoro*
Min pli allogas sen kompar’.
Ĝi, promesante al rigardo
Donacon de plej alta ardo,
Instigas per kondiĉa bel’
Al plej deziregata cel’.
Mi amas, amikin’ Elvina*,
Ĝin sub la longa tablotuk’,
Printempe sur herbej’ en flug’,
Ĉe la kamen’ en vintr’ senfina,
Sur speguleca halparget’,
Ĉe maro sur la roka bed’.

Dyjany pierś, rumieniec Flory
Mogą miłosny budzić jęk…
Jednakże nóżka Terpsychory
Ma dla mnie stokroć większy wdzięk!
Ona to krew młodzieńczą burzy,
Ona nagrodę słodką wróży,
Ona to wzrok rozmarza twój,
Budząc swawolnych pragnień rój!
Lubię ja nóżki, o Elwinko!
Czy pod obrusem stołu drżą
Czy po wiosennej trawie mkną,
Czy spoczną w zimie na kominku;
W salach, gdzie tańców rządzi szał,
Nad morzem, na granicie skał…

XXXIII

XXXIII

Mi vidis maron maltrankvilan:
Ho, mi eviis al ondar’
Kurinta brue por humie
Ĉe ŝia fali piedpar’!
Mi kun la ondoj volis same
Piedojn tiujn kisi ame!
Ne, mi neniam volis plu
Kun same turmentarda ĝu’
Kisadi lipojn de Armidoj*
En mia jun’ kun bola sang’,
Aŭ rozojn de flamanta vang’,
Aŭ brustojn kun volupt-avidoj;
Ne, same min neniam jam
Torturis de l’ pasioj flam’!

Pamiętam morze burzą wrzące,
Jak się przez zazdrość ból mój wzmógł,
Patrząc, jak fale biegły drżące
Spocząć z miłością u twych nóg…
Jakżem ja pragnął wraz z falami
Dotknąć się miłych nóg ustami!
Śród uciech młodych moich dni,
Gdy milion żądz szalało w krwi,
Nigdym nie pragnął z taką męką
Całować lica młodych dziew,
Gorących ust ich chwytać wiew,
Dotykać piersi drżącą ręką —
Nigdy namiętnej burzy znak
Nie targał duszy mojej tak!

XXXIV

XXXIV

Alia tempo jam revenas:
En miaj revoj iam ajn
Selpiedingojn mi retenas
Kun la pled’ en ĉarma ŝajn’;
Imago ree min agitas,
Denove ŝia tuŝ’ ekscitas
La sangon en velkinta kor’,
Denove amo kaj angor’ …
Sed la fierulinojn brile
Sufiĉas laŭdi jam per lir’:
Por la pasio kaj inspir’
Ja tute ne valoras ili;
Rigard’ ilia, dir kaj far’
Samtrompas kiel piedpar’.

Myśl za wspomnieniem innym goni,
Czasem się snom porywać dam:
Szczęśliwe strzemię trzymam w dłoni
I zgrabną nóżkę w palcach mam!
Znów kipię w słodkich snów zamęcie,
Znów czarodziejskie to dotknięcie
Zapala w zwiędłym sercu krew,
Czuję miłości tęskny wiew…
Lecz nadto sławi dumne dziewy
Ma gadatliwa lira, drżąc;
One nie warte są tych żądz,
Nie zasługują na te śpiewy:
Oczy i słowa bogiń tych —
Zdradliwe są, jak nóżki ich!…

XXXV

XXXV

Nun do Onegin! Doundorma
Al lit’ veturas li de l’ bal:
Jam Peterburgo diversforma
Vekiĝas kun tambursignal’.
Jen iras jam la kolportisto,
Al bors’ rapidas la droŝkisto,
Virin’ kun kruc’ — el Oĥta-rand’*.
Kraketas neĝo sub la pland’.
Vekiĝas matenbru’ agrabla,
Senŝirmas jam fenestra lum’,
El tub’ kolone flugas fum’,
Kaj la panist’, german’ afabla,
Kun blanka kuf’, por daŭra las’
Malfermis sian Wasistdas*.

Cóż mój Oniegin? Na wpół senny,
Z balu do łóżka spieszy już…
A bęben, czas zwiastując dzienny,
Ze snu Petersburg budzi tuż.
Wstał kupiec, ledwie zwłóczy troszka,
Na stację wlecze się dorożka,
Dzbanek — mleczarki zwalnia bieg,
Pod nią poranny skrzypi śnieg.
Słychać szmer ranka powitalny,
W nim roznosiciel trzyma prym,
Z kominów buchnął siny dym
I piekarz, Niemiec punktualny,
W szlafmycy spieszył w ranny czas
Otworzyć w oknie wasisdas.

XXXVI

XXXVI

Sed, laciĝinte de l’ balbruo,
Anstataŭ nokto en tag-uz’,
Ripozas en la dormoĝuo
L’ infan’ de l’ lukso kaj amuz’.
Tuj, ĵus vekiĝas li apenaŭ,
Viv’ lia pretas ĝis mateno
Kun unutona oportun’
Kaj sama morgaŭ kiel nun.
Sed ĉu Eŭgen’ feliĉa estis
En junflorado kaj liber’,
En mez’ de venkoj kaj prosper’,
Dum ĉiutage li ĝufestis?
Ĉu inter festoj li en van’
Sen zorgo estis kaj en san’?

Lecz gwarem balu zamęczone,
Z dnia czyniąc noc, zamknąwszy drzwi,
Kotary cieniem otulone,
Zabawy dziecię słodko śpi.
Południe minie, nim się zbudzi…
I życia plan go nie utrudzi:
Barw niby wiele — jeden cień!
Jak wczoraj, dziś przeżyje dzień.
Lecz, śród powszednich zabaw niwy,
Wolny, w rozkwicie młodych sił,
Gdy z serc podboju sławnym był —
Byłże Eugeniusz mój szczęśliwy?
Czyli ku ucztom wracał znów,
Choć lekkomyślny, zawsze zdrów?

XXXVII

XXXVII

Ne: frue liaj sentoj cedis;
Jam lin ne logis mondobru’;
La belulinoj ankaŭ tedis
Okupi liajn pensojn plu;
Perfidoj amaj lin lacigis;
Jam amikeco lin ne ligis,
Ĉar ja ne ĉiam povis li
Surverŝi per ĉampano pli
Beef-steaks’on* kaj Strasburgan bulon*
Kaj ŝuti spriton en humor’,
Dum lin turmentis kapdolor’:
Kaj kvankam estis li bravulo,
Sed plumbo, sabro en finfin’
Jam plu ne interesis lin.

Nie! Prędko dusza w nim ochłodła,
Znudził go świata pusty szum:
Kobiecy czar, Amorków godła
Przestały być przedmiotem dum;
Znużyły go i zdrady zgoła,
Nie rozjaśniała przyjaźń czoła,
Boć trudno było znaleźć moc,
Aby szampańskim tak co noc
Zalewać pasztet, z równą siłą
Ciąć żartem, brać na słówek lep,
Kiedy go wściekle bolał łeb;
I chociaż wisus był, aż miło,
Dojadł mu wreszcie szabel blask
I w pojedynkach kurków trzask.

XXXVIII

XXXVIII

Malsano, kies kaŭz’ apenaŭ
Trovita estas tie ĉi,
Simila al la angla spleno
Aŭ rusa la hipoĥondri’
Lin ekposedis jam sufiĉe;
Sin memmortigi li, feliĉe,
Ne volis provi kun naiv’,
Sed malvarmiĝis li por viv’.
Li, kiel Child-Harold, izola
Pasadis iam tra salon’;
Nek mondĉikanoj, nek boston’*,
Nek logrigard’, ekspir’ frivola,
Nenio logis lin al flam’,
Nenion li atendis jam.
XXXIX, XL, XLI
………………………………*

Niemoc (właściwa mgłom Londynu),
Której przyczyny tajne są,
Która podobna jest do spleenu,
A którą u nas «chandrą» zwą,
Powoli tknęła jego duszę;
Wprawdzie na szczęście, przyznać muszę,
Nie czynił samobójczych prób,
Lecz jakby z życiem zerwał ślub.
Niby Childe Harold, chmurny, smętny,
W bawialniach wciąż w zadumie trwa;
I ani plotki, ani gra,
Westchnienie, uśmiech, wzrok ponętny
Nie rozjaśniały jego lic;
Nie zauważał z tego nic.

XXXIX. XL. XLI

XXXIX, XL, XLI

……………………………………
……………………………………
……………………………………

. . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . . .

XLII

XLII

De l’ granda mond’ kapriculinoj!
Unue li forlasis vin.
Kaj vere, laŭ la nundifinoj
Bontono tedas pro rutin’.
Kaj eĉ se sinjorin’ okaze
Pri Say* kaj pri Bentham* emfaze
Diskutas, tamen sen util’
Absurdas tiu ĉi babil’.
Kaj ili estas tiom ĉastaj
Kun multa saĝo kaj majest’,
Piemaj dece en modest’,
Tre singardemaj kaj elastaj
Kaj tiom altaj por la vir’,
Ke moderiĝas tuj aspir’*.

Wielkoświatowe kapryśnice,
Najsamprzód was porzucił on!
Przyznajmy, dawszy głos krytyce,
Że dość jest nudny wyższy ton.
I choć niejedna dzisiaj dama
Wykłada Saya i Benthama,
Lecz tych niewinnych rozmów bieg
Tworzy banialuk przykry stek.
Na domiar tak bezgrzeszne, dumne,
Tak wzniosłe, tak ostrożne są,
I pobożnością taką tchną,
Tak akuratne, tak rozumne,
Tak mrożą cnotą swoich min,
Że sam ich widok rodzi spleen!

XLIII

XLIII

Kaj ankaŭ vin, junbelulinoj,
Vin, kiujn en malfrua hor’
Sur Peterburgaj ŝtonpavimoj
Rapidaj droŝkoj portas for,
Vin ankaŭ lasis for Eŭgeno.
Nun apostat’ de l’ ĝufesteno,
Li hejme en verkema pret’
Ekprenis plumon kun osced’:
Sed tiu ĉi labor’ peniga
Naŭzigis lin; el lia pen’
Nenio rezultiĝis jen,
Kaj li ne trafis al intriga
Rond’, kiun ne prijuĝas mi,
Ĉar mia estas ĝi medi’*.

I was, młodziutkie swawolnice
Was, które niesie wichrem koń
Na lekkich fiakrach przez ulice,
Gdy noc rozpostrze ciemną dłoń,
I was porzucił mój Eugeniusz,
Gdy go odstąpił zabaw geniusz.
Już się zamykać w domu jął,
Ziewając, w rękę pióro wziął.
Chciał pisać coś, lecz pracy twardej,
Co zmusza siedzieć, nie mógł znieść…
Nie chciało nic spod pióra leźć.
A przeto nie wszedł w cech ten hardy,
O którym sądzić, Boże broń!
Ponieważ sam należę doń.

XLIV

XLIV

Kaj ree, en nenionfaro,
Kun malplenec’ en kor’ kaj mens’,
Eksidls li por akaparo
De la skribita fremda pens’;
Li surbretigis librojn multe,
Legadis li, sed senrezulte:
Jen tro enue, jen sen senc’,
Jen tute mankas konscienc’;
Kaj ĉiu havas iun baron;
Malnovo velkis jen sen pov’,
Jen nov’ deliras je malnov’.
Samkiel iam virinaron,
Li librojn polvajn lasis jen
Kaj ŝirmis breton per kurten’.

Dni bezczynności bolą, nudzą,
Dręczy się wnętrzną pustką duch;
Wtem znalazł cel: chce myślą cudzą
Pobudzić własnej myśli ruch.
Na półkach księgi stawia rzędem,
Czyta, pochłania, gnan obłędem!
Tu znalazł podłość, głupstwo tam,
Ówdzie bredzenie, nudę, kłam…
Wszędy w kajdanach myśl, niestety!
Postarzał starych książek świat,
W nowych — starzyzny cuchnie ślad…
Więc rzucił książki, jak kobiety,
I półkę, rzędy książek — pył
Czarną firanką wreszcie skrył.

XLV

XLV

La ŝarĝon de la mondkondiĉoj
Puŝinte for, en lac’ pro vant’,
Mi amikigis lin feliĉe,
Ĉar al mi plaĉis en konstant’
Trajtar’ de lia karaktero,
Revem’, originala klero
Kaj akra, tre malvarma mens’.
Nin ne dividis diferenc’,
Ni sciis de l’ pasioj ludon:
Nin ambaŭ premis vivangor’:
Cindriĝis nia brul’ de kor’;
Atendis ni koleran krudon
De l’ homoj kaj de la Fortun’*
En la maten’ de nia jun’.

Zbrzydziwszy «świat» na zawsze, zda się,
I konwenansów długi spis,
Jam się przyjaźnił z nim w tym czasie;
W nim olśnił mnie niejeden rys:
Jakaś głąb marzeń nieprzejrzana,
Oryginalność nieudana,
Myśl zimna, ostra, jako stal…
W nim była chmurność, we mnie — żal;
Przeszliśmy obaj zmysłów szały,
Dla obu spłowiał życia czar,
W sercach obydwu przygasł żar,
Obu złośliwe szpony rwały
Ślepej fortuny w młodych dniach,
A z nimi — ludzkie szpony, ach!…

XLVI

XLVI

Ĉi kiu vivis kaj meditis,
Malŝatas homojn en imag’;
Ĉi kiu sentis, ne evitis
Fantomon de l’ pasinta tag’:
Lin jam ne kaptas iluzioj,
Serpento de memorvizioj
Turmentas lin kaj ankaŭ pent’.
Ĉi ĉio ofte kun akcent’
Ĉarmigis nian babiladon.
Per sia lang’ Onegin min
Konsternis iom; sed en fin’
Mi kutimiĝis iun gradon
Al lia pika manier’
De galaj ŝercoj kaj koler’.

Kto żył i myślał, ten nie może
Nie gardzić ludźmi; ten, co czuł,
Wie, jak w zmienionej życia porze,
Żal niepowrotnych snów go skuł…
Nie wrócą dawne upojenia,
Serce zadławi wąż wspomnienia,
W duszy żałosny płacze dźwięk…
Wszystko to często nada wdzięk
Rozmowie… Zresztą mnie z początku
Raził Oniegin ostrzem słów…
Później przywykłem… Nęcił ów
Spór, trującego pełny wrzątku,
Jego żółciowych żartów moc
I szydzącego śmiechu noc.

XLVII

XLVII

Tre ofte en somersezono,
Dum nokte lumis super Nev’
Ĉiel’ serena en helfono*
Kaj lunvizaĝ’ en relief’
En akvo glata ne fluidis,
Romanojn niajn ni revidis,
Objektojn de l’ antaŭa am’
Kaj, resentemaj laŭ la sam’,
Spiradon de la nokta klaro
Ni ĝuis ambaŭ en sincer’!
Samkiel krazaŭ el karcer’
Liberigit’ en verdarbaro,
Per revo ni kun intensiv’
Reflugis al la juna viv’.

Bywało czasem w noce letnie,
Gdy przeźroczyste niebo lśni,
Gdy szyba Newy błyszczy świetnie,
Gdy wkoło całe miasto śpi,
W uroki wspomnień pogrążeni,
Dawną miłością zachwyceni,
Pogodę w sercach czujem znów,
Siedzimy całą noc bez słów,
Wiosennym pojąc się oddechem…
Jak senny więzień w nocny czas,
Przeniesion z turmy w wonny las,
Budząc się, wita liść uśmiechem —
Takeśmy biegli w marzeń świat,
W zaranie naszych młodych lat.

XLVIII

XLVIII

Kun koro, plena de ĉagreno,
Sin apoginte je granit’,
Staranta estis jen Eŭgeno
Laŭ la priskribo*.] en medit’.
Silentis ĉio; en malklaro
Sin intervokis gardistaro;
Kaj iam droŝko sonis plu
Sur strat’ Miljónnaja* kun bru’;
Boato plaŭdis per remilo
Sur la river’ ĉe borda lim’:
Kaj sorĉis nin el malproksim’
Kornlud’ kaj kanto en trankvilo.
Sed nokte sorĉas pli kun rav’
Min de Torquato versoktav’*!

Owiany tęsknych dum urokiem,
O granitowy rzeki wał
Oparty, w cichem i głębokiem
Swym zamyśleniu druh mój stał.
Cisza, na krótki mig rozdarta,
Kiedy na zmianę zdąża warta
Lub dojdzie głuchy fiakra huk,
Lub zapóźnionej stopy stuk…
A czasem tam z drzemiącej rzeki
Naraz doleciał wiosła szmer,
Plusnęła woda, skrzypnął ster
I piosnki nadbiegł głos daleki;
Drżała mi tęsknie serca cieśń,
Marząc Torkwata słodszą pieśń!

XLIX

XLIX

Ho, ondoj de Adria maro!
Ho, Brenta*! ne, mi vidos vin,
Kaj plenan de l’ inspir’, en klaro
Voĉ’ via aŭdatingos min:
Ĝi sanktas por Apol-neparo*;
Por mi ĝin faris kore kara
Fiera lir’ de Albion’*.
Mi ĝuos sur la ora fon’
De la itala nokt’, libera,
Kun juna venecianin’*,
Jen muta, jen distranta min
Dum naĝo en gondol’ mistera;
Kun ŝi akiros mia buŝ’
Petrarca-lingvon* en amtuŝ’.

Adryjatyku boskie fale!
Brenta! Was ujrzeć daż mi los?
Wówczas natchnieniem się zapalę,
Wasz czarujący słysząc głos!
Tęsknoty ku wam nie zagaszę…
Byrona lira echa wasze
Przyniosła mi w ojczysty próg:
Więc kocha was Apolla wnuk!
Czyliż mi kiedyś los pozwoli
Wolność pod niebem włoskim czuć,
Marzenia z Wenecjanką snuć,
Z nią w tajemniczej niknąć gondoli?
Poznają usta w kilka chwil
Petrarki i miłości styl.

L

L

Ĉu venos do libero mia?
Jam tempo estas! — Ĉe la mar’
Vagadas mi*, melankolia,
Salutas velojn de ŝipar’.
Sub la ventega blov’ kolera
Do kiam kuros mi libera,
Luktante kontraŭ ondamas’?
Jam estas tempo por forlas’
De l’ elemento malfavora,
Por en la sud’, en oportun’,
Sub de Afriko mia* sun’,
Sopiri pri Rusland’ angora,
En kiu pro sufer’ kaj am’
Mi mian koron perdis jam.

Więc mi wolności bij godzino!
Już czas! Nad morzem błądzę wciąż…
Czyż wszystkie żagle mnie ominą?
Hej, ty okręcie, po mnie dąż!
Z burzami walcząc, z fal potokiem,
Po tym bezdrożu wód szerokiem
Kiedyż rozpocznę wolny bieg?
Czas już porzucić nudny brzeg
Tej nieprzyjaznej dla mnie mocy
I pod palącym nieba tchem,
Pod afrykańskim niebem mem,
O tej posępnej śnić Północy,
Gdziem kochał, wziął z cierpieniem ślub,
Gdziem swemu sercu wyrył grób!

LI

LI

Рэклама